17
2020
2021-04-27

Matury czar – wspomnienia z egzaminu dojrzałości


Maj dla wszystkich licealistów i uczniów technikum jest miesiącem wyjątkowym. Ci, którzy do swojej matury mają jeszcze rok, dwa lub trzy lata mogą cieszyć się z przedłużonego weekendu majowego. Ci zaś, którzy do egzaminu maturalnego podchodzą w tym roku, majówkę jak nigdy przechodzą z wielkim stresem i niepewnością. Nic dziwnego, w końcu za kilka dni przystępują do jednego z ważniejszych egzaminów w swoim życiu – egzaminu dojrzałości…

Jak osobiście wspominam okres egzaminów maturalnych?
Sama chodziłam do jednego z sokołowskich liceum. Czas w murach I LO im. Marii Skłodowskiej-Curie wspominam niebywale miło. Szczerze mówiąc, z perspektywy czasu, chętnie wróciłabym do codziennego marudzenia, że nauczyciele za dużo zadają, że ciągle sprawdziany, kartkówki, a jeszcze na każdą lekcję trzeba być przygotowanym w razie odpytywania. Trzy lata mijają bardzo szybko. Pamiętam, jak każdy mówił, że nie zdążę się obejrzeć, a sama będę podchodzić do matury. I tak właśnie było… A teraz jestem już po pięcioletnich studiach i sama nie wiem, co minęło szybciej. I choć z perspektywy czasu okres egzaminów maturalnych wspominam z uśmiechem na twarzy, stres, który wtedy mi towarzyszył, był nie do opisania.

W liceum chodziłam do klasy o profilu humanistycznym. Na szczęście nie należałam do licznej grupy osób, które wybierały ten profil ze względu na nienawiść do matematyki i innych nauk ścisłych. Z cyferkami radziłam sobie całkiem nieźle, dlatego też nie miałam obaw co do egzaminu z tego przedmiotu. Język polski od zawsze był moim konikiem, więc również nie bałam się o potencjalną poprawkę. Gorzej było natomiast z egzaminem z języka obcego. Od zawsze nie miałam zdolności do nauki języków obcych. Dobrze… możemy być szczerzy, zdolności może bym jeszcze znalazła, gorzej było z chęciami, lenistwa niestety nie mogłam pokonać. I choć teraz, jako 24- latka nadrabiam te braki, wtedy nauka języków była dla mnie najgorszą karą.

Właśnie dlatego zdecydowałam się również na egzamin nie z języka angielskiego, a z rosyjskiego. Było to chociaż minimalne ułatwienie, język rosyjski jest w końcu chociaż w brzmieniu bardzo podobny do naszego ojczystego. Pisemny egzamin jakoś przeżyłam, co więcej, miałam nawet wrażenie, że był bardzo łatwy. Na szczęście nie było to jedynie moje zdanie, więc nie martwiłam się faktem, że pytania być może były podchwytliwe i mogłam je źle zrozumieć. Gorzej było z egzaminem ustnym. Był to mój najtrudniejszy egzamin maturalny, a zarazem ten, który wspominam z największym uśmiechem. Oczywiście uśmiechem z samej siebie.

Na moje, jak mi się wtedy wydawało, największe w życiu nieszczęście w komisji egzaminacyjnej trafiła mi się bardzo wymagająca nauczycielka z innej szkoły. Opinię taką wyrobiłam sobie na podstawie informacji znajomych, którzy mieli z nią zajęcia. Właśnie dlatego, jeszcze przed wejściem na sale popłakałam się i zadzwoniłam do mamy, że ja na pewno tego nie zdam. Oczywiście była to ogromna głupota, bo oprócz tego, że przez następne dwie godziny stresowałam się ja, stresowała się również moja mama. Sam egzamin na szczęście nie wyglądał tak źle, jak mi się wcześniej wydawało, chociaż nie powiem, że wyszłam z niego spokojna i bez obaw. Mimo że wiedziałam, że coś tam jednak powiedziałam, i tak bałam się wyniku. Być może dlatego, że miałam świadomość, że inne osoby z mojej klasy są znacząco lepsze, w związku z czym wysoko podniosą poprzeczkę.
Dodatkowo, niestety jestem osobą, która woli mieć coś szybko za sobą, a fakt nazwiska na literę W nie pomagał, bo byłam ostatnią zdającą osobą tego dnia. A że egzamin rozpoczynał się o 15, moja kolej nadeszła dopiero przed 18. Szczęściem w tym moim małym nieszczęściu był natomiast fakt, że przynajmniej długo nie musiałam czekać na wyniki. W końcu nadszedł ten magiczny moment, w którym dowiedziałam się, że zdałam. I choć wynik nie był imponujący, cieszyłam się jak dziecko – w zasadzie to przecież wciąż nim byłam.

Aaa. dla jasności - Pani w komisji oczywiście wcale nie była taka zła, wręcz przeciwnie, okazała się bardzo wyrozumiała, także jak to się mówi: nie taki diabeł straszny, jak go malują!

Na resztę wyników egzaminów maturalnych musiałam czekać już dłużej, ale o te nie obawiałam się już tak bardzo. W zasadzie byłam przekonana, że nic mnie nie zaskoczy, bo przecież odpowiedzi z arkuszy maturalnych już po kilku godzinach wrzucane są do internetu i każdy może sprawdzić, jak mu poszło. Mimo wszystko nutka niepewności cały czas krążyła gdzieś z tyłu głowy.

Jak oceniam matury w nowym reżimie sanitarnym spowodowanym pandemią koronawirusa?
Ze względu na swoje przygody związane z egzaminem ustnym z języka obcego, zazdroszczę każdemu, kto nie musi przez to przechodzić. Z drugiej jednak strony, egzamin ustny z języka polskiego poszedł mi rewelacyjnie i znacząco podniósł ogólną średnią.
Współczuję również maturzystom tego, że nie mogą przyjść do szkoły ze swoim bliskim. W mojej klasie praktycznie każdy znał chłopaków czy dziewczyny pozostałych osób. Sokołów jest mały, więc większość z nas chodziła z nimi do gimnazjum, podstawówki, czy przedszkola. Większość z nas na egzamin przychodziła więc w towarzystwie. I choć w ferworze ostatnich chwil łapania wiedzy, która krążyła po korytarzach w tym całym chaosie, my jako zdający nie zwracaliśmy uwagi na osoby, z którymi przyszliśmy, a oni sami świetnie bawili się ze sobą, śmiejąc się z nas i z naszego stresu, mimo wszystko fajnie było mieć ich obok.
Współczuję im również tego, że zgodnie z obowiązującymi zasadami nie mogą przyjść do szkoły z notatkami, opracowaniami czy innymi książkami. Nie dlatego, że nie będą mogli uczyć się z nich na 5 minut przed egzaminem jak większość typowych maturzystów. Powód jest zupełnie inny - to właśnie widok latających kartek papieru pośród ogromnej grupy elegancko ubranych osób, których znamy, albo chociaż kojarzymy z widzenia, jest moim pierwszym wspomnieniem, gdy zamykam oczy i myślę o maturze.

Jaką radę mam dla maturzystów?
Przede wszystkim nie powiem nikomu słynnego „nie martw się” czy „nie stresuj się”. Wręcz odwrotnie, każdemu z was mówię: „Stresujcie się, to normalne i prawidłowe, stresujcie się ile się da, a za kilka miesięcy będziecie się z tego śmiać ze znajomymi”. A i jeszcze jedno, z perspektywy czasu wiem, że najcięższym egzaminem w moim życiu nie był egzamin maturalny, a ...uwaga… egzamin na prawo jazdy! Pamiętajcie jednak: Co nas nie zabije, to nas wzmocni… Najcięższe egzaminy dopiero przed Wami… Tfuuu… Przed nami! Więc połamania pióra!


K. W.


« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe