17
2020
2014-12-11

Znani? Nieznani? - Stąd


Wywiad ze Zbigniewem Orzełowskim

- Przyznam się, że już dawno miałam zwrócić się do ciebie z prośbą o wywiad, a bezpośrednią przyczyną naszej rozmowy jest ukazanie się kolejnej płyty z twoimi kompozycjami.  Czym różni się ta płyta od poprzedniej, z 2008 roku?
- Płyta z 2008 roku zawiera 15 utworów muzycznych spółki autorskiej – teksty Lucyna Woźnica i muzyka – Zbigniew Orzełowski czyli moja.  Natomiast płyta „Przez wrota ciszy” jest zbiorem moich kompozycji do tekstów Lucyny Woźnicy, Danuty Kalinowskiej, ks. Mieczysława Rzepniewskiego, Magdaleny Krzymowskiej, Krystyny Chojeckiej, Adama Ziemianina i Bogumiły Orzełowskiej. Wszystkie utwory śpiewam ja, dwa wspólnie  z córką Moniką. Aranżacja i nagranie to dzieło sokołowianina Radosława Świderskiego, podobnie jak poprzednia płyta.  
 
- Na obu płytach znalazło się 31 pieśni i piosenek.  Czytelników pewnie zainteresuje, ile masz w dorobku wszystkich utworów?
- Ponad 60. Większość to pieśni religijne. Są wykonywane w wielu kościołach, co mnie cieszy. 
 
- Dodam, że jesteś też autorem melodii hymnu Publicznego Gimnazjum nr 2 w Sokołowie Podlaskim (słowa Lucyna Woźnica). A która z twoich kompozycji jest najbliższa twojemu sercu?
- Z pierwszej płyty „rozmowa z Bogiem”, a z drugiej „Ty Boże wiesz”.
 
- Nie pochodzisz „stąd”, czyli z ziemi sokołowskiej, ale od prawie 30 lat tu mieszkasz i swoją muzyczną aktywnością wrosłeś w krajobraz artystyczny Sokołowa. Jak to się stało, że tu jesteś? 
- Ks. infułat Jan Sobechowicz mówi, że jest w tym „palec Boży”. Przede mną organistą był tutaj przez 29 lat ks. Władysław Pietrzak, który odszedł na proboszcza w grudniu 1984 roku i wtedy szukano organisty. Ks. infułat zwrócił się z prośbą o pomoc do słynnego ks. Alfreda Hofmana, ówczesnego wieloletniego organisty w katedrze siedleckiej. Ks. Hofmana polecił mnie, swojego dawnego ucznia. Byłem wtedy organistą w Serokomli i miałem obiecane miejsce w jednej z siedleckich parafii, ale ostatecznie zdecydowałem się przenieść wraz z rodziną do Sokołowa. Było to w 1985 roku.
 
- To już prawie 30 lat. Może czas na jakieś refleksje… 
- Dla mnie pobyt tutaj to ogromna szansa pod względem rozwojowym. Oceniając go z perspektywy czasu jestem pewien, że 
w tamtej wiejskiej parafii nie miałbym takich możliwości rozwoju zawodowego. Tu trzeba cały czas coś robić, rozwijać się. Społeczeństwo miasta jest bardzo otwarte, aktywne. Poza pracą w kościele, wielokrotnie udzielałem się i w domu kultury, i w bibliotece. Niejednokrotnie są okazje do zaprezentowania swojego dorobku, wtedy trzeba przygotować coś nowego. To dużo daje i stawia przed człowiekiem wyzwania.  Takim wyzwaniem jest na przykład dla mnie prowadzenie choru parafialnego. Muszę też powiedzieć, że jak sprowadziliśmy się z rodziną do Sokołowa, byłem wspaniale przyjęty przez księży, parafian, a szczególnie przez młodzież. Istniała schola na wysokim poziomie artystycznym – pamiętam jeszcze nazwiska jej członków. Niektórzy pozostali w Sokołowie, inni rozjechali się po świecie… 
 
- Przypomnij kilka osób…
- Siostra Stefania Grażyna Korbuszewska – od marca 2011 roku matka generalna Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Loretańskiej w Warszawie, s. Zuzanna Barbara Chomka, Hania Grochowska, Iwona Grudziewska i inni. To była wspaniała ekipa, zaplecze, na którym mogłem się oprzeć i które wprowadzało mnie do pracy tutaj. Członkowie tej scholi wywodzili się z ruchu „Światło-Życie”, byli jeszcze wychowankami, ks. Stanisława Falkowskiego. Otwarci, życzliwi, jeszcze dziś jak ich wspomnę, to czuję się młodszy. A pierwsze miesiące były trudne, dwoje małych dzieci, ja od razu dużo pracy, nowe środowisko… Teraz uważam, że to był dobry wybór, Czuje się, jakbym się tu urodził. Ludzie są tacy serdeczni… Na każdym kroku 
z tym się spotykam. 
 
- Zapewne potwierdzeniem tego, co mówisz był też twój wieczór „Tu pozostać muszę”? Jak wspominano w felietonach 
z okazji 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, organizowano te wieczory „dla zaprezentowania postaci, które na trwałe wpisały się w krajobraz życia kulturalnego i społecznego miasta i jego okolic, wieczorów poświęconych utalentowanych ludziom. Ludziom, którzy poprzez swoją twórczość bądź aktywność społeczną wzbogacają kulturę miasta, wychowują pokolenia 
i inspirują do działania."
 
- Zdecydowanie tak. 28 maja 2005 roku byłem bohaterem jednego z kilkunastu tych cyklicznych spotkań. Mam go też utrwalonego w formie filmu. Ten wieczór w sali widowiskowej SOK-u pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Niezapomniane chwile radości, głębokie wzruszenia, niepowtarzalna rodzinna atmosfera. Moje kompozycje śpiewali goście i sokołowscy przyjaciele, bliska i dalsza rodzina.
 
- Przypomnę jeszcze, że swoje wieczory autorskie mieli: Wanda Wierzchowska, ś.p. Henryk Rosochacki, Wacław Kruszewski, ś.p. Lucyna Maksimiak, Irena Filipczuk, Lech Zakrzewski, Kazimierz Soszka, Zbigniew Orzełowski, Jan Rosochacki, Teresa i ś.p. Stanisław Dąbrowscy, Danuta Kalinowska, Marian Pietrzak, ks. biskup Antoni Pacyfik Dydycz, ks. Stanisław Szestowicki, ks. infułat Jan Sobechowicz, ks. Stanisław Falkowski. Mam nadzieje, że nikogo nie pominęłam.
-  Czy twój zawód i muzyczne pasje to kontynuacja rodzinnych uzdolnień i zainteresowań? 
- Cała moja rodzina jest umuzykalniona. Rodzice śpiewali w chórze kościelnym. Moja mama w wieku 87 lat głos miała jak dziewczyna w kwiecie wieku. Mam takie nagranie na pamiątkę. Zdolności muzyczne odziedziczyłem bardziej po Jasińskich, rodzinie mamy. Było nas w domu dziewięcioro dzieci, ja jestem ósmy z kolei. Wszyscy śpiewają, tylko ja gram. Pamiętam z dzieciństwa, jak śpiewaliśmy piosenki, które starszy brat Tadeusz „przywoził” z wojska. Po latach, w 1997 roku, z inspiracji pani Wandy Wierzchowskiej i Aliny Simanowicz i pod egidą Sokołowskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego bracia Orzełowscy czyli Andrzej, Stanisław i ja, Zbigniew nagraliśmy kasetę mijają „Lata, pozostają piosenki”.
 
- Pamiętam promocję tej kasety w Piwnicy Kasztelańskiej. Było to bardzo wzruszające i piękne wydarzenie artystyczne. Wiem, że spośród rodzeństwa tylko ty grasz. Jakie były tego początki?
- We wsi Plewki w gminie Zbuczyn, gdzie się wychowywałem, nie było na to szans.  Jako młodzieniec śpiewałem w chórze parafialnym w Zbuczynie; 5 km chodziłem na piechotę. Już wtedy miałem niesamowitą pasję do muzyki i to zamiłowanie trwa do dziś. Pamiętam, było to w czasie prób przed uroczystością Bożego Ciała. Wtedy właśnie nasz organista Tajer, powiedział do mnie: „Zbyszek, ty masz niesamowite zdolności, przychodź do mnie, ja cię będę uczył grać”. Miałem niską samoocenę (tak się kiedyś wychowywało dzieci) i nie chciało mi się w to wierzyć. W domu powiedziałem to mamie, a ona na to: „A ty się nadajesz?” Ostatecznie moim nauczycielem muzyki został ks. Hoffman. Jednak organiście ze Zbuczyna też wiele zawdzięczam. Pomógł mi dokonać wybór. Dostrzegł to, czego bym sam nie zobaczył.  Teraz ja wielokrotnie jak widzę, że ktoś ma zdolności, to zachęcam do rozwoju ich. 
 
- Ks. Hoffman to legenda Siedlec, honorowy obywatel tego miasta… 
- Tak, niestety już nie żyje. Zmarł w 1995 roku, w Siedlcach jest pochowany na Cmentarzu Centralnym w Alei Zasłużonych. Był nie tylko znakomitym muzykiem i wychowawcą wielu organistów, ale też wielkim znawcą i miłośnikiem polskiej kultury, tradycji, narodowej literatury i gorącym patriotą. Pochodził ze Śląska, ale w Siedlcach pracował 39 lat. Zasłużył się dla miasta bardzo, nie tylko w dziedzinie muzyki. U ks. Hoffmana uczyłem się ok. półtora roku i kazał mi iść dalej. Nie było to łatwe, rodzice starsi, ojciec chory. Ostatecznie, dzięki zachęcie i pomocy ks. Hofmana ukończyłem średnią szkołę muzyczną im. Józefa Elsnera w Warszawie. Pomogło mi też starsze rodzeństwo. W tym też czasie, żeby się utrzymać, podjąłem pracę w kościele garnizonowym na Bemowie jako organista. Pracowałem tam przez cały czas nauki. 
 
- Po ukończeniu szkoły rozpocząłeś pracę w charakterze organisty?
- O nie, jeszcze wojsko. Byłem tam w orkiestrze, dzięki czemu trochę łatwiej przetrwałem ten trudny czas. Wojska nie znosiłem; w latach 70-tych był jeszcze tamten ustrój, a wiec klimat straszny, bezsensowne znęcanie się, szczególnie w pierwszych miesiącach. To wszystko nie było w mojej naturze. Doszły też inne dramatyczne przeżycia. Modlitwa pomagała w przetrwaniu tego trudnego czasu. Wiem, że byli tacy, którzy nie wytrzymywali i odbierali sobie życie. Na duchu podtrzymywały mnie listy od ks. Hoffmana, rodzeństwa. 
Natomiast późniejsza przynależność do orkiestry Wojsk Ochrony Powietrznej Kraju wiązała się z wieloma przyjemnymi chwilami i zaszczytami. Zajęliśmy I miejsce w konkursie zespołów wokalno-instrumentalnych. Potem dwumiesięczne tournee, występowaliśmy w restauracjach, domach wczasowych, śpiewałem jako solista.. Dzięki muzycznej pasji było lżej. 
- Wiem, że więzi rodzinne są dla ciebie niezwykle ważne. Warto przy tej okazji opowiedzieć o pasji twojego brata, dzięki której pamięć o rodzinach Orzełowskich i Jasińskich została utrwalona w wyjątkowy sposób. 
- Mój starszy o 7 lat brat Stanisław to wyjątkowy człowiek. To dzięki niemu odbyło się kilka rodzinnych zjazdów, w tym w 2003 roku Wielki Zjazd Rodu Orzełowskich. W tym samym roku ukazała się „Historia rodu Orze(y)łowskich 1750- 2001”. W rodzie jest ok. 4000 osób, na zjazd przyjechało ponad tysiąc. Tu chciałbym zacytować brata. „Cały sztab ludzi dał się zarazić moją ideą, co w końcowym efekcie dało taki owoc, że w dniu 26 lipca 2003 roku na błonia wsi Plewki, jak ptaki do swych gniazd zjechali się krewni z całego kraju i spoza jego granic. Historia tego regionu jeszcze czegoś takiego nie odnotowała, żeby w zwyczajnym drobnoszlacheckim rodzie ktoś zorganizował taką uroczystość, by bez przymusu, tylko z potrzeby serca, zjechało się ponad 1000 osób, w tym z Australii, USA i innych krajów Europy. Czynnie uczestniczył w zjeździe nasz rodowy ksiądz (po kądzieli) Wiesław Niewęgłowski i chórmistrz-dyrygent Chóru Miasta Siedlce Mariusz Orzełowski. Mariusz wraz z moim bratem Zbyszkiem pracowali nad przygotowaniem Chóru Rodowego, który wzniósł się ponad swoje możliwości. Opasła księga licząca 700 stron formatu A-4, bogato okraszona rodzinnymi zdjęciami, stała się rodową encyklopedią. Jeszcze przez cały rok po zjeździe Chór Rodowy dawał koncerty po okolicznych parafiach, gdzie skupione są gniazda Orze(y)łowskich, a kulminacją był wyjazd chóru i rodzin z nim związanych na pielgrzymkę rodowa do Częstochowy w lipcu 2004 roku. Na Jasnej Górze w imieniu rodu złożono księgę rodowa, jako wotum dziękczynne za pomyślność i szczęśliwą integrację”.
 
- Cytat pochodzi z?...
- z kolejnej książki mojego brata - „Świat na przełomie II i III tysiąclecia wieków widziany oczami autora, mieszkańca Podlasia”. Ma ona formę wspomnień z lat 1942 – 2011. Wielkim jej bogactwem, poza bardzo ciekawą treścią, jest ogromna liczba różnorodnych fotografii.
Chcę też podzielić się radością, że po występie naszego chóru rodowego w Kaplicy Cudownego Obrazu miejscowy organista był zachwycony niektórymi pieśniami, m.in. „Prośba do Matki”, „Rozmowa z Panem”. Prosił, aby podarować mu nuty tych pieśni, żeby mógł dołączyć je do repertuaru jasnogórskiego. Jest to dla mnie wielki zaszczyt.
 
- Tych przedsięwzięć Stanisława Orzełowskiego było więcej…
- Tak. 12 lipca 2007 w Jasionce (gmina Zbuczyn) odbył się Wielki Zjazd Rodu Jasińskich, poprzedzony wydaniem liczącej 900 stron „Historii rodu Jasińskich 1750- 2001”,. Jak wspomina „spirytus movens”, tych wielkich dzieł, czyli Stasio, „również u Jasińskich zawiązał się chór rodowy, który chyba na jeszcze wyższym poziomie dal oprawę zjazdowi. Znów byli rodowi ułani, którzy wspaniale zaprezentowali się na rodzinnej imprezie”. I na ten zjazd przybyło ponad tysiąc osób.
Brat wydał też piękny album rodzinny, w którym każdy z mojego rodzeństwa ma swój rozdział. Wszystkie księgi ukazały się z powodu ograniczonych środków w niewielkim nakładzie, ale są dostępne w bibliotekach publicznych naszego regionu i parafiach, gdzie nasze gniazda, nasz ród. Dla brata kopalnią wiedzy był ojciec, który wiele wiedział nawet o rodzie swojej żony. Był typem takiego szperacza, interesował się przeszłością, chłonął wszystko, czego był świadkiem. Brat nagrywał opowieści ojca. Niestety, rodziców zabrakło na zjazdach swoich rodów; ojciec zmarł tuż przed Wielkim Zjazdem Orzełowskich, a mama rok przed Wielkim Zjazdem Jasińskich. Pamiątką po zjazdach są płyty DVD. Dodam jeszcze, że wcześniej odbywały się i nadal są mniejsze zjazdy rodzinne. Silne więzi istnieją, doceniamy ich ważność i czujemy potrzebę kultywowania pamięci. Dla mnie szczególnie ważny jest kontakt z rodzeństwem. Jak długo się nie widzimy, chce się nam do siebie. Niestety, jeden z braci już nie żyje. 

- A ja mogę tylko dodać, że wywiad z tobą doskonale wpisuje się w kończący się właśnie Międzynarodowy Rok Rodziny. Wróćmy jednak do twojej aktywności zawodowej. Które wydarzenia z życia parafialnego i diecezjalnego minionego trzydziestolecia były dla ciebie szczególnie ważne i dlaczego? 
- Największym moim przeżyciem była możliwość zaśpiewania psalmu podczas liturgii Mszy Świętej w czasie wizyty Ojca św. Jana Pawła II w Drohiczynie w 1999 roku. Było dla mnie zaszczytem śpiewać przed takim audytorium: setki tysięcy ludzi no i przede wszystkim tuż przy Janie Pawle II. Tego nie zapomnę do końca życia. W sercu miałem spokój, ale nogi tak mi się telepały, ze nie zapomnę tego do końca życia. 
 
- Zbliżamy się do końca naszej rozmowy. Czy możesz zdradzić czytelnikom swoje zainteresowania?
- Moim największym zainteresowaniem jest muzyka, oczywiście nie tylko religijna i liturgiczna, ale i inne gatunki. Słucham muzyki klasycznej, szczególnie Bacha. Lubię śpiewać, na różnych spotkaniach wyciągam akordeon, śpiewniki i jest wesoło. Lubię podróże, ale praca nie bardzo na to mi pozwala. Jak już jadę, to czuję się odpowiedzialny za stronę muzyczną.
 
- Byłam na kilku wycieczkach, w których i ty uczestniczyłeś i muszę powiedzieć, że robisz to doskonale. 
- Staram się cieszyć z cieszącymi, a płakać z płaczącymi.

- Co chciałbyś powiedzieć czytelnikom?
- W ubiegłym roku bardzo poważnie zachorowałem, lekarze stosowali chemioterapię. Mówi się, że z tego tylko 3% ludzi wychodzi.  Czuję się teraz szczególnie radosny, jakbym był młodszy i miał drugie życie, priorytety już są inne, człowiek drobiazgami się nie przejmuje, wie, co jest ważne. Bogu niech będą dzięki!
Przy tej okazji wyrażam wdzięczność wszystkim, którzy modlili się w mojej intencji, a wiem, że dużo osób się modliło. Ja tym samym się odpłacam.

- Czego ci życzyć?
- Przede wszystkim zdrowia, żebym mógł jeszcze swoim śpiewem chwalić Boga, a jeżeli mój śpiew podoba się ludziom, to przy okazji nieść im radość. 
 
- Tego więc życzę i dziękuję ci za rozmowę.

ROZMAWIAŁA JADWIGA OSTROMECKA

« wróć | komentarze [3]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie wiem, z jakiej płty pochodzi piosenka "Pytasz >>Czemu

Karol Kuligowski z Żyrardowa
2015-10-19 19:29:55

Podziwiam pasję i życzę ZDROWIA ,aby jak najdłużej można było słuchać tego przepięknego głosu MISTRZA

Flowers
2014-12-13 22:16:33

Piękny głos i bardzo ciepły, serdeczny człowiek.Gratulacje.

kh
2014-12-12 16:50:28
Strona 1/1






Dane kontaktowe