17
2020
2014-10-09

Znani? Nieznani? - Stąd


Wywiad z Krzysztofem Mielańczukiem
 
Krzysztof Mielańczuk to aktor musicalowy, dziennikarz, prezenter, obecnie kieruje działem filmowym redakcji TVP ABC. Naszym czytelnikom opowiedział nie tylko o swoich związkach z ziemią sokołowską.
 
- Od pewnego czasu częściej bywa pan w rodzinnych stronach…
- To prawda. Już od 15 lat. W ciągu lata średnio co dwa tygodnie w weekendy przyjeżdżam z mamą na Kolonie Hołowienki, gdzie mam dom po dziadkach, Piotrze i Aleksandrze Mielańczukach. Zazwyczaj spędzam tutaj także tydzień w lipcu lub sierpniu. 
 
- Co pana tutaj przyciąga – sentyment do miejsca urodzenia, rodzina?
- Wszystko po trochu. Urodziłem się niedaleko stąd, w pałacu w Sterdyni, w którym, zanim popadł w ruinę, była miedzy innymi izba porodowa. Kilka lat temu nawet odwiedziłem odrestaurowany już pałac.  Tutaj mam sporą rodzinę ze strony ojca, trochę mniej liczną ze strony mamy.  W miarę możliwości staram się dbać o utrzymanie tych relacji. Oczywiście kiedyś, kiedy żyła babcia,  kontakty były częstsze.
 
- Co pamięta pan z czasów dzieciństwa w rodzinnej miejscowości?
 - We wsi Kolonia Hołowienki, w tym domu, który teraz należy do mnie,  mieszkałem zaledwie do piątego roku życia, więc tych wspomnień nie ma zbyt wiele. Rodzice przenieśli się do Ursusa pod koniec lat 60-tych, kiedy moi sporo starsi trzej bracia zaczęli dorastać i trzeba było posłać ich do szkół średnich. Podstawówkę wszyscy kończyli tutaj, w Zembrowie.  
Przyjeżdżaliśmy oczywiście do babci, która zmarła w 1993 roku w wieku 93 lat. Pamiętam rodzinne imprezy, zwłaszcza wesela. Jedno z nich mogło zakończyć się tragicznie. Spaliśmy po nim razem z moim kuzynem, niemal rówieśnikiem Andrzejem Pytlem z Sabni, w stodole na sianie. Rano wujek, Mietek Kur z Zembrowa, ojciec panny młodej, przyszedł dawać siano krowom. Oczywiście nie wiedział, że my tam śpimy. Sięgnął widłami po siano… i mało brakowało... (…) Ot, takie wspomnienie, jedno z wielu z  przyjazdów na Podlasie. 
Kiedy w 1993 roku dostałem od wujka Janka Pytla kawałek ziemi, na którym stał stary dom po dziadkach, odremontowałem go i od 1999 roku zacząłem przyjeżdżać częściej. Wykończenie domu zbiegło się z 50. rocznicą ślubu moich rodziców. W kościele w Zembrowie, czyli tu, gdzie brali ślub była okolicznościowa Msza Święta, rodzice zaprosili swoich znajomych, dzieci i wnuki. Zebrało się kilkadziesiąt osób w tym moim „małym” domku. Między innymi była, niedawno zmarła, pani Lucyna Maksimiak z Hołowienek. Wszyscy bawili się znakomicie, była wspaniała, sympatyczna atmosfera.
 
- Wróćmy do początków pana artystycznej kariery…
 - Od dzieciństwa interesowały mnie różne artystyczne aktywności, zwłaszcza śpiewanie, ale nie trafiłem na początku na kogoś, kto by mi uświadomił, że ewentualnie mam szansę zaistnieć w tym zawodzie. Mój pierwszy zawód to … rzeźnik. Po podstawówce ukończyłem Technikum Przemysłu Spożywczego o specjalności przetwórstwo mięsa. Potem studiowałem w SGGW na technologii żywności. W wakacje po trzecim roku w tajemnicy zdałem egzaminy do czteroletniego Studium Wokalno-Aktorskiego przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. To jedna z lepszych szkół przygotowująca do zawodu aktora musicalowego, do dziś jest tam bardzo duża konkurencja. Wtedy, jak zdawałem, startowało kilkanaście osób na jedno miejsce. 
 
 - Zaczynał pan więc karierę zawodową jako śpiewający aktor?
 - Dyplom i tytuł aktora scen muzycznych uzyskałem w 1988 roku i zacząłem rozglądać się za odpowiednim dla siebie teatrem. Teraz absolwenci tego typu szkół mają chyba trochę łatwiej, bo jest więcej teatrów muzycznych. Choć… i absolwentów jest więcej… Wtedy Teatr Muzyczny w Gdyni był właściwie jedynym teatrem musicalowym. Jeszcze jako student pracowałem w tym teatrze, który pod dyrekcją Jerzego Gruzy przeżywał swoje najlepsze lata. Mieliśmy bowiem – my występujący na scenie i widzowie odwiedzający teatr – możliwość uczestniczenia we wspaniałych widowiskach. Wtedy właśnie graliśmy światowe musicale - „Skrzypka na dachu”, „Jesus Christ Superstar”, „Les Miserables”, „My Fair Lady”. Nie brakowało także polskiego repertuaru np. musical „Drugie wejście smoka” z piosenkami Franka Kimono (Piotr Fronczewski). W międzyczasie ukończyłem Akademię Muzyczną w Gdańsku w klasie śpiewu.  Po sześciu intensywnych latach spędzonych w Trójmieście – studio, praca w Teatrze i studia w Akademii wróciłem do Warszawy. Wcześniej, bo już w 1989 roku udało mi się dostać do Operetki Warszawskiej, wtedy pod dyrekcją Urszuli Trawińskiej-Moroz.  Musiałem jednak zrobić dyplom w Gdańsku i pracę w Operetce rozpocząłem dopiero rok później. W Operetce, potem przemianowanej na Teatr Muzyczny Roma występowałem do 1998 roku. Graliśmy bogaty repertuar – „Księżniczka czardasza”, „My Fair Lady”, „Wesoła wdówka” i wiele innych przedstawień. Później dyrektorem został Bogusław Kaczyński, a po nim Jan Szurmiej, który zaczął realizować więcej musicali np. „Sztukmistrza z Lublina” i „Piaf”. To był bardzo intensywny dla mnie okres . 
 
- Po drodze zdarzyła się telewizja, której jest pan wierny do dziś? 
- Tak, już od 23 lat. Na początku, równolegle z Operetką Warszawską. W międzyczasie spędziłem kilka miesięcy w Japonii. Kiedy wróciłem, okazało się, że Operetka ma duże kłopoty finansowe i ostatecznie przez pół roku miała przerwę w funkcjonowaniu. Wtedy moja koleżanka ze studiów w Gdańsku, Alicja Węgorzewska (znana dziś m.in. jako juror programu TVP 2 „Bitwa na głosy”), zachęciła mnie do wzięcia udziału w konkursie na prowadzącego programy dla dzieci. Udało mi się wygrać ten konkurs i rozpocząłem pracę w programie „Mama i ja”. Współtworzyłem ten program przez kilka lat. I od tego się zaczęło. Po kilku miesiącach pozytywnie przeszedłem nabór na dziennikarza i prezentera programów informacyjnych. Znalazłem się w dwunastce wybranej spośród ponad tysiąca chętnych. Po intensywnym kursie otrzymałem propozycję pracy w Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Z tej oferty jednak nie skorzystałem. Przyjąłem inną: Doroty Szpetkowskiej, wtedy prezenterki i szefowej działu oprawy TVP 1, która włączyła mnie do grona młodych prezenterów Jedynki. Zaczynałem z Kingą Rusin i Hanką Smoktunowicz (teraz Lis). Miałem zaszczyt i przyjemność pracować jeszcze z Janem Suzinem, Edytą Wojtczak, Krystyną Loską, a także z Katarzyną Dowbor i Agatą Młynarską. Kiedy powstała TV Polonia, dostałem propozycję przejścia do tego kanału. W trakcie pracy w Jedynce i w Polonii nie byłem tylko prezenterem, ale angażowano nas także do prowadzenia programów, wywiadów, powierzano różne inne telewizyjne zadania. W TV Polonia prowadziłem sporo różnorodnych programów, m.in. dla dzieci. Np. program muzyczny, w którym mogłem wykorzystywać swoje wokalne umiejętności „Na polską nutę”. 
 
- Był też  program „Brawo bis”, chyba pierwszy w polskiej telewizji program na żywo? 
- Program „Brawo bis” wymyśliła w drugiej połowie lat 90-tych Dorota Szpetkowska, która zaproponowała mi współpracę.  Nie był to raczej pierwszy program na żywo, tak bym tego nie ujął, ale… z pewnością można go określić jako jeden z pierwszych weekendowych programów telewizji śniadaniowej. Choć istniała już „Kawa czy herbata” w TVP 1. W tamtym czasie był to dla mnie najbardziej znaczący i odpowiedzialny program, prowadziłem go na zmianę z Dorotą. Na antenie gościł chyba do 2002 roku, w soboty rano. W trakcie programu widzowie dzwonili z różnych stron świata i wybierali program na powtórkę – na bis. Podczas głosowania były wywiady, konkursy, muzyka, kontakt bezpośredni z dzwoniącymi widzami.  Wtedy taki program był czymś wyjątkowym. Programy na żywo zawsze łączą się ze specyficznym rodzajem skupienia, niosą ze sobą spory dreszczyk emocji. Pamiętam wiele zabawnych, ale i trudnych sytuacji. 
 
 
- Wróćmy do kolejnych etapów pana zawodowej kariery…
- Pracowałem początkowo równolegle, w Jedynce i TV Polonia, ale w końcu trzeba było się określić. Zostałem w TV Polonia do 2002 roku.  Później musiałem dokonać wyboru - etat i funkcja, czy dalej prezenter. Wybrałem awans, czyli etat i funkcję 
i tak jest do dzisiaj. Z pełną świadomością zrezygnowałem z „pokazywania się”. Już wtedy pracowałem w Redakcji Filmowej TVP 1 i prowadziłem dział filmów i seriali dla dzieci. Pod moją opieką były np.  Wieczorynki, sobotnie bloki „Walt Disney przedstawia”, poranne pasma dla dzieci. Zajmowałem się selekcją repertuaru, kupowałem filmy, nadzorowałem dubbing, wgranie lektora, układałem ramówkę. Ciągle to robię, tylko teraz w TVP ABC. Zdarzało mi się także być lektorem, czy też zaśpiewać piosenkę w jakimś serialu animowanym.
 
- Co obecnie TVP oferuje dzieciom? 
- Od lutego jest duża zmiana, gdyż powstał nowy kanał telewizji publicznej, przeznaczony właśnie dla dzieci – TVP ABC. Jest to ogólnodostępny kanał tematyczny w swoim podstawowym założeniu adresowany do dzieci w wieku 4-9 lat oraz do ich rodziców i wychowawców. Dostępny jest w ramach pierwszego multipleksu naziemnej telewizji cyfrowej, także w telewizjach kablowych. We wszystkich kanałach telewizji publicznej, może poza Polonią i Kulturą, pasma dla dzieci zostały mocno ograniczone. Z racji tego, że przez lata zajmowałem się repertuarem dziecięcym, zaproponowano mi przejście do TVP ABC. 70% czasu antenowego w tym kanale programuję ja. Jakiekolwiek reklamacje można, więc… śmiało kierować właśnie do mnie...
 
- Czy jest w tej stacji chociaż  trochę nowej polskiej produkcji?
- Z nową polską produkcją jest kiepsko. W momencie, kiedy zmienił się system, państwo i telewizja publiczna ograniczyły jej finansowanie. Zakup licencji jest znacznie tańszy. TVP tak, jak i inne stacje chętniej finansuje programy o najwyższej oglądalności. W ten sposób zdobywa widzów, a za tym idą reklamy i pieniądze do telewizyjnego budżetu. Przykład Wieczorynki. Nie miała ona w ostatnich latach zbyt dużej oglądalności - z różnych powodów, choć nie miał raczej na to wpływu emitowany repertuar.  Program mimo niższej oglądalności przynosił całkiem dobre przychody z reklam jednak – w tym bardzo dobrym czasie antenowym - przegrywał oglądalnością z konkurencją i Wieczorynka została przeniesiona początkowo do TVP Kultura, a potem do TVP ABC. Ponieważ produkcja nowych  animacji jest niewielka w  repertuarze TVP ABC mamy dużo tych starych, dobrych polskich animacji. 
 
- To chyba dobrze, że kolejne pokolenie polskich dzieci pozna Bolka i Lolka, Pszczółkę Maję…?
- Dla nas i dla trochę młodszego pokolenia tak, dla dzieci… nie jestem do końca przekonany. To jest inne pokolenie, pokolenie, któremu musi… „migać”. W starych filmach jest zupełnie inna narracja – jest spokojnie… powoli… Ta zmiana to oczywiście także efekt zmieniających się technik.

- Które etapy życia zawodowego pan wspomina najmilej, które dawały najwięcej zadowolenia i satysfakcji?
- Zawsze będzie mnie ciągnęła scena, mimo że rozstałem się z nią w 1999 roku. Występowałem 15 lat, to kawał czasu. Jak idę na jakiś spektakl, zwłaszcza musical, to oglądam go z pewną nostalgią i tęsknotą. I ciągnie. Lubiłem też konferansjerkę  Było tego trochę . Różne spotkania, imprezy rozrywkowe, sportowe, eventy…

- Nie myśli pan o powrocie na scenę?
- O nie, nie… To już zbyt długa przerwa, jeśli chodzi 
o śpiew i sprawność sceniczną. Teraz można tylko potęsknić, pomarzyć i powspominać. A teatr musicalowy 
w Polsce bardzo się rozwinął, jest  tylu dobrych wykonawców, powstają świetne przedstawienia, na przykład w warszawskiej „Romie”. Nie mamy się czego wstydzi.
To, jeśli nie światowy, to z pewnością europejski poziom. No i miło mieć świadomość, że podstawowym zagłębiem, jeśli chodzi o wykonawców musicalowych jest szkoła, którą skończyłem: Studio Wokalno - Aktorskie im. Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. 

- Czy ma pan inną pasję poza pracą zawodową?
- Podróże. Dużo podróżuję i lubię to. Mam znajomych, z którymi organizujemy się i wyjeżdżamy. Fotografuję 
i przywożę z tych wyjazdów wiele zdjęć. Taki dwu, trzytygodniowy wyjazd dostarcza mi wrażeń na kilka następnych miesięcy. Wtedy obrabiam, oprawiam fotografie. Potem,  niektóre z nich moi znajomi wieszają sobie… na ścianie…
 
- Powstają może dzienniki podróży?
- Do szuflady. Kiedyś zastanowię się co z nimi zrobić. Piszę, bo z pamięcią coraz gorzej. Początkowo tego nie robiłem, ale w pewnym momencie, w trakcie jednej z podróży zacząłem  zapisywać na gorąco wrażenia. Podczas wyjazdów próbuję znaleźć na to czas, chociaż to trudne . 
 
- Które miejsca są najbardziej fascynujące?
- Mam porównanie, ponieważ udało mi się pojeździć trochę po Stanach, po Brazylii, Peru, Boliwii, byłem 
w Afryce, na Tajwanie, w Japonii, Indiach i w całej właściwie Europie… Ale rejon, który najbardziej mnie fascynuje i gdzie czuję się najlepiej to Tajlandia, Wietnam, Birma, Kambodża. Zachwyca mnie tamtejsza natura, egzotyka. Być może na początku przyszłego roku wybiorę się w kolejną taką podróż. Szkoda tylko, że mam mało czasu na to podróżowanie  - mam tak jak wszyscy 26 dni urlopu i…  5 dni tzw. urlopu dziennikarskiego, pod warunkiem wykorzystania tego podstawowego.
 
-Możliwości wyjazdów stwarza też zapewne praca? 
- Tak. Jeżdżę na targi i festiwale. Największy światowy festiwal animacji jest co roku w czerwcu we Francji, targi w Cannes, wyjeżdżam też na fora poświecone filmom animowanym. We wrześniu na przykład byłem na takim forum w Tuluzie. Poza tym służbowo odwiedzałem też Włochy, Szwajcarię, Czechy, Norwegię, Finlandię, Niemcy, Anglię, USA… Trochę się tego nazbierało. Jednak wtedy możliwości poznawania kraju są bardzo ograniczone, zwykle nie ma czasu na coś więcej, niż tylko sprawy zawodowe. Staram się jednak wykorzystywać nawet ten minimalny czas, żeby coś zobaczyć i to mi się udaje. W latach  90-tych regularnie, dwa razy do roku jeździłem służbowo do Londynu. Przypominały mi się wtedy wyjazdy do tego miasta 
w latach studenckich. Miałem sporą satysfakcję ze zmian jakie zaszły w moim życiu, bo wcześniej, w Londynie, w wakacje pracowałem na przysłowiowym „zmywaku”, żeby dorobić. Po kilkunastu latach wchodziłem do tej samej restauracji, siadałem przy stoliku i byłem…  gościem... (…) 
 
- To zdecydowanie może być miarą zawodowego sukcesu i powodem do dumy.
- Co ważne, osiągnąłem to tutaj, w moim kraju, nie na obczyźnie. A zachęt do emigracji w ciągu tych lat nie brakowało. Służbowo do Londynu jeździłem ze względu na opiekę nad pasmem „Walt Disney Przedstawia”, które było emitowane w TVP 1 w każdą sobotę. W Londynie, w europejskiej siedzibie firmy Disney’a, wybierałem i kupowałem do tego pasma  repertuar. Program trwał półtorej godziny i miał dużą oglądalność. W jego trakcie pojawiały się trzy wstawki lektorskie. Tym lektorem/głosem byłem ja, co wiązało się czasami ze śmiesznymi sytuacjami, kiedy mnie rozpoznawano i słyszałem, na przykład w sklepie, stwierdzenie kierowane do mnie: „Walt Disney!”. Zaśpiewałem też kilka piosenek do serii animowanych i to też się za mną „ciągnie” już kawałek czasu. Np. „Tabaluga” do animowanego serialu pod tym samym tytułem. 
 
- Na pewno jest to miłe. No cóż, robi pan to, co lubi, a pokolenia najmłodszych mogą cieszyć się, że nie został pan technologiem żywności. 
- Przyznam, że miałem okazję pracować także z dziećmi i bardzo lubiłem tę pracę, sprawiała mi olbrzymią przyjemność. Kilka lat byłem instruktorem teatralnym w amatorskim dziecięcym teatrze muzycznym „Pantera”. Jedną z moich… „wychowanek” jest aktorka Karolina Gruszka.
Był teatr, była telewizja i jeszcze te zajęcia, które bardzo lubiłem. Dawały mi dużą satysfakcję. Nie dosypiałem, nie miałem wolnego dnia miesiącami. Wielką radość sprawiało mi, kiedy można było coś z tych dzieciaków wydobyć. Rozumieliśmy się świetnie. Nie wiem, czy teraz miałbym cierpliwość do tej pracy, ale wtedy bardzo to lubiłem.
Dosyć dużo pracowałem przez minione 20-kilka lat, było intensywnie, teraz wyluzowałem Czasami, dodatkowo zajmuję się jeszcze tłumaczeniem dialogów do filmów.

- Co powiedziałby pan na zakończenie wywiadu czytelnikom Wieści Sokołowskich? 
- Przede wszystkim dzięki wielkie za poświęcony czas, a jeszcze większe… jeśli kogoś zainteresowała ta moja „podlaska” historia.  Mam nadzieję pojawiać się w tych stronach jeszcze długo, bo… im więcej podróżuję po świecie, tym bardziej doceniam ten swój mały, hołowieński  kawałek świata, do którego bardzo chętnie wracam. Choć w zasadzie całe swoje życie spędziłem już gdzie indziej, to chyba jestem trochę takim „podlaskim” patriotą. No i zrobiło się „wzruszliwie”… (…) Jakiś rok temu Pani Lucyna Maksimiak podarowała mojej mamie egzemplarz swoich wierszy. Przeglądałem go całkiem niedawno, już po śmierci Pani Lucyny. Sięgnąłem po niego jeszcze raz, przed umówionym spotkaniem z Panią i na zakończenie chętnie zacytowałbym jeden z wierszy. Krótki fragment:
Ziemio Ty moja, podlaska, rodzinna
Piękniejsza niż inne. Czy jesień, czy zima,
Czy wiosna, czy lato, czy burza, czy skwar
O! Dzięki Ci Boże za tej ziemi czar!
 
-Pani Lucyna była rzeczywiście wyjątkową osobą. 
Dziękuję za panu rozmowę, życzę sukcesów zawodowych i pasjonujących podroży, również w rodzinne strony. 
 
ROZMAWIAŁA JADWIGA OSTROMECKA

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe