11
2019
2013-08-23

Znani? Nieznani? - Stąd/wywiad z panią Janiną Tenderendą


 - Sterdyń jest ważna w pani życiu, tutaj pani od lat spędza letnie miesiące. Coś panią tutaj przyciąga?
- Sterdyń to właściwie moje dorosłe życie, rodzina, dzieci, praca. Tutaj mieszkałam ponad 60 lat. Związki z tym regionem mam również dzięki ojcu, który pochodził z parafii Kożuchówek.
 
- Zacznijmy więc od tych najdawniejszych wspomnień.
- Mój ojciec, Sylwester Łostowski, był wojskowym, „porwał” mamę z Ciechanowca. Wtedy, kiedy ja się urodziłam, czyli w 1920 roku, jego pułk stacjonował w Grodnie. Tam zostałam ochrzczona, ale dopiero po kilkudziesięciu latach zobaczyłam Grodno na własne oczy. Natomiast dzieciństwo i młodość spędziłam w Łodzi.Ojciec walczył w wojnie z Rosjanami w 1920 r., potem, we wrześniu 1939 roku z Niemcami nad Bzurą. Tata, jak pamiętam z dzieciństwa, był szefem kompanii, miał doskonałe stosunki ze swoimi podwładnymi. Kiedyś któryś z żołnierzy, Hucuł z Karpat, z okazji Wielkanocy podarował tacie kosz pięknych pisanek. Z kolei syn fabrykanta czekolady z Łodzi przyniósł nam wielkiego zająca z czekolady.Mama była piękną, elegancką kobietą. Pamiętam też jej wyjątkowo staranny charakter pisma. W czasie I wojny światowej znalazła się w Kijowie, gdzie wraz z innymi pracowała w szwalni, szyjąc koce, mundury dla wojska. Na szczęście zdołała wrócić do Ciechanowca przed wybuchem rewolucji 1917 roku. Rokrocznie z Łodzi mama woziła mnie i moją młodszą siostrę na wakacje do Ciechanowca. Hasałyśmy, ganiałyśmy i w ogóle to były cudowne miesiące. Później bywałam tam rzadziej i krócej, ale nawiązywały się przyjaźnie, miłości. To była wspaniała młodzież. Pamiętam plażę na rzece Nurzec, radosne spotkania młodych ludzi, potańcówki do trzeciej nad ranem przy akordeonie, a potem wspólne chodzenie do kościoła na dziewiątą. 
 
- Czym zajmowali się dziadkowie?
- Babcia wychowywała dzieci, a mój dziadek Stanisław miał kuźnię przy ówczesnej ulicy Mickiewicza, która prowadziła do Drohiczyna. Dziadek był niezwykłym człowiekiem, czytał i pisał, co w tamtych czasach nie było wcale takie oczywiste. Gospodarstwo stracił prawdopodobnie za udział w Powstaniu Styczniowym, więc zajął się kowalstwem. Pamiętam, letnimi wieczorami schodzili się na podwórko do dziadka okoliczni gospodarze, rzemieślnicy siadali z fajkami, a dziadek opowiadał im historie ze Starego Testamentu. Jako pięcioletnie dziecko poznałam biblijną historię Samsona i Daili. Pamiętam, jak krzyczałam:, „Dlaczego ona obcięła mu te włosy?”.
 
- Na losy tamtych pokoleń duży wpływ miały dziejowe zawieruchy. Jak było w przypadku pani bliskich?
- Brat mamy Roch, młodzieniec niezwykłych zdolności, uczeń carskiego gimnazjum w Ciechanowcu, umarł w czasie pierwszej wojny światowej z powodu epidemii. Pięknie malował, mama przechowywała jego rysunki i zeszyt pełen pięknych wierszy. Młodszy brat mamy, Edward, legionista (podobno podkuwał kasztankę Piłsudskiego), był radnym miasta Ciechanowca. Sowieci, po wkroczeniu 17 września 1939 roku na wschodnie tereny Rzeczpospolitej mieli już gotowe listy osób do aresztowania - przede wszystkim przedstawicieli inteligencji, byłych wojskowych. Wujka Edwarda też aresztowano. Jego rodzinę – moją babcię staruszkę, żonę Mariannę i czworo małych dzieci oraz syna Zdzisława z pierwszej żony Rosjanie aresztowali z piątku na sobotę w czerwcu 1941 roku. W podobnej sytuacji znalazła się wtedy kolejna grupa Polaków. Moich bliskich wraz z innymi zawieziono furmankami do stacji Czyżew i w przededniu wkroczenia Niemców załadowano do bydlęcych wagonów. Pociąg ruszył na wschód. Na zesłanie jechali przez Białystok, obok więzienia, w którym znajdował się ich ojciec, mąż i syn. Następnej nocy na okupowane przez Rosjan tereny Polski niespodziewanie wkroczyli Niemcy, rozpoczęła się wojna niemiecko-rosyjska. Więzienie w Białymstoku otwarto. Wujek Edward jak na skrzydłach dążył do swego domu… Pustego… Już nigdy nie zobaczył ani matki, ani żony, ani pięciorga dzieci. Zmarł w maju 1945 roku w niemieckim obozie koncentracyjnym w Gross Rosen.
Były cztery wywózki w głąb ZSRR, pierwsza w lutym 1940 roku. Moi bliscy pojechali w ostatniej. Trafili na Komi. Zdzisława wzięli gdzieś do robót, był najstarszy. Babcia zmarła w lutym 1942 w Ust-kulom na Komi w szpitalu. Wujenka wychowywała w strasznych syberyjskich warunkach i w ogromnym trudzie czworo dzieci, bo tam, gdzie byli, mówiono:, „Kto nie rabotajet, ten nie kuszajet”. Wrócili po wojnie do ojczyzny. Powrócił też Zdzisław. Antoninę Biszewską - moją babcię i innych, którzy nie wrócili z „nieludzkiej ziemi”, symbolicznie upamiętniono na cmentarzu w Ciechanowcu. Przepiękny ten cmentarz, jak każdy jest znakiem historii.To są dzieje jednej rodziny, a ile mamy rodzin, których losy w czasie ostatniej wojny były podobne? To przechodzi ludzkie pojęcie.
 
- Wróćmy do losów pani.
Jeszcze przed wojną w Łodzi ukończyłam gimnazjum im. E. Sczanieckiej, państwową szkołę o bardzo wysokim poziomie nauczania. Powszechna była opinia, że matura od Szczanieckiej otwiera wszystkie drzwi. Po maturze w 1938 roku rozpoczęłam studia w Warszawie na AWF-ie. To był cudowny, fantastyczny rok.
 
- Dalsze studiowanie przerwała II wojna światowa?
- Niestety tak. Zaraz na początku września 1939 roku razem z rodzinami innych wojskowych moja mama, ja i dwie młodsze siostry miałyśmy być ewakuowane na Wołyń, ale pociąg dojechał tylko do Skierniewic. Przeżyłyśmy bombardowanie i ostrzeliwanie pociągu. Potem uciekałyśmy przed Niemcami pieszo. To były ogromnie tragiczne dni, długo by opowiadać… Pamiętam, widziałam za Warszawą polskich kawalerzystów, zaraz za nimi niemieckie czołgi, płonącą Warszawę. Wróciłyśmy do Łodzi. Pracowałam jako ekspedientka. Niemcy Łódź jako Litzmanstadt i znaczną część Polski włączyli do Reichu czyli Rzeszy. Stałam się więc mieszkanką III Rzeszy Niemieckiej. To było trudne doświadczenie. Bardzo przeżywałam to, co Niemcy robią z polskością i jak traktują Żydów. Byli przekonani o swojej wyższości. Nie mogłam zrozumieć, jak ten mądry, wykształcony naród, o wysokim poziomie rozwoju i kultury, mógł tak masowo pójść za hasłami Hitlera i tak upodlić inne narodowości. Ta sytuacja bardzo bolała, bo mnie wychowano w poszanowaniu każdego człowieka.
Dla mnie wydarzeniem przełomowym było zniszczenie przez Niemców pomnika Tadeusza Kościuszki na Placu Wolności. Uciekłam z Łodzi do Warszawy, czyli do Generalnej Guberni. W Warszawie byłam z siostrą, pracowałyśmy. Tutaj w marcu 1940 r. przypadkowo spotkałam znajomych zza Buga i oni umożliwili mi przedostanie się do mojej rodziny w Ciechanowcu. Przez „zieloną granicę” na zamarzniętym Bugu. Chciałam spotkać się z babcią, z dalszą rodziną. Ta droga była niebezpieczna. Dotarłam.
Za Bugiem, w Kozarzach, wyszłam za mąż za lekarza weterynarii Jana Tenderendę. Tam urodził się nasz najstarszy syn. W Kozarzach od 1941 roku, po wkroczeniu Niemców, zostałam nauczycielką. Prowadziłam tajne nauczanie dla grupy około 30 dzieci. Białostocczyzna należała wtedy do Prus Wschodnich i stanowiła część Rzeszy, gdzie nauczanie w j. polskim było przez Niemców zakazane. Tamte lata to temat na oddzielną opowieść. Dzięki solidarnej postawie mieszkańców tej wyjątkowej z różnych względów wsi, nigdy nie doszło do dekonspiracji. Mam zdjęcie z zakończenia roku szkolnego w Kozarzach w 1944 r. To dla mnie bardzo cenna pamiątka. Po zakończeniu działań wojennych z polecenia nowej polskiej władzy zorganizowałam w Kozarzach czteroklasową szkołę, w której pełniłam funkcję kierownika. Większość zajęć odbywała się w budynku szkoły przedwojennej, gdzie było obszerne pomieszczenie na klasę oraz pokój z kuchnią dla nauczyciela.

- Jak trafiła pani do Sterdyni?
- Mój mąż otrzymał tutaj propozycję pracy na stanowisku lekarza weterynarii i przenieśliśmy się w roku 1946. Zaczęliśmy oboje uczyć w słynnym sterdyńskim Gimnazjum Samorządowym. Przed wojną i po wojnie gimnazja kończyły się maturą. Mąż wykładał biologię, prowadziłam w.f. dziewcząt. Opiekowałam się też drużyną harcerską. Przed wojną, w czasie studiów na AWF-ie, uczęszczałam na zajęcia prof. Zofii Kwaśnicowej w Katedrze Tańców Narodowych. Miałam więc pewne umiejętności, książkę prof. Kwaśnicowej z zapisami tańców i przede wszystkim chętną, zdolną młodzież. To wszystko pozwoliło mi stworzyć Ludowy Zespół Taneczny. Z różnych okazji przygotowywałam z młodzieżą programy artystyczne. Zlokalizowane w pałacu Ossolińskich Gimnazjum to była wyjątkowa szkoła, o której można przeczytać w wydanej w 2004 roku monografii Teresy Zaniewskiej „Hrabiowski biały dom”. Z tą szkołą, z jej wspaniałymi uczniami, byłam bardzo związana.
 
- Jednak ten etap w pani życiu był krótki?
Tak. Gimnazjum rozwiązano w 1950 roku, co było karą za przynależność kilkorga uczniów do tajnej organizacji patriotycznej. Dla nich skończyło się wyrokami wiezienia, przesiedzieli kilka lat do 1956 r., czyli końca stalinizmu w Polsce. Potem, po przełomie 1989 r., wszystkich zrehabilitowano. Władze oświatowe nie broniły szkoły, która słynęła z bardzo wysokiego poziomu. Huculski taniec arkan, przygotowany przeze mnie z uczniami na uroczystość z okazji Dnia Kobiet i imieniny Dyrektora Franciszka Krysiaka, okazał się ostatnim arkanem.  Rozproszyli się uczniowie i nauczyciele…
 
Ciąg dalszy w następnym numerze Wieści
 
ROZMAWIAŁA JADWIGA OSTROMECKA

« wróć | komentarze [1]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Czekam na drugą część wywiadu.

Andrzej
2013-08-28 20:42:24
Strona 1/1






Dane kontaktowe