17
2020
2013-01-18

Znani? Nieznani? - Stąd / c.d wywiadu z O. Ignacym Stankiewiczem


- Jest ojciec skromnym człowiekiem, ale proszę opowiedzieć o innych sukcesach.
- Zawsze interesował mnie sport, w tym piłka nożna.  Jeździłem  do szkół, aby popatrzeć jak tam sport wygląda. Uczniowie ścigali się po nierównym, porośniętym po pas terenie. Piłki nie znalazłem w żadnej szkole. Chłopcy jednak zawsze coś kopali. Pomyślałem, aby zrobić w misji prawdziwe boisko i zorganizować Puchar Misji. Tak też się stało dzięki pomocy przyjaznych osób. Początki były koszmarne. Był rok 1996. Na pierwszy turniej zgłosiło sie sześć drużyn. Piłkarze  niezdyscyplinowani, niemal każdy mecz przerywany był bijatyką, lała się krew. Chroniłem sędziów, odwoziłem do domów. Piłka jednak zaczęła wciągać, przychodziło coraz więcej kibiców. Zadbałem o nagrody, założyłem związek piłkarski z zarządem. Zaczęliśmy grać regularnie ligę, Puchar Misji i inne turnieje. Opierając się na przepisach FIFA, ułożyliśmy własną konstytucję. Organizowałem regularne spotkania, kursy dla sędziów i trenerów. Powiem tylko, że dzisiaj istnieją dwie ligi piłkarskie - seniorów i juniorów, po 14 zespołów każda. Kluby mają zarząd, każdy piłkarz posiada legitymację. Przed  meczem trenerzy wypełniają protokół, podając nazwiska zawodników, sędzia główny sprawdza legitymacje, stroje itd. Protokół z meczu uzupełniony przez sędziego trafia do mnie. Liczę punkty, drukuję tabele i wywieszam w gablocie. Z dumą muszę powiedzieć, że teraz  to zupełnie inni chłopcy. Bójki zniknęły, panuje  dyscyplina, zdrowa rywalizacja  i przyjaźń. Czerpią z gry ogromną radość, są razem, żartują, pożyczają od siebie buty piłkarskie. Wierzę głęboko, że to sport ich tak zmienił,  nauczył odpowiedzialności, punktualności, Wierzę, że piłka uratowała niejednego młodego człowieka przed HIV/AIDS czy drogą przestępczą. Podczas rozgrywanych finałów atmosfera na naszym boisku jest nie do opisania. Mój problem to skąd wziąć piłki. Skąd wziąć pieniądze na nagrody? Trzy lata temu polska ambasada w Pretorii ofiarowała nam piłki, kilka strojów i kurs dla trenerów. 

- Ta działalność dla ojca jest bardzo ważna…
- Bardzo lubię sport i widzę, że to, co robię, ma sens. Dzięki  piłce mam dostęp do armii młodych ludzi. W każdym z 28 zespołów jest oficjalnie zarejestrowanych 25 piłkarzy. Trenuje dużo więcej, blisko 1000 młodych, którzy regularnie ćwiczą, grają mecze, są ze sobą. Nie wszyscy są katolikami. Moja liga piłkarska daje radość wszystkim. Jeżeli modlimy się przed meczem, to wszyscy, kibice także. Dlatego tę sportową działalność uważam za część mojej pracy i służby.

- Czy w czasie Mundialu w RPA w 2010 roku był ojciec na meczu?
- Miałem to szczęście, chociaż  wcale o to nie zabiegałem. Od dyrektora naszej kliniki, dr Keith Wimble, dostałem dwa bilety na mecz Brazylia - Portugalia na pięknym stadionie Moses Mabida w Durbanie. Atmosfera wspaniała. Nawet wuwuzele  nie były aż takie głośne.

- RPA to kraj bogaty. A teraz jakie są warunki pracy w afrykańskiej Częstochowie?
- RPA to kraj ogromnych kontrastów. Miastowe bogactwo miesza sie ze skrajnym ubóstwem. Pogarsza sie sytuacja gospodarcza, rośnie bezrobocie, korupcja, przestępczość. My, żyjący z dala od miejskiego gwaru, nie wiemy, do kogo należą bogactwa. U nas  jest  bezrobocie i straszna bieda. Większość ludzi nadal żyje bez prądu, wody, podstawowych środków do życia, w glinianych chatkach bez mebli. Brakuje łóżek, pościeli, jedzenia. Dziękują Bogu, jeżeli mają garść kukurydzy, by ugotować ją na wodzie. Drzewo na opał i wodę noszą kobiety i dzieci, czasami nawet 10 km. Niewiele zmieniło się przez ostatnie 20 lat.

- Czy biedni mogą liczyć na pomoc rządu?
- Jakieś szanse na pomoc istnieją, ale w praktyce jest to bardzo trudne. Wyjazd do miasta, do urzędu często graniczy z czymś niemożliwym. Najpierw problem zdobycia pieniędzy na transport, a następnie problemy w samym urzędzie - wypełnianie formularzy przez ludzi, którzy nie potrafią pisać, czasami nie mają  dowodów osobistych. Zastępują je wypisywane przez nas świadectwa chrztu.

- Czy praca w misji jest bezpieczna?
- Niestety nie. Kontrasty społeczne, bezrobocie, nędza, to droga do przestępczości. Ludzie często kradną, aby przeżyć. Trzeba pamiętać, że Zulusi to bardzo wojownicze plemię. W RPA przemoc jest na porządku dziennym. Misjonarze są łatwym łupem, bo nie walczą, nie strzelają. Często słyszymy o napadach na misjonarzy. Nie tak dawno byłem ofiarą napadu.

- Czy mógłby ojciec o tym opowiedzieć?
- Była niedziela, 7 sierpnia 2011. Po  wieczornych modlitwach w klasztornej kaplicy poszliśmy z bratem Januszem każdy do swojej celi. Było ok. 18.30, kiedy usłyszałem pukanie do głównych drzwi klasztoru. Otworzyłem i zobaczyłem dwóch elegancko ubranych młodych mężczyzn. Powiedzieli, że mają problem
z samochodem, a za chwilę stojący bliżej mężczyzna błyskawicznie wyjął pistolet, którym uderzył mnie w głowę, a drugi przyłożył mi pistolet w okolice serca. Pojawiło się jeszcze dwóch  z dużymi nożami. Kazali mi być cicho i zmusili do wywołania br. Janusza. Wyszedł on z celi, niczego nie podejrzewając. Związali nam z tylu ręce, przewrócili na podłogę, zaczęli bić, kopali po głowie. Pytali, gdzie sejf i pieniądze. Powiedziałem im, że sejfu nie mamy, a niewielkie pieniądze są w celi brata. To ich nie zadowoliło. Zaczęli nas torturować. Byłem pewien, że nie przeżyjemy. Modliłem się o Boże miłosierdzie. Bandyci nie zakrywali twarzy. Wiadome było, że to tylko kwestia czasu, kiedy nas zabiją. Przeszukiwali pomieszczenia. Żelazkiem przypalali mój brzuch, nożem odrzynali uszy, bijąc przy tym, gdzie popadło. Br. Januszowi podcinali gardło. Chyba szef gangu włożył mi pistolet głęboko w usta, raniąc gardło. Wrzeszczał: „Czy wreszcie będziesz współpracował z nami?” Nie mogłem już oddychać, głową skinąłem. Wtedy  zadzwonił mu telefon. Zaciągnęli nas do ubikacji, zgasili światło, drzwi zamknęli na klucz i uciekli. Udało nam się uwolnić i zadzwonić po policję.

- Czy ktoś spłoszył bandytów?
- Mogę tylko przypuszczać, że tak. Przed 19 pielęgniarki wracają ze szpitala, inne idą na dyżur. Być może ten telefon był z informacją, że coś się dzieje wokół klasztoru. Policja nikogo nie złapała. Dla nas zaczął się prawdziwy koszmar, który ciągnął się tygodniami. Nie mogliśmy poradzić sobie ze strachem, że wrócą nas zabić, bo  my ich widzieliśmy. Nie mogłem spać, ciągle widziałem moment ataku i tortur. Po modlitwach wieczornych zamykałem się w celi, przychodziły drgawki i różne myśli. Doradzano nam wizytę u psychologa, ale nikt nam nie dał pieniędzy na to, a my zostaliśmy bez grosza.

- Jaka była reakcja parafian na to tragiczne wydarzenie?
- Bardzo nam współczuli. Przychodzili, pocieszali, przynosili jakieś skromne dary. Oni wiedzieli, że zdarzył się cud, bo z takiego napadu żywym się nie wychodzi. Poprosili o odprawienie Mszy św. dziękczynnej, w czasie której kościół – choć duży- pękał w szwach. Przyszli nie tylko katolicy. Po Mszy św. każdy podchodził uściskać rękę. To było wzruszające.

- Obecnie jest ojciec na urlopie w Polsce. Czy po tak długim pobycie w Afryce trudno było zaklimatyzować się?
- Przyjechałem na półrocznym urlop sabatyczny. również w tym celu, aby zapomnieć tamte tragiczne wydarzenia. Nie mam problemu z zaklimatyzowaniem się. Bałem się jedynie mrozów, ale nie jest źle. Czym dłużej tutaj jestem, tym mniejszą mam ochotę  na wyjazd. Może to strach? Tutaj jest tak spokojnie, jak u Pana Boga za piecem. Dzielę swój czas między Jasną Górę i dom rodzinny w Dzięciołach Bliższych. Tutaj mam najlepsze warunki do wypoczynku. Rodzice co prawda już nie żyją, ale dba o mnie moja siostra Weronika i jej rodzina.
W grudniu głosiłem rekolekcje adwentowe w Miedznej, Sawicach i Kątach.

- To tragiczne przeżycie na pewno pozostawiło ślad?
- Nie jestem już taki, jaki byłem. Pewnie już nigdy takim nie będę.

- Czy potem były gdzieś podobne zdarzenia?
- Tak, napadnięto na biskupa innej diecezji, na siostry zakonne, włamano się do domu kardynała Napiera. Na szczęście bandyci ich nie bili.

-  Afryka to jeszcze jedno wielkie zagrożenie – AIDS.
- HIV/AIDS to prawdziwe nieszczęście Afryki. Statystyki mówią, że ponad 50% zarażonych jest w grupie wiekowej od 15 do 50 lat. Dużo umiera młodych i dzieci. Pomagamy chorym na różne sposoby. Utworzyliśmy przy misji grupę wolontariuszy, którzy po przejściu odpowiednich kursów pomagają chorym w domach. Jest również klinika „Ethembeni Clinic” dla chorych na AIDS, sponsorowana przez rząd USA i RPA. Jeden lekarz, sześć pielęgniarek i kilka osób w administracji obsługuje ok. 4000 chorych. 

- Wrócę do działalności duszpasterskiej. Czy świeccy pomagają?
- Udział świeckich w życiu kościoła jest zdecydowanie większy niż w Polsce. W naszej misji funkcjonują Sodalicje, stowarzyszenia świeckich do konkretnych celów. Mamy Sodalicje dla dorosłych, młodzieży dzieci, młodzieżowy chór, katechetów, aktywną Radę Parafialną.

- Niedługo powrót do Afryki. Jakie Ojciec ma plany na dalsze życie?
- Do Afryki wracam 21 stycznia. Na razie moje miejsce jest na Czarnym Lądzie i nie myślę, jak długo tam będę jeszcze pracował. Praca na misji wymaga poświęceń, doświadczenia i znajomości języków. Nie ma też chętnych. Jak sił zacznie brakować, zapewne wrócę na Jasną Górę.

- Musi więc ojciec trwać, dopóki nie wyrosną następcy. Tam, w Afryce,  „żniwo wielkie, a żniwiarzy mało”....
- To prawda. Nasza diecezja to obszar województwa mazowieckiego, a jest nas tylko 14 kapłanów,  w tym trzech Polaków.

- Życzę więc ojcu zapału, zdrowia i następcy na misji.
- Bardzo dziękuję i proszę o modlitwę za misjonarzy, o nasze bezpieczeństwo.

Rozmawiała Jadwiga Ostromecka

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe