17
2020
2015-04-21

Znani? Nieznani? - Stąd/ wywiad z s. Marią Cecylią Ślebzak


S. Maria Cecylia Ślebzak ze Zgromadzenia Sióstr Albertynek pochodzi z gminy Sterdyń. Od 2004 roku przebywa na placówce misyjnej w Boliwii. 
 
- Od ponad 10 lat przebywa siostra w dalekiej Ameryce Południowej, a gdzie “wszystko się zaczęło”?
- Pochodzę z miejscowości Dąbrówka (Kolonie Stelagi) niedaleko Sterdyni, gdzie urodzilam sie w 1966 roku.
 
-Czy pamięta siostra lata nauki w Sterdyni, nauczycieli, kolegów?
- Jak mogłabym zapomnieć tylu wspaniałych ludzi, którzy mnie uczyli i otoczyli opieką ze względu na to, że byłam półsierotą, gdyż mama zmarła, gdy miałam zaledwie 5 lat. Pani Janina Klimczuk, pani Steinbarth, pani Nesterowicz… Nazwiska jest trudno odtworzyć bez pomyłki, ale nie twarze tych osób i dobro, które czynili.
Moja nauka w Sterdyni nie zakończyła sie na szkole podstawowej. Wprawdzie po jej ukończeniu złożyłam dokumenty do Liceum Zawodowego ale w Sokołowie Podlaskim, tuż przed rozpoczęciem się roku szkolnego powiadomiono nas, że w tym roku nie będzie tego kierunku. Zapisałam się więc do Zasadniczej Szkoły Rolniczej w Sterdyni. Nigdy nie żałowałam tego wyboru, to były najpiękniejsze lata mojej młodości przed wstąpieniem do Zgromadzenia. Dyrektorem wówczas był pan Rominkiewicz, człowiek o wielkim sercu, wspaniały pedagog i przyjaciel młodych ludzi, których miał pod swoją opieką przez dwa lata nauki. Zdobył nasze serca i naszą miłość swoją postawą, towarzyszeniem nam podczas lekcji biologii. Pamiętam zawody sportowe, w których braliśmy udział, biwaki, wyjazdy w góry razem z nim i panem Mastalerczukiem, który uczył nas mechanizacji i jazdy ciągnikiem. Pamiętam innych - pana Wojewódzkiego od matematyki, panią Janinę Tenderendę. Nigdy nie zapomniałam koleżanek i kolegów z tejże szkoły i zawsze miałam nadzieję, że kiedyś się spotkamy wszyscy na zjeździe, jak planowaliśmy.
 
- Skąd wzięło się powołanie siostry do życia zakonnego?
- Było to w czasie nauki w szkole rolniczej. Wikary naszej parafii i nasz katecheta, ks. Janusz Siennicki wysłał mnie i moje koleżanki Danutę i Alicję do Siedlec na rekolekcje do Sióstr Albertynek, do Domu Księzy Emerytów przy ul. Kościuszki 10. Spotkanie prowadziły siostry, ale towarzyszył nam ks. Jan Gomółka. Rozmowa z nim zasiała ziarno powołania w moim sercu. Od tego czasu moje życie zmieniło się bardzo, więcej się modliłam, brałam udział w Oazach Ruchu Światło-Życie i chodziłam na pielgrzymki do Częstochowy. Myśl o poświeceniu się Panu Bogu przez życie zakonne towarzyszyła mi cały czas. To, co czułam, nie przeszkadzało mi żyć jak wszyscy. Czasami w sobotę spotkałam się z Albertynkami w Siedlcach. Jedna z nich, s. Edyta, dopiero po latach powiedziała mi, że nigdy nie myślała o mnie jako o przyszłej kandydatce. - Ty się zawsze śmiałaś z koleżankami, twoja buzia była uśmiechnięta wszędzie: na Mszy Św., w kaplicy, na modlitwach, stołówce i w pracy w grupach – mówiła. Nie wyobrażała sobie, że ktoś taki może być siostrą zakonną. Miałam też łatwy kontakt z ludźmi, szybko nawiązywałam przyjaźnie. 
 
- Dlaczego siostra wybrała Albertynki?
Po podjęciu decyzji o wstąpieniu do zakonu nie wiedziałam, które zgromadzenie wybrać. Ze Sterdyni znałam siostry Opatrzności Bożej, z Siedlec Albertynki,  na pielgrzymce poznałam Nazaretanki. Napisałam więc list do Nazaretanek i Albertynek i pomyślałam sobie:, „Kto pierwszy odpisze, odczytam to jako Wolę Bożą i tam pójdę”. Dostałam list od siostry Edyty z Siedlec z informacją o Zgromadzeniu. Decyzja była prosta. 19. 02. 1984 roku wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim.
 
- Jakie były kolejne etapy realizacji powołania?
- Po przyjęciu do postulatu pierwsze kroki w życiu zakonnym stawiałam w Józefowie koło Otwocka. Tam widziałam wspaniale świadectwa modlitwy i niezmordowanej pracy. Przełożona, s. Celestyna, z wielką miłością i wyrozumieniem udzielała mi wskazówek i mądrych rad. W sierpniu wyjechałam do Krakowa, by przygotować się poprzez ośmiodniowe rekolekcje do nowicjatu. Wtedy otrzymałam habit zakonny i przybrałam nowe imię – Cecylia. 
W pierwszym roku nowicjatu pogłębiałyśmy nasze życie religijne wewnątrz zakonu, w drugim roku uczęszczałyśmy na dwuletni Diecezjalny Instytut Katechetyczny u sióstr Urszulanek w Krakowie. 26 sierpnia 1986 roku złożyłam pierwszą Profesję i wraz z całym rocznikiem wyjechałam do miejscowości Mników pod Krakowem. Pracowałyśmy tam w gospodarstwie zakonnym, co było dla mnie radością. Jednak z powodu choroby siostry odpowiedzialnej za ogród w Domu Generalnym Krakowie wezwano mnie tam. Prowadziłam olbrzymi ogród, mając do pomocy dwie panie świeckie i nowicjuszkę. W 1990 r. razem s. Gabrielą zdałyśmy maturę w zaocznym LO na ul. Łobzowskiej w Krakowie. W międzyczasie byłam odpowiedzialna za ogród, a siostra Gabriela za grupy pielgrzymów przybywających do Sanktuarium Świętego Brata Alberta. W Krakowie byłam do roku 1991. Wraz z innymi dwoma siostrami wyjechałam do Siedlec. Tam przygotowywałyśmy się do złożenia ślubów wieczystych. Pracowałam w ogrodzie, pomagałam w kuchni, opiekowałam się starszymi siostrami. Fascynowała mnie praca w ogrodzie, bardzo pragnęłam iść na studia ogrodnicze. Jednak Przełożona Wyższa, siostra Akwina sie nie zgodziła, powiedziała, ze powinnam zdobyć zawód, dzięki któremu będę realizować charyzmat Zgromadzenia- służbę ubogim.
 
- Tym zawodem było pielęgniarstwo?
- Tak. 26 sierpnia 1992 roku złożyłam śluby wieczyste w Krakowie w Sanktuarium Świętego Brata Alberta. W 1994 ukończyłam w Siedlcach Medyczne Studium Zawodowe z dyplomem pielęgniarka. Następnie krótko pracowałam w DPS w Ciechanowie, a od 10. 05. 1995 roku w DPS w Jabłonnie Lackiej. Po zdaniu egzaminu wstępnego, w 1997 r. rozpoczęłam zaoczne studia pielęgniarskie w Akademii Medycznej w Lublinie, które ukończyłam 2002 r. W międzyczasie, w 1998 r. zostałam przełożoną pielęgniarek w DPS w Radzyminie Właśnie tam otrzymałam propozycje wyjazdu na misje.
 
- Czy decyzja o wyjeździe była trudna?
-Tak. Chociaż moi rodzice już nie żyli i moje życie bylo całkowicie oddane Panu Bogu poprzez Zgromadzenie, jednak mialam rodzeństwo, które bardzo kocham. Najbardziej mnie przerażało to nieznane, obcy jezyk i odległość. Zastanawiałam się kilka dni. Moja bardzo dobra przyjaciółka, s. Edyta, z którą wówczas pracowalam w Radzyminie powiedziala mi wtedy: ,,Gdybym ja miała taka propozycję, nie zastanawialabym sie wcale. Czyż nie jest wspaniale poznać nowy kraj, ludzi, ich kulturę i nauczyć się nowego jezyka? Gdy nie dasz rady, zawsze możesz wrócić”. Zdecydowałam się na wyjazd. Po przygotowaniach – paszport, szczepienia tropikalne - 5 wrzesnia 2005 roku bylam gotowa na nieznane. Do Argentyny leciałam z drugą siostrą, do Boliwii sama. Nie znałam jezyka, pierwszy raz na lotnisku sama... To robi wrażenie. Bylam tak podekscytowana tym, co mnie czeka, że na strach nie bylo miejsca. W Boliwii na lotnisku miedzynarodowym w Santa Cruz de la Sierra czekała na mnie siostra Terese. Na zewntarz uderzylo mnie ciepłe, nasiąknięte wilgocią powietrze utrudniajace oddychanie. Od razu pomyslalam sobie “tropik”.  Przypomniały mi się szklarnie w Krakowie, gdy zraszalam kwiaty w dni upalne i wtedy poczułam się jak w domu.
 
-Jakie były początki pobytu w Boliwii?
-Przez pierwsze 3 miesiące przystosowywalam sie do klimatu i uczęszczalam na kurs języka hiszpańskiego. Bolivia ma bardzo różnorodny klimat - od tropiku do suchego, zimnego klimatu La Paz, stolicy leżącej na wys. 3640 m.n.p.m. Dla nas, Europejczyków przystosowanie się do takich wysokości wymaga czasu. Najpierw byłam w jednym z naszych domów w tropiku. Ten klimat jest bardo trudny: cały rok gorąco, wilgotno, obfite opady, a temperatury dochodzą do 40°C. Zima trwa  około dwa tygodnie, ale wtedy  zimno ze wzgledu na wilgoć jest bardzo przejmujące. Jednak tropik ma swój niepowtarzalny urok – przyrodę. Tereny są porośnięte gęstą roślinnością, która walczy o promyki słońca, wybijając się w górę. Inne rośliny szukają sposobu na przeżycie pnąc się lub płożąc po ziemi i tworzą gaszcz niemożliwy do przebicia się bez użycia maczety. Po krótkim pobycie w tym pięknym miejscu znalazłam się w Cochabamie, położonej 2574 m.n.p.m. Tam mamy  Klinikę Lourdes i dom formacyjny dla młodych sióstr. Już po tygodniowym pobycie tam odczuwałam problemy z powodu wysokości - ból głowy, nudności, częściowa utrata wzroku, przyspieszony oddech i tętno. Objawy mijały po kilkudniowym zażywaniu tabletek na wysokość 
i piciu herbaty z liści koki. To miejsce także nie bylo moim przeznaczeniem. Po dwóch tygodniach znalazłam się 
w La Paz, mieście położonym 3640 m.n.p.m.. Nasz dom znajdował się na ostatnim pietrze pięciopiętrowego budynku szpitala ,,Arco Iris”, gdzie pracowaly dwie siostry i ja mialam byc trzecia. Pierwsze dni były trudne ze względu na wysokość, lecz powoli mój organizm przezwyczajał się i zaczęłam czuć się na tyle dobrze, by zacząć naukę języka. Po ukończeniu 2,5-miesiecznego kursu od 1 stycznia 2005 roku rozpoczęłam pracę w szpitalu jako pielegniarka.
 
Ciąg dalszy za tydzień.
 
ROZMAWIAŁA JADWIGA OSTROMECKA

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe