17
2020
2021-05-11

Obchody 3 maja w Sokołowie Podlaskim w 1945 r.


Obchody święta pierwszego i trzeciego maja, które miały miejsce w Sokołowie Podlaskim w 1945 r. opisał kilka lat później w swojej książce Marian Pietrzak - mieszkaniec Sokołowa i ich naoczny świadek. Miał wówczas 13 lat. O wydarzeniu tym pisze tak...

Już na kilka dni przed tym świętem mimo olbrzymich zniszczeń, miasto zaczęło przywdziewać odświętny wygląd. Zamiatano skrzętnie podwórza i jezdnie. Gdzie nie było chodników, ścieżki przed domami dla dodania odświętnego wyglądu posypywano żółtym piaskiem. Rozlepiano dziesiątki afiszów i plakatów wzywając ludność do wzięcia udziału w tym świecie. Na urzędach, budynkach państwowych i prywatnych domach poczęły się ukazywać biało-czerwone flagi. Niektóre nowiutkie ze świeżego materiału, inne z ciemnoczerwonego poszewkowego płótna, a jeszcze inne postrzępione z plamami wilgoci i pleśni - to flagi przedwojenne. Ukrywane z narażeniem życia przed okupantem przez pięć lat w różnych skrytkach i zakamarkach. Teraz znów załopotały swobodnie.

W dniu l-go maja już od wczesnych godzin na rynku zaczęli się zbierać ludzie z miasta i okolic. Wszyscy byli jak przystało odświętnie ubrani. Wiedziony ciekawością ruszyłem z kolegami do centrum miasta, aby przyjrzeć się uroczystościom, jakie miały się odbyć tego dnia.
Około godziny dziesiątej uformował się pochód i ruszył ulicami miasta.

Na czele szli ci, którym przed wojną nie pozwolono w tym dniu maszerować. W dłoniach mocno trzymali biało-czerwone flagi i transparenty z hasłami: ,,Ziemia dla chłopów" ,,Wracamy na stare ziemie piastowskie - nad Bałtyk, Odrę i Nysę" „Obszarnicy precz" itd. Maszerowali robotnicy spod „Czerwonego Sztandaru", chłopi spod „Zielonego" w zgrzebnych samodziałowych ubraniach, butach z cholewami, czapkach maciejówkach. Większość z nich to ci, którzy dostali ziemię z reformy rolnej. Z pańskich folwarków, do wyzwolenia bezrolni i małorolni. Za nimi maszerowali młodzi ZWM-owcy, chłopcy z „Wici", oraz setki bezpartyjnych nienależących do żadnej partii ani znaku.

Wkrótce po pochodzie odbył się wiec. Ówczesny sekretarz PPR Bucylin wzywał ludność do jedności i poparcia dla tworzącej się władzy robotniczo - chłopskiej podkreślając historyczny zwrot w naszej historii i polityce. Po wiecu wszyscy ruszyli do kościoła ks. Salezjanów, gdzie miała się odbyć msza w intencji ojczyzny i uczestników dzisiejszych uroczystości. Kiedy dowiedziałem się, dokąd zmierza pochód, wyprzedziłem całą kolumnę i zatrzymałem się przy bramie wiodącej na dziedziniec kościoła. Oparłem się o betonowy słup szerokiej furtki i czekałem, aż się zbliży. Na jego czele szedł dobrze mi znajomy chłopiec Gieniek Błoński, członek ZWM Na długim drzewcu trzymał w rękach pięknie haftowany sztandar. Widniały na nim trzy duże litery P.P.R. Za nim szli członkowie tej partii. Potem milicjanci w wojskowych
i cywilnych mundurach z białoczerwonymi opaskami na rękawach, żołnierze i cywile. A dalej członkowie różnych organizacji, pracownicy urzędów i setki innych obywateli. Idący na czele kolumny powolnym, majestatycznym krokiem Gienek wszedł w bramę wiodącą na kościelny dziedziniec, a za chwilę znikł we wnętrzu szeroko otwartych, kościelnych drzwi. Za nim podążały kolejno poczty sztandarowe.

Niezbyt duży kościół nie był w stanie pomieścić wszystkich uczestników pochodu. Toteż setki ludzi stało na kościelnym dziedzińcu, dziękując Bogu za to, że znów łopoczą nad ich głowami biało-czerwone flagi. Piękny to był dzień, lecz również piękny i uroczysty miał być za dwa dni, w dniu trzeciego maja. Już drugiego maja po kraju i świecie rozeszła się radosna wieść: Berlin zdobyty! Na murach domów ukazało się mnóstwo afiszów związanych z upadkiem hitlerowskiej stolicy, a jedna z nich głosiła: Berlin zdobyty! Hitler zabity!..

Na wieść o zdobyciu hitlerowskiej stolicy wśród ludności zapanowała olbrzymia radość. Berlin padł! Berlin zdobyty! - rozlegały się radosne okrzyki. Dzień ten stał się pewnego rodzaju świętem, na które czekano kilka lat. Wśród tego entuzjazmu i uroczystego nastroju nastał dzień trzeciego maja. Na budynkach rządowych i domach podobnie jak pierwszego maja powiewały biało-czerwone flagi. Lecz rankiem tego dnia przybyło ich jeszcze więcej, gdyż wielu obywateli o starych, narodowych tradycjach bardziej uznawało święto trzeciego niż pierwszego maja. Od samego rana na głównych ulicach widziało się ludzi odświętnie ubranych. Tu i tam rozlegały się śpiewy starej polskiej pieśni:
Witaj majowa jutrzenko, Świeć naszej polskiej krainie, uczcimy ciebie piosenką, która w całej Polsce słynie. Witaj maj! - piękny maj
u Polaków wielki raj.

Bo rzeczywiście ów maj był piękny. Nie tylko dlatego, że ciepły i słoneczny, ale także przełomowy w naszej historii. Nasz odwieczny wróg, który chciał zniszczyć nie tylko nasze państwo, ale i naród, został rozgromiony jak się wydawało na wieki. Podeptany kraj dźwigał się na nowo. Entuzjazm ludzki i pieśni o pięknym maju przypominały niczym sceny malarzy przedstawiających trzeci maja 1791 roku. Ludzie bratali się zapominając swoje krzywdy, gdyż było się czego radować manifestując w ten sposób zgodę narodową, która w tych dniach tak bardzo była potrzebna, gdyż od kilku miesięcy trwały bratobójcze walki. Ginęli milicjanci, żołnierze, partyzanci, którzy nie złożyli broni i pozostali w lesie. Nie uczynili dlatego, gdyż trwały aresztowania akowskiego podziemia i wywózka na Ural. Jednak mimo wszystko dzień ten był piękny. Wydawało mi się, że tego wszystkiego nie było, minęło, że wszyscy byli pogodni, szczęśliwi.

Wieczorem, po zapadnięciu zmroku rozpoczęła się dalsza uroczystość. W miejscach straceń zapłonęły znicze, a ciemność zaczęły rozjaśniać dziesiątki rakiet wystrzeliwanych przez żołnierzy i milicjantów. Co chwilę granatowe niebo przekreślała seria barwnych, świetlnych pocisków z broni maszynowej. Na lewo i prawo rozlegały się serie z pepesz, stenów, bergmanów. Grzmiały mausery, kabeki, tetetki. Wszystko to czyniono z radości upadku Berlina, majowego święta i bliskiego zakończenia wojny.

Wiwatowano długo do późnej nocy. Podczas tego majowego wieczoru przeplatanego wesołymi, żołnierskimi piosenkami
i anegdotkami ośmieszającymi Hitlera często dolatywały do uszu słowa tragicznych, lecz owianych niesłychanym bohaterstwem piosenek ukazujących w swych słowach tragedie naszego narodu. Wśród nich najczęściej śpiewano piosenki partyzanckie i te, które śpiewała powstańcza Warszawa. W ich słowach i melodii można było odczuć to, co się działo w stolicy przez sześćdziesiąt trzy dni i tyleż nocy. Wyciskały one z oczu łzy. Słuchano je ze ściśniętym sercem przysięgając w duszy dozgonną zemstę tym, co zamienili nasz kraj i stolicę w kupę gruzów. Tak wyglądały owe majowe dni. Dla tych, co je pamiętają, są to barwne wspomnienia, dla młodych – historia.

Marian Pietrzak

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe