17
2020
2014-05-16

Znani? Nieznani? - Stąd


Wywiad z Markiem Adamczykiem

- Wykonuje pan zawód na naszym terenie wyjątkowy. Czy sięgnął pan do pewnych rzemieślniczych tradycji rodzinnych i związanych z nimi umiejętności?
- Tradycji rodzinnych nie było. Jestem pierwszym tapicerem w rodzinie i ogóle rzemieślnikiem. W 1991 roku ukończyłem w Sokołowie szkołę zawodową o specjalności tapicer meblowy, potem wspólnie ze szwagrem otworzyliśmy firmę, którą obecnie prowadzę 
z żoną Agnieszką. Wcześniej pracowałem w rodzinnym Kosowie.

- Czy nabyte w szkole umiejętności wystarczyły do zajmowania się meblami stylowymi?
- Oczywiście, że nie. Ze szkoły wyniosłem podstawy. Największe umiejętności zdobyłem w Siedlcach, w Pracowni Mebli Artystycznych pana Łopaciuka, firmie z tradycjami, istniejącej od 1934 roku. Tam pracowałem kilka lat, tam uzyskałem też dyplom mistrzowski. Podobała mi się ta praca, która powoli stała się moją pasją. 
 
- Jakie były początki firmy?
- Trudne. Był grudzień 1994 roku. Rozpoczynaliśmy razem ze szwagrem. Tutaj, w Bielanach, powolutku wszystko rozwijało się, a ja pracowałem w Siedlcach. U siebie w firmie działałem do pierwszej w nocy, o szóstej pobudka i na siódmą do firmy pana Łopaciuka. Powrót po godzinie 16 i znowu do pracy w zakładzie. Człowiek był młodszy, zdrowie inne. Gdybym 20 lat temu miał te umiejętności, co dziś, inaczej by to wszystko wyglądało. Rozwijałem firmę metodą prób i błędów. W tym roku będzie dwadzieścia lat jej istnienia. Czasami klienci pytają się, po kim odziedziczyłem zakład. Odpowiadam, że po nikim, sami zbudowaliśmy. 
 
- Proszę opowiedzieć 
o specyfice Pracowni Mebli Stylowych- Od początku poszliśmy bardziej na usługi, niż w masówkę czy produkcję pod rynek wschodni, co było wtedy bardzo opłacalne. Po kilku latach Rosja wprowadziła cła zaporowe na meble i firmom przestało to się opłacać. Większość tych małych zakładów upadła. Nasz interes sukcesywnie się rozkręcał. Rynek jest chłonny, stopniowo klient coraz bardziej wymagający. Obecnie na brak mebli trudno narzekać, ale w sklepach mamy masówkę, przy czym często cena nie odzwierciedla jakości mebla. Klient robi się coraz bardziej wymagający, szuka czegoś starego, często traktując mebel jako lokatę pieniędzy. Wartość starego mebla z czasem rośnie. Problem polega na tym, że nie ma osób, które potrafią te meble restaurować. W tej chwili stolarz meblowy to właściwie płyciarz. Zrobienie czegoś w drewnie, odtworzenie tapicerki w starym stylu, gdzie sprężyny były wiązane ręcznie i używano trawy morskiej, wymaga pewnych umiejętności i praktyki. Naprawiamy w zakładzie egzemplarze sprzed roku, które się rozpadły, ale też „białe kruki” sprzed stu lat, którym zaszkodziły dziejowe wydarzenia i po prostu czas.
 
- Jest pan więc lekarzem chorych sprzętów, tak jak baśniowy pan Kleks ze znanej opowieści Jana Brzechwy?
- Można tak powiedzieć. Odrestaurowujemy antyki - meble skrzyniowe i meble tapicerowane i inne, przywracając im dawną świetność. Współpracuję z trzema firmami, które sprowadzają meble z zachodu Europy. Coraz więcej klientów szuka czegoś niebanalnego i niedrogiego. Taki mebel można kupić za całkiem przystępną cenę. Czasami aż trudno uwierzyć, że z tak bardzo zniszczonego sprzętu powstaje prawdziwe dzieło sztuki, piękne, wygodne i trwałe.
 
- Zawieruchy wojenne sprawiły, że w Polsce przetrwało niestety niewiele takich mebli… 
- Serce boli, że w naszym kraju przepadło tyle pięknych rzeczy. Z zachodu Europy owszem, przywożone są antyki, ale są też kopie. Antyków tam zaczyna brakować, bo rynek poszerza się, masowo wykupują takie meble Litwini, Rosjanie…
Wracając zaś do mojej pracy… Wiadomo, jakieś pieniądze z tego są, ale duże zadowolenie daje też fakt, z pozostawiam po sobie coś cennego i trwałego. Tak popularne niegdyś regały postoją trochę, rozpadają się, ludzie je wyrzucają, Inaczej jest z meblami wykonanymi z drewna. Czasami trafiają do nas w „szczepkach”, ja je z pietyzmem składam, uzupełniam braki, szukając podpowiedzi w fachowych poradnikach. Niedawno klientka przyniosła fotel dosłownie w worku, w częściach, a odebrała piękny mebel. Mnie też cieszy to, że dałem nowe życie temu, co tak ważne jest dla innych. Fotel zrobił ojciec klientki, jak się uczył zawodu stolarza. Ten człowiek już nie żyje, a córka chciała ocalić mebel jako pamiątkę po bliskiej osobie. Często odrestaurowujemy meble, które mają dla danej osoby wartość emocjonalną, W domu przechowuje się pojedyncze egzemplarze przez sentyment dla dziadka, pradziadka, innej bliskiej osoby. W drewnianej chałupince w jednej z miejscowości gminnych w naszym powiecie jest piękne lustro. Jego właścicielka żyje, dostała je przed wojną za dobrą służbę w pałacu. Ta staruszka nie chce sprzedać lustra, ma ono dla niej dużą wartość emocjonalną. Stoi nakryte jak świętość. Jaki będzie jego los dalej – nie wiadomo.
Teraz meble stylowe to nie jest już kwestia finansowa. Jest tego dużo w Polsce. Jednak te sprowadzane z Zachodu zwykle mają mniejsze lub większe uszkodzenia i to już robota dla mnie. Tu ciekawostka – pewien stół z Francji miał na pięknym blacie wydrapany numer telefonu firmy transportowej.

- No cóż, dyletantów, a czasami wręcz bezmyślnych lub rozmyślnych wandali nie brakuje. Człowiek częściej niszczy zabytki niż upływ czasu. W latach powojennych w sali balowej pałacu w Korczewie zrobiono magazyn nawozów sztucznych. Kiedy po 50 latach do Korczewa mogła wrócić hrabina Renata Ostrowska, córka ostatniego właściciela, to na ścianach salonu zobaczyła napisy w stylu: mocznik – 20 zł, saletra - 30.
- Ja też mam do opowiedzenia wiele historii. Niedawno zakończyłem żmudną pracę nad meblami pewnych państwa C. z Siedlec. Dziadkowie pani C. mieli majątek w okolicach Lwowa i kiedy po II wojnie musieli uciekać, bo tam przyszła władza radziecka i ZSRR, zakopali niezwykle cenne, piękne, ponad stuletnie dębowe meble w skrzyniach w sadzie. Kiedy po kilkudziesięciu latach można było swobodnie pojechać na Ukrainę, potomkowie tych, którzy zakopali meble, pojechali i odkopali skrzynie. Meble zachowały się  dobrze, jednak wymagały renowacji, tym bardziej, że wcześniej pokryto je farbą olejną. Niektóre elementy musiałem wymienić, ale te główne zostały. Sporo pracy tam włożyliśmy, została satysfakcja, że udało się uratować antyki z taką historią. Jednak niestety dużo staroci idzie przez piłę i siekierę do pieca. Wielu klientów o tym mi opowiada. Niektóre meble z ziemiańskich dworów i pałaców przetrwały, jeśli okoliczni chłopi je zabrali. W przeciwnym razie wyposażenie uległo całkowitemu zniszczeniu. Tak było z pałacem na Przeździatce w Sokołowie, gdzie Rosjanie palili ogniska z porąbanych sprzętów.

- Pan bez wątpienia jest pasjonatem swojej pracy, wystarczy popatrzeć na to, co „wyszło” spod pana ręki i posłuchać opowieści. Które „wyleczone” meble pan pamięta?
- Jest takich sprzętów sporo. Poza tymi meblami z Ukrainy pamiętam orzechową kanapę z Radzynia, wykładany zielonym suknem stół do gry w karty, stuletni szezlong z Czyżewa, kredens z pałacu Górskich w Ceranowie. Dostałem go w postaci kilku rzeźbionych deseczek i filarów. Przeleżały lata u jakiegoś rolnika w chlewku. Odtwarzam kredens właściwie w całości na nowo. Czasami ktoś przywozi mebel w bardzo złym stanie i pyta: Czy da się to zrobić? Odpowiadam pytaniem: Czy to zrobił człowiek?  Tak, a więc i człowiek potrafi naprawić.

- Jakie inne zlecenia ma firma?
- Wykonywaliśmy elementy tapicerowane do 20 kościołów – między innymi w Narwi, Wyrozębach, Czeremsze, tapicerkę 40 foteli w katedrze w Drohiczynie, na tronie biskupim też, meble do pałacu w Łochowie i biblioteki w Węgrowie. Była też tapicerka w łodzi motorowej, w samochodach, nawet w busie. Wolę zrobić szezlong niż poprawić tapicerkę w aucie. Jednak czasami trzeba mieć przerywnik, żeby nabrać dystansu do pewnych rzeczy. Jak stoi się pod ściana, nie widzi się piękna budynku.
 
- Jaka jest obecnie, w dobie kryzysu gospodarczego, spadku popytu i bezrobocia, sytuacja pana firmy?
- Jest co robić. Kiedyś zatrudniałem kilka osób, lecz nie przekłada się to na wyniki finansowe. Teraz właściwie pracujemy oboje z żoną, czasami kogoś zatrudnię dorywczo. Mamy więcej zleceń drobnych, precyzyjnych, wymagających różnych umiejętności. My wypełniamy niszę, nie ma w regionie zakładu tej branży. Front robót mamy na kilka miesięcy do przodu, a brak pracowników – fachowców utrudnia realizację zleceń. Podam przykład - razem ze mną szkołę ukończyło (na trzech rocznikach) ok. 50 tapicerów. Z tego dwie osoby prowadzą własną działalność i może ze trzy pracują w zawodzie. Dodam, że zdecydowana większość absolwentów to były kobiety, a one sprawdzają się bardziej przy taśmie, a zakłady meblarskie w większości padły. Tapicera nie kształci się już w naszym powiecie od dwudziestu prawie lat. W Wyszkowie nie ma już kiedyś znanej szeroko szkoły drzewnej.
Brak fachowców to moim zdaniem skutek likwidacji szkół zawodowych i wprowadzenia gimnazjów. Może rządzący pójdą po rozum do głowy, że ta reforma się nie sprawdziła. Na dodatek wielu naszych fachowców wyemigrowało do bogatszych krajów Unii Europejskiej. Mój kolega, z którym razem uzyskałem dyplom mistrzowski, od wielu lat prowadzi firmę tapicerską pod Paryżem. Jest bardzo zadowolony, mniej się napracuje niż ja tutaj, a dochody ma kilkakrotnie wyższe.  
 
- Miejmy nadzieję, że nie wszyscy rzemieślnicy i inni fachowcy wyjadą i zdążą przyuczyć do zawodu młodych.
- Jeśli ruszyłby rynek ucznia, uruchomiono by kształcenie w zawodach wymierających, stworzono ulgi, żeby opłacało się ucznia szkolić i żeby młody człowiek chciał się uczyć określonego fachu, to takie firmy jak nasza rozwijałyby się i Polacy mieliby pracę.  Magistrów mamy już nadwyżkę. Ukończyłem kurs pedagogiczny, mógłbym uczyć w szkole zawodowej przedmiotów zawodowych, w cechu też brakuje ludzi do komisji. Dla starych rzemieślników obecne czasy też stwarzają pewne bariery. Rzemiosło to wymagające zajęcie.
 
- Jakie cechy są niezbędne do wykonywania zawodu tapicera?
- Poza umiejętnościami pewna wyobraźnia przestrzenna, cierpliwość i precyzja. Trzeba też lubić to, co się robi, wykonywać swój zawód z pasją. Wtedy będą efekty i zadowolenie. Prościej, łatwiej i szybciej jest zrobić coś nowego niż przywrócić świetność dawnym meblom. Może też dlatego tak niewielu tapicerów czy stolarzy zajmuje się renowacją staroci. Tym bardziej, że nie zawsze klient chce zapłacić tyle, ile powinno się wziąć za pracę włożoną w odrestaurowanie mebla. 
 
- Jakie ma pan plany zawodowe na najbliższe lata?
- Planujemy rozbudowę budynków i przygotowanie dużego pomieszczenia na ekspozycję i sklep, żeby klient mógł obejrzeć i ewentualnie kupić oryginalnie odnowione, stare meble z charakterem. Mam też możliwości robić kopie starych mebli, bazując na odpowiedniej literaturze poradnikowej no i latami zdobywanym doświadczeniu. Poszukujemy też rzeźbiarzy, którzy potrafiliby wyrzeźbić do tych mebli pewne elementy. Nie może to być wyrób maszynowy. Klienci chcą uzupełniać swoje zestawy mebli. Przyjeżdżają ze zdjęciem i proszą o dorobienie, bo brakuje im na przykład stolika czy półeczki do kompletu. Robimy to w miarę możliwości.  Popyt na to jest.
 
- Co chciałby pan powiedzieć czytelnikom Wieści Sokołowskich?
- Zapraszam do mojej pracowni.
 
- Życzę realizacji planów i dziękuję za rozmowę. 
 
ROZMAWIAŁA JADWIGA OSTROMECKA

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe