17
2020
2012-10-19

Znani? Nieznani? – Stąd/ wywiad ze Zdzisławem Radzikowskim


- Rozmawiamy w pana domu, w pięknej nadbużańskiej okolicy. Czy to pana rodzinne strony?

- I tak, i nie. Urodziłem się w 1943 roku niedaleko stąd, ale za Bugiem, w Grannem.  Ożeniłem się w 1970 roku, po ślubie zamieszkaliśmy u mnie. Do Wieski sprowadziliśmy się dopiero po 15 latach małżeństwa. Stąd pochodzi moja żona.

- Pierwszy kontakt z muzyką miał więc pan po tamtej stronie Bugu?

- O tak. Pochodzę z rodziny, w której muzykowanie przechodziło z pokolenia na pokolenie. Na skrzypcach grał mój ojciec Czesław, pradziadek z Putkowic o nazwisku Kosel, dziadek Radzikowski z Pełchu i stryj Michał. Drugi stryj - Jan był mistrzem gry na harmonii trzyrzędowej. Po nim tą umiejętność odziedziczył mój brat Edward. Poza ojcem wszyscy słuchowcy.

- A kiedy pan połknął  muzycznego bakcyla?
- Ojciec zaczął mnie uczyć grania, gdy miałem 9 lat.  Znał nuty, rozgrywał kompozycje z takiej gazety „Zielony sztandar”, ale ja wolałem ze słuchu i tak zostało do dzisiaj.  Z nut nie grałem nigdy. Szybko pojmowałem to, czego uczył mnie ojciec i wkrótce grałem lepiej od niego.
 
- Nie pierwszy to przypadek, że uczeń przerósł mistrza.

- Jak miałem 9 lat, pierwszy raz grałem na zabawie. Niedaleko stad, w Krzemieniu. Potem, na drugi dzień, w Dzierzbach i zaraz w Łazowie. Grało się wtedy przy lampie naftowej. Były to po wojnie, ludzie szukali rozrywki, chcieli zapomnieć o ciężkich czasach. Takie potańcówki organizowano wtedy często. Grywałem też na „tłokach”- to takie zakończenie wspólnej pracy przy wykopkach.   Gospodarz urządzał imprezę za bezpłatną pomoc przy pracy w gospodarstwie. To była zabawa! Po robocie tańczyli całą noc, jedli bliny, pieczoną kiszkę ziemniaczaną, pili piwo jałowcowe, czasem gorzałkę. To dawne czasy, byłem młody, grałem z ojcem jeszcze wtedy.
Coraz częściej grałem na spotkaniach rodzinnych, weselach i różnych imprezach, w różnych kapelach. Wesela wtedy trwały kilka dni.  Pamiętam z lat 70 tzw. „banki miast”. Wtedy byłem członkiem kapeli „Sidory”. Występowaliśmy nawet w górach, w Warszawie i w okolicznych miastach – Siemiatyczach, Białymstoku, Kolnie. Później zakładałem własne kapele Pierwszy zespół był dwuosobowy – skrzypce i harmonia trzyrzędowa. Potem wzbogacaliśmy brzmienie o bębenek, saksofon, drugą harmonię.


- Czy w życiu dorosłym zamiłowanie do muzyki pozostało? Nie miał pan przerwy w graniu?

  - Wtedy, kiedy budowałem dom, czyli w latach osiemdziesiątych, zaprzestałem grania na imprezach, co nie znaczy, że nie wziąłem smyczka do ręki.  Granie było i jest moją pasją.

- Widzę u pana w domu różne instrumenty. Proszę powiedzieć o swoich skrzypcach.

 - Pierwsze skrzypce, na których grałem jeszcze jako dziecko, dostałem od ojca.
 Były własnej roboty, z odpowiedniej deski, struny miały z drutów telefonicznych. Później kupiłem już prawdziwe, polskie skrzypce. Jeszcze później grałem na skrzypcach pana Bolesty z Kamianek zza Buga. Kupiłem je od jego syna, który mieszkał w Niemirkach i też trochę grał. Dziś już na nich nie gram, ale zachowałem jako pamiątkę.  Według specjalistów mają ponad 1o0 lat, pochodzą z Austrii, nazwa STEINER. Można na nich jeszcze grać, a kupiłem je zniszczone, wyremontowałem a właściwie zrobił to  pewien lutnik. Teraz mam skrzypce rumuńskie, kupione w Anglii.
 Cennym instrumentem jest też pedałowa czterorzędowa harmonia Kazimierza Jedynaka.



- Z czyjej inicjatywy powrócił pan do muzycznej aktywności?

- Namówiła mnie pani Wanda Księżopolska z Siedlec. To dzięki niej zacząłem pojawiać się na różnych przeglądach i konkursach.

- Widzę tutaj różne pokonkursowe trofea. Powrót na muzyczną scenę był więc udany?

- Prawie zawsze znajdowałem się w czołówce. Właściwie od kilku lat nie schodzę z podium, jestem albo pierwszy, rzadziej drugi lub trzeci, w najgorszym razie wyróżnienie. A dyplomów mam ponad sto. W tym roku na przykład na różnych przeglądach zająłem 3 razy pierwsze miejsce, dwa razy drugie.  Największym moim dotychczasowym  osiągnięciem było zdobycie w 2005 r. głównej nagrody - „Złotych basów” i pierwszego miejsca w ogólnopolskim Konkursie Kapel i Śpiewaków Ludowych Regionów Nadwiślańskich „Powiślaki” w Maciejowicach, w kategorii soliści instrumentaliści. Wymagało to wielu lat ćwiczeń, więc tę nagrodę bardzo cenię. Na drugi rok w Maciejowicach mam być w kapitule nagród, ponieważ uczestniczę w konkursie   już ze 20 lat.

- A prestiżowy  ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu ?

- Zakwalifikować się tam jest bardzo trudno. Po przesłuchaniach dwukrotnie byłem tam kwalifikowany. W 2003 r. zdobyłem w Kazimierzu drugie miejsce, w 2006 pierwsze. Brakuje mi już tylko do kolekcji „Baszty” – głównej nagrody na tym festiwalu. W ostatnich dziesięciu latach zdobywałem też pierwszą lub drugą nagrodę na Mazowieckim Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Mińsku Mazowieckim jako solista instrumentalista. W tym roku mam I miejsce, to już ścisła krajowa czołówka. Występuję też bliżej – Wiśniew, Repki, Sokołów, Kosów, Sterdyń. Te festiwale są dla mnie źródłem dużej satysfakcji, ale też, nie ukrywam, wiążą się z nagrodami pieniężnymi.  I  tak się występuje  na okrągło, w sezonie zdarzały się i trzy występy w tygodniu. Czasami jeżdżę z zespołem „Sterdyniacy”  z młodą parą bryczką do ślubu i przygrywamy im, żeby było wesoło. Takie dawne zwyczaje powracają.

-Właśnie o to chciałam zapytać. Od kilku lat gra pan w kapeli „Sterdyniacy”…

- Ta kapela istnieje już pewnie 12 lat. W ośrodku kultury w Sterdyni zaopiekowała się nami pani dyrektor Marianna Kobylińska. Ostatnio kupiła nam nowe stroje podlaskie. W Sterdyni mamy dobry klimat do wspólnego grania.

- Kto tworzy kapelę „Sterdyniacy”?

  -  W skład kapeli wchodzą Jan Karaś z Kosowa Lackiego -  saksofonista z ponad czterdziestoletnim doświadczeniem, Antoni Kotowski z Seroczyna Sterdyńskiego -  grający od 14 roku życia akordeonista, Jerzy Mielaniuk z Kosowa Lackiego -  perkusista, który w kapelach gra od 16 roku życia. Ja jestem najstarszy wiekiem i doświadczeniem. Razem gramy bardzo często, nie tylko w naszym powiecie. Zapraszają nas na różne imprezy. Na przykład w Siemiatyczach zagraliśmy ramach akcji „Muzyka na ulicy”, w Brańsku,  w Spotkaniu Muzyków Weselnych. Gramy też w innych miejscowościach. Wszyscy jesteśmy słuchowcami, nut nie potrzebujemy. Ja czasami, jeśli nie pokrywają się terminy, występuję z innymi kapelami, na przykład z „Zabuzakami” z Siemiatycz. Zaproszeń nie brakuje. W tym roku niedawno byliśmy jako kapela  „Sterdyniacy” w Siedlcach na targach rolnych,  zagraliśmy  w Sabniach na uroczystości z okazji złotych godów. Już niedługo wystąpimy w Sokołowskim Ośrodku Kultury na tradycyjnej imprezie „Jesień na Mazowszu i Podlasiu -  Festiwal Kuchni Regionalnej”.

   - Wiem, że ludowe kapele ostatnio przeżywają  renesans. Są konkursowe zmagania lub występy prawie na każdym festynie, dożynkach. Skrzypków jednak  jest chyba mało?

- To prawda, są akordeoniści, harmoniści,  a ze skrzypków zostałem w okolicy ja sam. Kiedyś grali  Suchodoły z Nowomodnej, ja z nimi chodziłem już od czternastego roku życia, Ewiak, Kanabrodzki, Żero z Teofilówki, Ziuniek z Wierzchucy, Czesiek Kotowski z Seroczyna. Już nie żyją. Dodam jeszcze, że jest dużo zespołów, którzy nazywają siebie kapelami ludowymi jednak  prawdziwa kapela powinna mieć następujący skład: skrzypce,  trzyrzędowa  harmonia, bębenek, klarnecik. Właściwie wystarczą skrzypeczki do kapeli. Według przepisów Sterdyniacy też nie są kapelą. Wiem to od pani  Księżopolskiej i profesorów. Komisje na festiwalach zawsze cenią bardziej to,  co ludowe, przekazywane z pokolenia na pokolenie, a nie na przykład kompozycje Wesołowskiego, Chruszcza, Stecia.  A przesłuchują nas sami znawcy, aż nogawki drygają przed nimi: profesorowie z Lublina, pani Alicja Jankiewicz z Mazowieckiego Centrum Kultury i inni. W Brańsku jest jeszcze człowiek, który gra na pedałowej harmonii – Tadeusz Walisiak i Stanisław Ptasiński z Wielgolasu powiat  Mińsk Mazowiecki. On też muzykuje od dziecka.


  - Skąd bierze pan  repertuar? Znawcy mówią, że jest bardzo cenny i bogaty.
 - Gram głównie to, co pamiętam z dzieciństwa, to, co grał mój ojciec, dziadek, pradziadek - podlaskie polki, dziś już niewielu osobom znane, stare oberki. marsze – mamy ich w repertuarze z dziesięć. Te utwory maja swoje tytuły, ale  nie wiadomo,  kto je nadał: „Po zagonach”, „Michałowa”, „Modry len”, „Dwaj przyjaciele” i inne. Jak trzeba, zagram teżpopularne melodie, utwory tzw. biesiadne. Jest w moim repertuarze taki utwór kontro. Składa się z ośmiu części, ja potrafię zagrać tylko cztery, mój ojciec grał wszystkie.
- Jakie ma pan inne zainteresowania?
- Lubię przyrodę, pracę na roli. Mam spore gospodarstwo, pomagam też żonie i synowi w agroturystyce. Urządziliśmy otoczenie domu tak, żeby nasi goście chcieli tu wracać. Agroturystykę prowadzimy od 2012 roku.
- Myślę, że jest pan doskonałą wizytówką tego miejsca. Wystarczy posłuchać pańskiej gry, subtelnej, pełnej ozdobników, widać, ze płynącej z serca.
- Zapraszam każdego, komu bliski jest dźwięk skrzypiec, i nie tylko.  Gospodarstwo położone jest nad samym brzegiem Bugu. Miejsce bardzo urokliwe, obok jeziorko - starorzecze Bugu, można powędkować. Podczas pobytu tutaj na pewno nie zabraknie muzyki. Gościom organizujemy ogniska, grillowanie, pływanie po Bugu i przejażdżki bryczką. Zapraszamy też na krótki, kilkugodzinny odpoczynek i wiejskie domowe jedzenie.
- Wrócę jeszcze do pańskiego muzykowania. Czy przekazał pan swoje umiejętności komuś z rodziny, a może uczniom?
- Jak do tej pory nie. Mój ojciec miał uczniów, ale do mnie jak do tej nikt się nie zgłaszał. Na akordeonie uczył się grać mój najmłodszy syn. Na kilkudniowych warsztatach w Wigrach od kilku lat uczę grania Studentów Akademii Muzycznej. W tym roku byłem na takich warsztatach w Krasnopolu na Suwalszczyźnie, w ramach VII edycji Festiwalu Kultury Tradycyjnej.  Pojechałem z harmonistą Brańska i skrzypkiem z Zakalinek. Uczyliśmy nawet studentki ze Szwecji.
 - Na pewno daje to panu satysfakcję.

- Oczywiście.

- Życzę więc życzę panu jak najwięcej radości z bezpośredniego kontaktu z muzyką i zdobycia nagrody głównej na najbliższym festiwalu w Kazimierzu.

 - Dziękuję serdecznie.

- A ja dziękuję za rozmowę i zachęcam czytelników do posłuchania w Internecie, jak gra jeden z najlepszych w Polsce  skrzypków ludowych.

Rozmawiała Jadwiga Ostromecka



« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe