17
2020
2014-06-11

Znani? Nieznani? - Stąd/ Wywiad z Krystyną Księżopolską


- „Historia kołem się toczy”. Twój ojciec musiał opuścić polskie Kresy Wschodnie, teraz ty musiałaś wyjechać z Ukrainy. Opowiedz pokrótce historię twoich przodków „po mieczu”.
- Mój tata urodził się w 1921 roku w Siwicy, wiosce niedaleko obecnej stolicy Białorusi, Mińska.  Przed wojną do ówczesnej granicy z ZSRR było stamtąd blisko. Wszyscy moi przodkowie, ze strony babci i dziadka, byli Polakami. Tata chodził do polskiej szkoły, kuzyni do dziś, jako narodowość wpisują – polska, mimo że j. polskiego właściwie nie znają. Kuzyn nasz, Józef Nowik, służył w Murmańsku, w wojsku radzieckim. Kiedyś dowódca jednostki poprosił go o nauczenie j. polskiego. A wujek Józik ani be, ani me. Nie znał języka, chociaż uważał się za Polaka. Takich przypadków na terenie krajów byłego ZSSR jest bardzo dużo.

- Jak twój ojciec znalazł się w Sokołowie?
 - To długa historia. Kiedy od sierpnia 1944 była organizowana II Armia Ludowego Wojska Polskiego, wtedy on wraz ojcem wstąpił do niej na ochotnika, jak wielu mieszkańców tamtych terenów. Była to forma ucieczki przed władzą radziecką, której moi dziadkowie byli bardzo przeciwni. Kiedy ja zaczęłam studiować filologię rosyjską, nie bardzo byli z tego zadowoleni, ale nie komentowali mojego wyboru. Ucierpieli od tej władzy, zabrano im majątek ziemski. Kiedy później jeździliśmy do dziadków, to pokazywano nam, że wszystkie tereny wokół zabudowań były przed wojną ich własnością. Wszystkie ziemie stały się kołchozowe, a dziadkom zostawiono małą działeczkę.
Tata do Berlina nie doszedł, wiosną 1945 roku odnowiła mu się rana, został w szpitalu w okolicach Jeleniej Góry. Moja mama pochodziła z Przywózk. Pojechała w 1947 roku na tzw. Ziemie Odzyskane na ślub swojej koleżanki, tam poznała mojego tatę i tam wzięli ślub, na którym obecna była tylko babcia, matka mojej mamy. Dziadkowie z Białorusi nie mogli przyjechać. Dziadek po dojściu do Berlina wrócił na swoje ziemie, on sobie nie wyobrażał życia gdzie indziej, chociaż Polski tam już nie było. Rodzice zamieszkali w okolicach Świeradowa Zdroju, po kilku latach sprowadzili się do Przywózk, do rodzinnego domu mojej mamy, potem zamieszkali w Przeździatce i ostatecznie na osiedlu cukrowni. Tata pracował cały czas w cukrowni, mama zatrudniała się w fabryce w czasie kampanii. Warunki mieszkaniowe były trudne, ale panowała miłość i zgoda. Mieszkała też z nami babcia. Swoje dzieciństwo wspominam jako szczęśliwe, było nas troje rodzeństwa.  

- Wspomniałaś o wyjazdach do dziadków…
- Wtedy wyjazdy za wschodnią granicę nie były łatwe.  Tata pojechał pokazać rodzicom żonę i dzieci, czyli moją starszą siostrę i mnie dopiero w 1956 roku. Miałam wtedy kilka miesięcy. Następnie byłam u dziadków w wieku 6 lat, potem odwiedzałam ich co kilka lat w wakacje. Mam różne wspomnienia z tych wyjazdów, już wtedy zetknęłam się z j. rosyjskim. W tym języku mówiło moje cioteczne rodzeństwo. Moi bliscy byli Polakami i ja w swojej dziecięcej głowie tak ułożyłam, że podwórko babci to Polska, a za płotem Biała Ruś.

- Ukończyłaś filologię rosyjską. Czy kresowe korzenie miały wpływ na wybór tego  kierunku studiów?
- Oczywiście, choć nie tylko. W szkole podstawowej, w „Dwójce”, języka rosyjskiego uczyła mnie pani Maria Romańczuk, która też miała korzenie na polskich Kresach Wschodnich, potem w LO Basia Wasilczuk, następnie pani Bożena Filipczuk, a w III i IV klasie pani Walentyna Szachowicz. Studiowałam na Uniwersytecie w Białymstoku. Ciekawostka.  Na egzaminie wstępnym okazało się, że przejęłam coś z języka białoruskiego; dwutygodniowe wakacyjne pobyty u dziadków miały wpływ na moją wymowę. Pierwsze miejsce mojej pracy to Szkoła Podstawowa w Zembrowie (1979 – 1981). Ciepło ją wspominam. Potem udało mi się zatrudnić w mojej szkole, w „Dwójce”, skąd w 1991 roku przeniosłam się do „Czwórki”, bliżej miejsca zamieszkania. Pracowałam też trochę w Publicznym Gimnazjum nr 2 i w I LO. Przeszłam więc wszystkie szczeble szkolnictwa.
Dodam jeszcze, że w 1989 roku ukończyłam studia podyplomowe z j. rosyjskiego. To było dla mnie ważne doświadczenie, chociażby z tego względu, że w ramach tych studiów byłam 3 miesiące w Kijowie. Akurat 25 lat temu, od początku stycznia do końca marca. Tak więc czas przed „Okrągłym Stołem”, który zapoczątkował zmiany w Polsce, spędziłam w ZSRR. Wtedy w Kijowie było nas kilka rusycystek z powiatu sokołowskiego. Kiedy wróciłam do Polski, zaczęto ograniczać j. rosyjski w szkołach. Zdecydowałam się więc na kolejne studia podyplomowe – z j. polskiego. Miło wspominam ten czas nauki w Siedlcach.

- Czy wychowałaś następców?
- Tak. Z „Dwójki” spośród moich uczniów filologię rosyjską ukończyła Małgorzata Wierzchowska i Urszula Krasowska. Gosię uczyłam tylko w ósmej klasie, wcześniej pracowała w tej szkole Danuta Nikiel. Mama Gosi, Pani Wanda Wierzchowska, także była rusycystką. Ula Kucharczyk (Krasowska) jest moją następczynią w „Czwórce”. W „Czwórce” uczyłam Agnieszkę Musiatowicz (Babicką), która obecnie pracuje w I LO w Sokołowie, a także: Monikę Oluchę, Emilię Paczuską, Agnieszkę Tomkiel, Agnieszkę Sawicką oraz Justynę Kazimierczuk.

- Skąd decyzja o wyjeździe na Wschód? 
- Na pewno miały na to wpływ moje kresowe korzenie, a także zachęty koleżanek -rusycystek. Pierwsza „wschodnią” przygodę rozpoczęła Aneta Buzuk z Rozbitego Kamienia, potem, w 2008 roku, Wiesława Żochowska z Sokołowa. Ja zdecydowałam się na wyjazd po przejściu na wcześniejszą emeryturę. Pracowała na Ukrainie także Jolanta Grzymała, a od 2011 roku na północy Kazachstanu pracuje wśród Polonii Elżbieta Konik.
 
- Kto organizuje wyjazdy nauczycieli do krajów byłego ZSRR?
- Początkowo robił to Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli, a od stycznia 2010 roku Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą z siedzibą w Warszawie. Działalność finansuje polski rząd, różne fundacje a najbardziej Wspólnota Polska. Trzeba stanąć przed odpowiednią komisją w Warszawie, która podejmuje decyzję. Kiedy jechałam drugi raz, bardzo chciałam pojechać na Białoruś. Przyznałam się, że mam tam rodzinę i, niestety, odmówiono mi. Chętnych do wyjazdu jest więcej niż miejsc, tym bardziej, że od kilku lat Wspólnota dysponuje znacznie mniejszymi kwotami na ten cel. Nauczyciele kierowani z Polski wspomagają nauczanie języka polskiego i innych przedmiotów wśród Polonii i Polaków zamieszkałych  za granicą.  W latach 1989 – 2014 do pracy w 14 krajach zostało skierowanych 2681 nauczycieli. ORPEG, czyli dawniej Zespół Szkół dla Dzieci Obywateli Polskich Czasowo Przebywających za Granicą, został powołany w 1973 r. na mocy zarządzenia ówczesnego Ministra Oświaty i Wychowania. Na początku uruchomiono szkoły przy największych polskich przedstawicielstwach dyplomatycznych. Z czasem powstawało coraz więcej szkół rozsianych po całym świecie. Naukę w szkołach umożliwiono także młodzieży posiadającej polskie korzenie, co stało się szczególnie ważne po wprowadzeniu przez polski sejm w 2007 roku Karty Polaka, czyli  dokumentu potwierdzającego przynależność do narodu polskiego. Karta może być przyznana osobie nieposiadającej obywatelstwa polskiego albo zezwolenia na osiedlenie się na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz deklarującej przynależność do narodu polskiego i spełniającej określone ustawą warunki.

- Jaki był początek twojej przygody z nauczaniem języka polskiego za granicą?
- Wspólnie z koleżanką, Jolą Grzymałą, w listopadzie 2008 roku złożyłyśmy dokumenty, 12 grudnia rozmowa w CODN (oceniona pozytywnie), w lipcu kurs przygotowawczy i spotkanie kandydatów ze „starymi” nauczycielami. Zostałam skierowana do Szymkientu, kilkusettysięcznego miasta na południowych krańcach Kazachstanu, przy granicy z Uzbekistanem. Poleciałam 25 sierpnia 2009 roku, samolotem Lufthansy przez Frankfurt nad Menem do Ałmaty – byłej stolicy Kazachstanu i stamtąd autobusem dalej na zachód.

- Od pobytu w Szymkiencie minęło kilka lat, ale wspomnienia są zapewne żywe?
- Na początku bardzo tęskniłam. Swój dostęp do Internetu miałam dopiero po 2 miesiącach, pomogli mi w tym bardzo moi uczynni uczniowie. Łatwiej mi też było po spotkaniu z koleżankami i kolegami z Polski i polskimi dyplomatami w Astanie, stolicy Kazachstanu. W Szymkiencie byłam jedyną Polką. Mieszkał tam wprawdzie polski przedsiębiorca, ale poznałam go dopiero na wiosnę. Wielu Polaków, nawet stąd, jeździ tirami do Kazachstanu, ale najczęściej na północ, w stronę Karagandy, więc nie miałam z nimi kontaktu. Wprawdzie Szykment to metropolia, ale z azjatycką specyfiką - mieszanka miasta, wsi i małego miasteczka.  Poza centrum kozy, owce, bydło chodziły po ulicy. Inne zwyczaje, mentalność, inne towary w sklepach. Wigilia to jedzenie kurczaka, sałatek.  Nie ma łamania się opłatkiem. Na Wielkanoc – mój koszyczek to był chleb z wykrojonym miąższem. Tamtejsi katolicy przynoszą święcone w tzw. „pakietach” – reklamówkach. Lato tam trwa od kwietnia do października, śnieg tylko dwa razy dłużej widziałam. Za to niedaleko jest przylądek Bajkonur, skąd startują rakiety w kosmos.  Po ich starcie zawsze psuła się pogoda.
Wiele sytuacji miłych, ciekawych, wzruszających tam przeżyłam. Akurat był rok szopenowski. Śpiewaczkę operową niemieckiego pochodzenia nauczyłam śpiewać po polsku pieśni Chopina. Wygłosiłam też prelekcję o Chopinie na uniwersytecie Miras w Szymkiencie. Miałam też tam wykład o Polsce.
Kiedyś odwiedził nas polski konsul z Ałmaty, przyjechał na Dni Filmu Polskiego. Objął patronatem przedszkole dla dzieci niepełnosprawnych, a placówka otrzymała dużą pomoc z Polski.  Moi uczniowie zaprezentowali się wtedy na koncercie.  Prowadzili koncert i śpiewali po polsku. Uczniowie wystąpili w polskich strojach narodowych, a ja wtedy wyrecytowałam „Słonia Trąbalskiego” Juliana Tuwima.
 Co jeszcze pamiętam? Z rozmachem przygotowywane uroczystości z okazji np. Święta 11 Listopada, różne śmieszne zdarzenia, nieporozumienia wynikające ze słabej znajomości trudnego kazachskiego języka, gościnność Kazachów, koncert w teatrze, na który zaprosiła mnie babcia uczniów z okazji moich urodzin. To są dobre wspomnienia, ale pamiętam też przepłakane Wszystkich Świętych i samotną wigilię.

- Jak wyglądało twoje życie codzienne?
- Mieszkałam w bloku, w skromnym mieszkaniu na ostatnim, czwartym piętrze. Sezon grzewczy rozpoczyna się tam w listopadzie, więc nie obeszło się bez choroby. Miałam też lokatorów – tarakany, które zwalczyłam dopiero dzięki moim uczniom. Mają swoje metody.
Pracowałam w salce w Domu Przyjaźni. Moi uczniowie to w większości potomkowie Polaków wywożonych przez Rosjan na tzw. zsyłki. Z niektórymi uczniami mam kontakt do dzisiaj. Np. Artur, który studiuje teraz na Uniwersytecie Warszawskim, na III roku Stosunków Międzynarodowych, odwiedził mnie w Polsce wielokrotnie, dwa razy był w Święta Bożego Narodzenia.  Z kolei Lena  (miss Szymkientu 2010) jest we Wrocławiu na dziennikarstwie. To była moja najlepsza uczennica, bardzo zdyscyplinowana, pięknie śpiewa i tańczy. Po wyjeździe z Szymkientu pracowałam z nią na skype 2 x w tygodniu. Zdobyła stypendium.  Jej mama, nauczycielka wokalu, ma polskie korzenie.  Pani Swietłana w Szymkiencie odpowiadała za oprawę muzyczną koncertów. Praca w Kazachstanie dawała mi dużo zadowolenia, moi uczniowie chcieli się uczyć. Teraz niestety nie mają nauczyciela j. polskiego. Bardzo miło wspominam ludzi stamtąd. Kazachowie to spokojni muzułmanie (70, 4%), poza tym są tam wyznawcy prawosławia (21, 4%),  katolicy (2,4%) i  protestanci (2,0%).

- Czy w Szykmencie jest parafia katolicka?
- Tak. Mały kościółek. Proboszczem w parafii akurat wtedy był ks. Esteban Diamond z Argentyny, o ukraińskich korzeniach ze strony matki. Jego dziadek, o nazwisku Kiryluk, wyjechał z Białej Podlaskiej do Włoch, a potem do Ameryki Południowej. Z mojej inicjatywy znaleziono w Białej Podlaskiej starszą panią o tym nazwisku, kuzynkę ks. Estebana. Skontaktowałam ich ze sobą. Były też w Szymkiencie siostry z Argentyny, które wcześniej pracowały na Ukrainie. Działałam we wspólnocie przykościelnej. Pamiętam, że w październiku przyjechał do Szymkientu nuncjusz apostolski na Kazachstan.  Było z nim spotkanie w sali przykościelnej.

- Tak długi pobyt był zapewne okazją do poznania wielu odmienności tego kraju?
- Oczywiście, Kazachstan to przecież kraj zupełnie różny od Polski. Poznałam wiele ciekawostek obyczajowych i kazachskie tradycje. W maju byłam w górach Tienszan, w tradycyjnym kazachskim domu - jurcie. Jej młodzi mieszkańcy nie znali rosyjskiego. W jurcie zainteresowałam się specyficznymi pasami zwisającymi z sufitu. Okazało się, że służą do porodu w pozycji pionowej. Uczestniczyłam w dwudniowych obchodach nowego roku, (Naurys) które przypadają wtedy, kiedy my mamy pierwszy dzień wiosny. Zaprosiła mnie do siebie Kazaszka poznana w kościele.

- Czy od razu po powrocie z Kazachstanu wyjechałaś na Ukrainę? 
- W Szykmencie byłam 9 miesięcy. Bez przerwy. Tęsknota tak dała mi się we znaki, że po powrocie do Polski już nie planowałam wyjazdu. Coś się zmieniło po Dniu Nauczyciela, kiedy moi uczniowie z Kazachstanu pamiętali o mnie – odebrałam wiele życzeń, telefonów. Zatęskniłam za tą pracą. Złożyłam aplikację, przeszłam całą procedurę i od września 2011 rozpoczęłam pracę w Mikołajowie, na południu Ukrainy. Byłam tam do niedawna, ale musiałam wracać z powodu konfliktu rosyjsko –ukraińskiego.  Z Mikołajowa przyjeżdżałam do Polski na święta, wakacje, „ładowałam akumulatory” i wracałam. Teraz też już naładowałam, wnuki widziałam i jak się uspokoi sytuacja na Ukrainie, chciałabym wracać jak najszybciej. Szkoda mi moich uczniów, szczególnie tych z XI klasy. Wielu myślało o studiach w Polsce. Czy teraz im się to uda – nie wiem. Pracuję z nimi przez Internet. Wszyscy, którzy uczą się przy stowarzyszeniu i mają polskie korzenie, obowiązkowo zdają w maju test. Miejmy nadzieję, że przystąpią do niego. W tej chwili jestem przerażona informacjami, które czytam.

- Wróćmy jednak do czasów, kiedy na Ukrainie był spokój. Opowiedz o specyfice twojej pracy tam.
- Mikołajów to wielkie miasto nad Bohem, na południu Ukrainy, zbudowane na wzór Petersburga 225 lat temu. W obwodzie mikołajowskim Polacy są mniejszością (około 0,5%). W obwodzie są wioski, które powstały po powstaniach styczniowym i listopadowym. Najbardziej znana jest Kisielówka. W Mikołajowie w 1938 roku były 2 polskie szkoły. Szkoła przy Stowarzyszeniu Polaków w Mikołajowie istnieje od 1997. Pierwszymi nauczycielami były siostry zakonne. Obecnie placówka znajduje się w centrum miasta, w pomieszczeniu wynajmowanym od miejscowych władz.  Wcześniej szkoła wraz ze stowarzyszeniem działała przy kościele katolickim. Poza salą do zajęć w pomieszczeniu znajduje się biuro stowarzyszenia, biblioteka z ok. 2500 woluminów, pomieszczenie socjalne. Uczniowie mają do dyspozycji 2 komputery, drukarkę-ksero, skaner, Internet, telewizor, magnetofon, antenę satelitarną do odbioru programów polskich, projektor i ekran filmowy. Pomagają nam stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, „Semper Polonia”, „Pomoc Polakom na Wschodzie”.
 Pracowałam prawie codziennie. Dużo grup, w tym 6 początkujących, dużo uczniów w grupie, nawet 36, chociaż pomieszczenie przewidziane jest dla 18 osób. Miałam też indywidualne zajęcia. W sobotę było najtrudniej, od 10 do wieczora lekcje. Nauka jest bezpłatna, uczniowie wnoszą dobrowolne opłaty na utrzymanie pomieszczeń.

- Zainteresowanie nauką polskiego jest więc duże?

- Bardzo duże, szczególnie po ustanowieniu Karty Polaka. Moi uczniowie w większości mają polskie korzenie i starają się o nią. W Konsulacie Generalnym w Odessie lub niekiedy w siedzibie stowarzyszenia odbywa się egzamin na Kartę Polaka przed konsulem. Wielu moich uczniów z Mikołajowa studiuje w Polsce, niektórzy otrzymują stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jako ciekawostkę powiem, że jeden z uczniów nagrywa wszystkie moje lekcje. Nagrał ich 32 moje i niektórzy z tych nagrań uczą się. W grupie zaawansowanej zbierają się osoby w celu kształcenia języka polskiego, poznawania polskiej historii, kultury. W Mikołajowie szkoła przy stowarzyszeniu jest głównym ośrodkiem promocji języka polskiego i kultury polskiej.

- Czy łatwo jest uzyskać Kartę Polaka?
- Często jest bardzo trudno. Należy udowodnić swoje polskie pochodzenie i odbyć z konsulem  rozmowę w języku polskim. Trudno często udowodnić polskie korzenie, ponieważ jak wiadomo, w okresie wojennym i powojennym wiele świątyń było spalonych, a więc zniszczeniu uległy akta parafialne. Niektórzy znajdują pomoc w Polsce. Pamiętam, że jednemu uczniowi z Mikołajowa pomogłam. Był to pan Eugeniusz, który urodził się w Kazachstanie, dokąd wywieziono jego rodziców, on sam potem zamieszkał w Mikołajowie. Przed wojną jego dziadkowie mieszkali w Białymstoku. Pan Eugeniusz pięknie znał język polski, nie mógł jednak zdawać na Kartę Polaka, nie miał dokumentów udowadniających jego polskie pochodzenie. W archiwum białostockim znalazłam informację, że dziadkowie pana Eugeniusza przed wojną płacili w tym mieście podatki. To bardzo pomogło mu w uzyskaniu Karty Polaka. Był mi bardzo wdzięczny.

- Wiem, że masz też z Ukrainy inne doświadczenia pedagogiczne.
- Przez dwa lata pracowałam w Kolegium Prasy i Telewizji w Mikołajowie.  Uczestniczyłam tam w konferencji prasowej, kiedy przyjechała delegacja polskiego pisma „Perspektywy” oraz jesienią, kiedy Ukraina miała podpisać Umowę Stowarzyszeniową z Unią Europejską.  Wtedy było ogromne zainteresowanie UE i Polską. We wrześniu razem z dwoma praktykantami z UMCS w Lublinie podkładaliśmy polski głos w ukraińskim filmie przygotowanym na V Forum Pedagogiczne polsko – ukraińskie w Krakowie. Natomiast w Kolegium Municypalnym, nowoczesnej placówce oświatowej, dwukrotnie miałam lekcje języka polskiego, w lutym 2011 i w tym roku. Po tej ostatniej lekcji przeprowadzono ze mną wywiad w lokalnej telewizji. Z kolei w listopadzie 2012 roku w dwóch najstarszych klasach Liceum Morskiego prowadziłam po rosyjsku lekcje o literaturze polskiej – od Bogurodzicy do Korczaka. Uczniowie byli bardzo zainteresowani przykazaniami Korczaka dotyczącymi wychowania.

- Co jeszcze chciałabyś powiedzieć czytelnikom Wieści Sokołowskich?
- Po trzydziestu latach pracy w polskich szkołach nie sądziłam, że mogę jeszcze tyle z siebie dać. Praca wśród Polaków na Wschodzie to wspaniałe doświadczenie. To sprawdzenie siebie nie tylko jako nauczyciela, ale także jako człowieka i Polaka. Ta praca daje mi mnóstwo satysfakcji, uskrzydla mnie. Jak staję przed swoimi uczniami, zapominam o bólu, o zmartwieniach. Jest tylko klasa, uczniowie i temat do zrealizowania. Ale ja nie tylko prowadzę lekcje, nie jestem tylko nauczycielem. Jestem animatorem kultury polskiej: scenarzystą, reżyserem, nauczycielem wokalu, tłumaczem, nauczycielem akademickim.
Udało mi się rozśpiewać moich uczniów. Ulubioną pieśnią wszystkich moich uczniów jest „Jak długo w sercach naszych”. Żartuję niekiedy, że to hymn Stowarzyszenia Polaków w Mikołajowie. Mocną stroną koncertów, w których biorą udział moi uczniowie, jest właśnie śpiew. To nie tylko koncerty z okazji polskich rocznic i świąt, to także Koncerty Przyjaźni organizowane w Mikołajowie przez Stowarzyszenie Mniejszości Narodowych. Staram się także aktywnie uczestniczyć w życiu parafii św. Józefa w Mikołajowie. Podczas mszy w języku polskim czytam czytania.
Nas nauczycieli pracujących wśród Polonii niektórzy nazywają „ambasadorami polskości”. Jak każdy nauczyciel mamy misję do spełnienia. Przeżywam bardzo, że w tym roku nie mogę w 100% jej wypełnić…
W tym roku mija 25 rocznica pracy polskich nauczycieli wśród Polonii i Polaków za granicą. 23 czerwca w Warszawie odbędzie się uroczysta konferencja jubileuszowa.
 
- Jakie są twoje plany i marzenia?
- Mam wiele marzeń. Powiem tylko o jednym: marzę o powrocie do pracy, do Mikołajowa. Będąc teraz w domu, nie zerwałam kontaktów z moimi uczniami. Pracuję na skype. Większość moich lekcji to lekcje indywidualne z uczniami polskiego pochodzenia, którzy będą się starać o stypendia rządu polskiego. Mam także lekcje z grupami: początkującą, czyli uczniami, którzy chcą w tym roku starać się o Kartę Polaka oraz młodzieżą, która nie ma polskich korzeni, a chce studiować w Polsce.  Ostatnio na zajęciach była cała sala ludzi, 28 osób. Znaczy to, że nauczyciel języka polskiego jest w Mikołajowie bardzo potrzebny.

- Życzę ci więc jak najszybszego powrotu do spokojnej i bezpiecznej Ukrainy. Dziękuję za rozmowę.

ROZMAWIAŁA JADWIGA OSTROMECKA




« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe