28
2019
2012-02-02

Znani? Nieznani? - Stąd / wywiad z Joanną Gąsiewską


- Wielu ludzi uważa, że lata szkolne to dla kształtowania się człowieka najważniejszy okres. Czy tak było i w twoim przypadku?

 

- Na to, kim jestem, jaka jestem, co robię wpływ mieli Rodzice (głównie modląca się mama), później szkoła średnia – LO, oraz niezwykły duet dwóch panów: mój wychowawca i polonista profesor Zygmunt Kamiński i Ks. Profesor Władysław Pietrzak. Pierwszy uczył: „WARTO BYĆ”, a drugi: „JAK BYĆ”. To byli wielcy ludzie! Stawiali mi wysokie poprzeczki. Jeden w sferze intelektualnej i ludzkiej, a drugi duchowo – artystycznej.

 

- Artystycznej?

 

 - TAK! Od VIII klasy Szkoły Podstawowej śpiewałam w scholi kościelnej prowadzonej przez Ks. Profesora i nawet zdarzały mi się duety i solówki. To było frapujące. Gdy miałam 15 lat Ks. Pietrzak podpowiedział mamie, aby w czasie wakacji wysłała mnie na Oazę. W tym Ruchu Światło – Życie (pełna nazwa Oaz) przeszłam kolejne stopnie formacji i zostałam animatorką. Nawet w czasach studenckich nie rozstałam się z tym Ruchem. Obecnie właśnie trwa proces beatyfikacyjny Ks. Blachnickiego założyciela Ruchu Światło – Życie.

 

- Co w życiu uważasz za ważne?

 

- Ważne jest dla mnie to, co powiedział Ks. Prymas Wyszyński: „Nie wystarczy urodzić się człowiekiem, trzeba BYĆ CZŁOWIEKIEM – w każdej sferze, mam na myśli rodzinnej, zawodowej, sąsiedzkiej”. Wszystko, co jest dla mnie ważne, nabrało mocy w młodości, właśnie w Sokołowie.

- Jaki jest twój zawód? Czy praca zawodowa dawała ci satysfakcję?

 

- Jestem logopedą. Po ukończeniu studiów na kierunku nauczanie początkowe pracowałam jako nauczyciel w klasach I - III. W piątym roku aktywności zawodowej zostałam dyrektorem szkoły podstawowej w okolicach Augustowa (stąd pochodzi mój mąż). Nie czułam się jednak ustabilizowana zawodowo – ciągle wracały do mnie wspomnienia z prywatnych – gratisowych lekcji fonetyki prowadzonych dla mnie i jednego z kolegów przez prof. Zygmunta Kamińskiego. Zainteresowanie fonetyką stało się motywem ukończenia studiów podyplomowych z logopedii. Zrezygnowałam z dyrektorowania w szkole na rzecz pracy w Poradni Psychologiczno – Pedagogicznej i jako logopeda „wędrowałam” po szkołach w ramach tzw. „pilotażówek” i zachęcałam rodziców do terapii dzieci z wadami wymowy. Jąkanie to była wada, ale nad seplenieniami czy rotacyzmem nikt się nie rozczulał. Dyrektorom szkół podsuwałam myśl, aby mieli swoich szkolnych logopedów. I takim to sposobem w kilku szkołach augustowskich powstały szkolne gabinety logopedyczne, które do dziś mają się dobrze.

Praca zawodowa dawała mi dużo satysfakcji, była moją pasją, lubiłam ją i dalej lubię – nie rozstałam się z zawodem (pracuję w mniejszym wymiarze godzin).

Od kiedy prowadzicie Rodzinny Dom Dziecka? Czy łatwo jest stworzyć taką placówkę?

 

- Od 1998 roku.  Nasz RDDz był pierwszą placówką opiekuńczo – wychowawczą typu rodzinnego w woj. podlaskim. Tworzenie tego Domu wymagało wielu rozmów i zabiegów w Kuratorium Oświaty w Suwałkach. Obecnie procedury się zmieniły, ale czy jest łatwiej założyć taki dom, tego bym nie powiedziała, bo współcześnie z życzliwością wśród ludzi jest coraz trudniej. Gdy my tworzyliśmy augustowski RDDz trwało to około dwóch lat, a na swojej drodze spotkaliśmy dużo życzliwych osób.

Ile dzieci obecnie jest w Waszej rodzinie?

                                                                                                                          

- Obecnie pod naszą opieką jest ośmioro dzieci. Są to dwa rodzeństwa i czworo dzieci niespokrewnionych ze sobą. Rozpiętość wiekowa 12-20 lat.

Czy wspólnie wyjeżdżacie na wypoczynek?

 

- Tak, lubimy podróżować. Mimo różnych przeciwności zwykle gdzieś wyjeżdżamy korzystając ze starych gospodarskich sposobów wojażowania – pomieszkiwanie u znajomych, zapas jedzenia ze sobą, sprzęt sportowy własny itp., itd. – moje pokolenie wie jak się to robi. Często też zaglądamy do Sokołowa, gdzie odrestaurowaliśmy dom, który budował mój dziadek i w wakacje, czy ferie choć na trochę zadamawiamy się tutaj wśród swoich.

- Co jest dla Was największą radością?

 

- Radości? Hm… Przede wszystkim sukcesy dzieci – dobre oceny w szkole, nagrody w konkursach, zdobyte umiejętności: jazda na nartach, gra na saksofonie, trąbce, pianinie, flecie, akordeonie, skrzypcach. Na dzień dzisiejszy naszą radością jest Małgosia (już 19-latka), która nauczyła się mówić i żyć pomimo ograniczeń bez przeklinania losu i własnych rodziców oraz nasza córka Magda – studentka I roku Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie.

- A trudności?

- Główna trudność to trudny czas dorastania młodzieży, bunty, niechęć do współpracy i traktowania życia jak sceny, na której trzeba grać aż się poleje krew.

Administrowanie Domem typu RDDz to też nie lada wyzwanie.

  

- Ile dzieci usamodzielniło się już, co robią, czy mają z Wami kontakt?

 

- Dwoje. W tym dziwnym polskim świecie radzą sobie „jako tako”. Chłopak pracuje jako kierowca i poświęca czas swojej obecnej rodzinie. Dziewczyna nie pracuje, bo wychowuje dwoje małych dzieci. Kontakty utrzymujemy.

- Jakie są Wasze plany?

 

- Plany? Bardziej marzenia. Tak zgrać ze sobą te dzieciaki, by mogły na siebie liczyć w przyszłości, a może coś robić wspólnie zawodowo...

- Co pomaga wam w byciu rodzicami?

 

- Mnie, tak jak mojej mamie - modlitwa, a mężowi, gdy go o to zapytałam – miłość.

Co jeszcze chciałabyś powiedzieć czytelnikom Wieści Sokołowskich?

 

- Gdy słyszę słowo Sokołów, w Sokołowie albo sokołowskie, to serduszko moje mocniej pika…

 

- Życie tak dużej rodziny zapewne dostarcza wiele wrażeń?

 

- Zdecydowanie. Pewnie nie wiesz, że ze spirytusem salicylowym można upiec smaczne pączki, zjeść i nie umrzeć. Można też popełnić nieświadomie gafę częstując nimi niezwykłego gościa – panią redaktor czasopisma dla dzieci „Anioł Stróż”. Tak było, gdy Ewa eksperymentowała w kuchni. Można też być w dobrych i skutecznych „układach” z Maryją. Tak było 07. 10. 2011 r., kiedy nasza najmłodsza wychowanka spadła na głowę z kasztanowca, z poziomu drugiego piętra (karetka, helikopter, szpital). Upadek był bardzo groźny, a jego następstwa zerowe. Podkreślam, że było to 7-go października 2011r. w Święto Matki Bożej Różańcowej. Powiedziała: „Ja spadłam, ale czułam jakby mnie ktoś niósł. To chyba był sen….”. I dalej uwielbia wchodzić na drzewa i różne wysokie przeszkody.

 

-  Serdecznie dziękuję za rozmowę. Życzę spełnienia marzeń i wiele radości w tym pięknym, chociaż trudnym wyzwaniu.

Rozmawiała Jadwiga Ostromecka

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe