17
2020
2014-01-21

Znani? Nieznani? - Stąd/wywiad z Markiem Zarębskim


Marek Zarębski nie jest sokołowianinem z pochodzenia, ale mieszka tutaj od prawie 20 lat, a jego aktywność jako przewodniczącego Zarządu Rejonowego Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów w Sokołowie Podlaskim jest znana nie tylko mieszkańcom naszego powiatu. 

- Jak to się stało, że został pan sokołowianinem?
- Zakochałem się i przyjechałem tutaj w 1998 roku. Pochodzę z Grodziska Mazowieckiego, a więc z drugiej strony Warszawy.

- Czym zajmował się pan w poprzednim miejscu zamieszkania?
 - Z wykształcenia jestem ogrodnikiem, ukończyłem warszawskie Technikum Terenów Zielonych, a w Grodzisku prowadziłem duże szklarniowe gospodarstwo ogrodnicze, dobrze prosperujące do transformacji ekonomicznej w 1989 roku. Później okazało się, że taniej jest sprowadzić przysłowiową sałatę z Holandii, niż ją w Polsce wyprodukować. Gospodarstwo ogrodnicze zlikwidowałem.  Miałem wtedy duże problemy, co ze sobą zrobić zawodowo, tym bardziej, że zdrowie ograniczało mój wybór. Społecznie pracowałem cały czas, między innymi działałem aktywnie w Polskim Związku Ogrodników, byłem wiceprzewodniczącym Rady Miasta w Grodzisku Maz. Kiedy przestałem zajmować się ogrodnictwem, przez jakiś czas zaangażowałem się w działalność networkową, czyli w marketing sieciowy - pracowałem w firmie Amway. Odniosłem duży sukces, byłem dystrybutorem bezpośrednim, wyjeżdżałem na wycieczki zagraniczne, zwiedziłem kawałek świata. Zbudowałem swoją dużą organizację, ale to też po pewnym czasie z racji dużych zmian ekonomicznych w kraju przestało funkcjonować tak jak wcześniej. Tak się złożyło, że właśnie w tym czasie przyjechałem do Sokołowa.

- Zjawił się pan w nowym środowisku i…
- Zjawiłem się w nowym środowisku jako nieznana osoba i wtedy był problem, co ze sobą zrobić. Lubię wyzwania i szukałem czegoś. Ponieważ miałem lewicowe poglądy, zgłosiłem się do biura ówczesnego senatora Andrzeja Anulewicza, przedstawiłem się, powiedziałem, że chcę coś robić. Pracowałem trochę w tym biurze senatorskim, ale nie dawało mi to satysfakcji - takie tylko bycie, a nie działanie twórcze. 
W styczniu 2007 roku zadzwoniła do mnie pani Jadwiga Socha, którą znałem z ogrodów działkowych. Dodam, że w Ogrodzie Działkowym „Raj” kupiliśmy sobie z żoną działkę. Tam mnie namawiano, żebym został przewodniczącym, ale jeszcze się nie bardzo wtedy pewnie czułem w Sokołowie i nie zgodziłem się. Jednak pani Socha, sąsiadka z działki, obserwowała mnie i kiedyś zadzwoniła do mnie, żeby przyjść na spotkanie do Związku Emerytów, bo pojawił się problem – nie mają przewodniczącego. Przyszedłem. Zaproponowano mi działanie. Po zapoznaniu się z sytuacją finansową, w jakiej znajdował się Związek i możliwościami działania – podjąłem się. Było to dla mnie duże wyzwanie – nie miałem przecież tu żadnych układów, kontaktów, bliższych znajomych. Ta funkcja mogła być ciekawą przygodą. Ponieważ jestem entuzjastą Internetu, zacząłem od komputeryzacji biura. Wtedy nie było problemem otrzymanie używanych komputerów w gratisie. Załatwiłem je w Warszawie i od razu pewną część działalności przerzuciliśmy na komputery. To było duże ułatwienie. Tutaj nie ma etatów, wszystko robi się na zasadzie wolontariatu, mandatariuszami są tylko przewodniczący, sekretarz i skarbnik, a pracy biurowej dosyć sporo, jak w każdej organizacji. Później wzięliśmy się za poprawę sytuacji ekonomicznej związku, stopniowo udało nam się ją naprawić. Obecnie długi są spłacone. W wyniku oficjalnych wyborów zostałem przewodniczącym na kadencję pięcioletnią do ubiegłego roku, po czym ponownie wybrano mnie na następne pięć lat. Jednogłośnie.

- Komputery na początek, a potem? Proszę opowiedzieć o realizacji zadań statutowych. 
- Już na początku zaczęliśmy z Zarządem szukać, czego potrzebują sokołowscy emeryci. Z kartotek wynikało, że dochód poniżej 1100 zł ma 90% naszych członków. Dziś jest trochę lepiej, ale nadal średni dochód nie przekracza 900 zł. Bardzo biednie żyją sokołowscy emeryci. Podjęliśmy współpracę z PKPS-em w Siedlcach, realizującym PEAD, czyli Europejski Program Pomocowy. Taki kierunek działań dawał nadzieję na pewną poprawę sytuacji materialnej naszych członków.  Rozwijaliśmy intensywnie naszą działalność, pomagaliśmy i pomagamy nadal bardzo dużej liczbie osób. W szczytowym okresie było to ok. 3, 5 tys. osób z powiatu sokołowskiego, które co miesiąc otrzymywały pomoc żywnościową. Później PEAD się trochę zmieniał, ale tę pomoc nadal prowadzimy. Dodam, że ten projekt, jak każdy unijny, jest ściśle rozliczany i wymaga od nas dużego zaangażowania. Jednocześnie działalność pomocowa pozwoliła przyciągnąć do Związku dużą grupę ludzi, w tym wolontariuszy, którzy pracują w magazynie. 

- Działalność organizacji, która utrzymuje się tylko ze składek swoich członków, wymaga zapewne współpracy z władzami?
- Tak. Udało mi się nawiązać dobra współpracę z władzami miasta. Dostaliśmy 
w 2008 roku dwa pomieszczenia na biuro, a także magazyn na żywność. Nie ponosimy kosztów utrzymywania tych powierzchni, za co jestem bardzo wdzięczny burmistrzowi Bogusławowi Karakuli. Tym bardziej, że z pomocy żywnościowej w zdecydowanej większości korzystają przecież mieszkańcy okolicznych wiosek. Podkreślić też należy, że lokalizacja naszej siedziby jest wspaniała – budynek Urzędu Miasta, blisko przystanek autobusowy, urzędy, itp. To bardzo ułatwia życie naszym emerytom. Również nie narzekam na władze powiatu, które w miarę swoich możliwości starają się wspomagać naszą działalność. Wszystkim dziękujemy za każdą możliwą pomoc. Rozumiemy, że sytuacja finansowa samorządów też jest ciężka. Dla wszystkich organizacji społecznych dobra współpraca z władzami samorządowymi jest bardzo ważna. Czasami trzeba schować do kieszeni poglądy polityczne i współdziałać na rzecz społeczeństwa.

- Ilu członków obecnie liczy Związek?
- Pracujemy na rzecz 3200 osób, wśród nich są emeryci, ale też ludzie dosyć młodzi, renciści i inwalidzi. Z tego 2200 to mieszkańcy powiatu.

- Jednak praca Zarządu nie ogranicza się tylko do pośrednictwa w pomocy żywnościowej. 
- Oczywiście. Kiedy już rozwinęliśmy tę działalność, przypomniało mi się to, co mnie najbardziej w życiu poza pracą fascynowało - podróże. Zaczęliśmy skromnie od krótkich wycieczek. Pierwszą, we wrześniu 2007 roku, była pięciodniowa w Bieszczady z wypadem na Węgry. Zebrała się grupa entuzjastów, która chciała jeździć i tak to trwa do dziś. Zwiedziliśmy kawał Europy: Grecja, Włochy, Petersburg, Francja, Chorwacja, Czarnogóra, Albania. Chętnych nie brakuje. Poza tym zwiedzamy Polskę. W tamtym roku była przeurocza dwudniowa wycieczka na Kujawy, 
w tym roku planujemy wyjazd w Góry Świętokrzyskie. Kilka razy w roku bywamy w teatrze, najczęściej na spektaklach operowych w Warszawie lub Białymstoku. Dużą popularnością cieszą się też organizowane przez nas wyjazdy na turnusy rehabilitacyjne do sanatoriów. Jest to też oferta płatna, ale zainteresowanych nie brakuje. Wszystkie wyjazdy są bardzo starannie zorganizowane, „dopieszczamy” naszych emerytów, zabieramy po drodze, program jest przemyślany, opracowany tak, że nikt się nie nudzi, stąd tak duże zainteresowanie wszystkimi naszymi ofertami.

CIąg dalszy w następnym numerze Wieści

ROZMAWIAŁA JADWIGA OSTROMECKA

« wróć | komentarze [2]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Mareczku-opatrzność Boża nam Cię tu zesłała . Żyj i działaj, działaj i żyj.

kaukaz
2014-07-25 02:42:11

Z działalności tego Związku korzysta moja żona Basia już od kilku lat.Wycieczki, sanatoria i przeróżne spotkania w ramach Związku. Jest zadwolona . W tym roku ja też zostałem rencistą . i zapisałem się do tej rodziny . A tak na marginesie, to od dawna silędze działalność Związku na fejsie.


2014-01-23 20:25:49
Strona 1/1






Dane kontaktowe