28
2019
2012-03-09

Znani? Nieznani? – Stąd/ wywiad z prof. Franciszkiem Kobryńczukiem


- Pańskie życie byłoby materiałem na ciekawy film lub książkę biograficzną.  Jest Pan człowiekiem sukcesu zarówno na polu zawodowym, jak i w realizacji innych swoich pasji. Czy początek życiowej drogi to zapowiadał?

- Tak! Oznaką tego była niechęć do szybkiego wyrastania z dzieciństwa. Było ono dla mnie nadal ciekawe, bajeczne, beztroskie, a przejście do dorosłości budziło lęk przed obowiązkami i decyzjami. Jeszcze po dziesiątym roku życia bawiłem się w żołnierzy z wioskowymi maluchami. Oczywiście zawsze byłem generałem, a ich też co miesiąc awansowałem. Byłem najmłodszym, dziesiątym dzieckiem u rodziców – Marianny i Stanisława, którzy w 1907 r. jako półsieroty, w wieku 18 lat pobrali się, zjednani wielką pierwszą miłością. Takim też uczuciem darzyli każde nowonarodzone dziecię. Wioska była położona w wysokopiennym lesie sosnowym w bliskości rzeki, oczek wodnych, łąk i płaskich pól żytnio-ziemniaczanych. Wszystko to było teatralnym krajobrazem dla baśni, którą było moje dzieciństwo.

- Później była nauka w słynnym gimnazjum w Sterdyni, „ w hrabiowskim białym domu”, jak napisał Pan w wierszu „Któryś mi skrzydła przypiął”…

- W czasie okupacji i zaraz potem uczyłem się zawodu organisty. Grałem już Godzinki, ale mój słuch muzyczny nie rokował pomyślności w tej profesji. Miałem za sobą ukończoną szkołę powszechną III stopnia, niepromującą do dalszej nauki w gimnazjum. W 1946 r. byłem już nieco przerośnięty, kiedy postanowiłem pójść do sterdyńskiego gimnazjum; Mama zadecydowała, że od razu do II klasy. Dyrektor Franciszek Krysiak zgodził się pod warunkiem, że zdam egzamin z materiału I klasy i dostarczę świadectwo ukończenia siódmej klasy szkoły powszechnej. Zdałem. Oświadczyłem, że świadectwo, jeśli znajdę na strychu, zaraz dostarczę. W sterdyńskim pałacu - „hrabiowskim białym domu” rozpoczął się mój wzlot ku gwiazdom, nie tylko dzięki tym „poetyckim skrzydłom”, ale też wytężonej pracy na sobą. Całe dobro, jakie wyniosłem z tej szkoły stało się moim bogactwem na całe życie. Przypadające na mnie morgi zostawiłem braciom. Byłem mocny zdobytą wiedzą i pewny siebie tak w warunkach więziennych, jak i tych wyższych – uniwersyteckich. Zachowuję wdzięczną pamięć o Sterdyni, która była mi Nazaretem, i o Ludziach, którzy mnie wywiedli z mroków i pokazali światło.

- Wchodził Pan w dorosłość w niezwykle trudnym czasie dla Ojczyzny i odczuł to dosłownie na własnej skórze. Jak to się stało, że Pan zdawał maturę eksternistycznie, mając za sobą kilka lat więzienia?

- W tym okresie Podlasie było w ogniu wojny domowej. W lasach byli jeszcze żołnierze niepodległościowego podziemia, z którymi sympatyzowało społeczeństwo, a w miastach i wioskach walczący z nimi żołnierze KBW, MO oraz innych formacji będących pod bezpośrednim dowództwem NKWD i UB. Dyrektor Gimnazjum i Profesorowie, mimo aresztowań i przesłuchań w UB, starali się być bezstronni w tym konflikcie. Jednak grupa uczniów, w liczbie 11 osób, stanęła po stronie tych, co mieli orzełka z koroną. Powstała młodzieżowa organizacja niepodległościowa, mająca kontakt z dowódcą Podziemia – „Huzarem”. W marcu 1950 r. została zdekonspirowana. Zapadły wyroki od 2 do 11 lat więzienia. Ja otrzymałem 10. Wyszedłem w 1956 r. w wyniku amnestii dla więźniów politycznych.  W więzieniu siedziałem z profesorami różnych uczelni. Dzięki nim opanowałem materiał szkoły średniej. Maturę zdałem eksternistycznie z wyróżnieniem. Po 46 latach Sąd Wojewódzki w Warszawie stwierdził nieważność zasądzonych wyroków, a Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych przyznał nam Odznaki Weterana Walk o Niepodległość, natomiast z inicjatywy ś.p. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego sejm ustanowił 1 marca Dniem Żołnierzy Wyklętych, czyli tych wszystkich, którzy wtedy walczyli o orła w koronie.

- W młodzieńczych latach pisał Pan wiersze, zachwycał się kulturą antyczną, nie lubił biologii, a mimo to podjął studia na weterynarii? Jak to wyjaśnić?

- Tak, wtedy nie lubiłem biologii, miałem jej dosyć w moich Długich Grzymkach. Miłość do niej zjawiła się, gdy jedynym krajobrazem był prostokątny kawałek nieba pocięty kratą więzienną. Gdy byłem wolny, udałem się po poradę do Pana Dyrektora Franciszka Krysiaka. Marzył mi się uniwersytet lub politechnika. – Pójdziesz na weterynarię! – oznajmił. Władza ludowa nie pozwoli ci przekroczyć progów tych uczelni, a na SGGW rektorem jest mój brat. - O, nie! – pomyślałem. Widziałem ich (weterynarzy), jak ogierom zmieniają płeć. Po długiej rozmowie z Mamą, zdecydowałem się na ten kierunek studiów. Biologię zdałem na 5+.

- Komu z naszej ziemi podlaskiej Pan, jako młody chłopak zawdzięczał najwięcej?

- Franciszkowi i Kazimierzowi Krysiakom oraz ich Matce. Dwa razy w życiu podali mi pomocną dłoń. Dużo zawdzięczam Profesorom Gimnazjum, szczególnie Felicji Panak, Michałowi Plewnickiemu oraz poecie Pawłowi Kamińskiemu.

- Pierwsze próby literackie były już w gimnazjum. Później zaczął Pan pisać utwory dla dzieci…

- Wiersze pisałem już w gimnazjum. Były okropne. Gdy omawialiśmy romantyzm, Mickiewicz, Słowacki i Krasiński zupełnie odurzyli mnie swoim kunsztem. Doszedłem wtedy do wniosku, że poezja jest boską substancją – zdolnością, której żadna szkoła nie nauczy. Poszedłem rano do sterdyńskiego kościoła. Modliłem się; - Panie Boże, Mickiewicz miał, o czym pisać, choćby o niewiernej Maryli, o prześladowaniach ze strony cara, wywózkach kibitkami lub o tęsknocie za ojczyzną „na paryskim bruku”. A ja o czym mam pisać? Jestem jak butelka z przezroczystym płynem. Potrząśnij nią i zburz jej zawartość! Wychodziłem ze świątyni, a znajoma sąsiadka zagadała: - Obserwowałam cię, jak się modliłeś. A można wiedzieć, o co? – Wścibska babuleńka! – pomyślałem i odrzekłem: - O ładną i dobrą żonę! Powoli, ale skutecznie zaczęło się wszystko wydarzać, o co prosiłem, łącznie z  niewierną Marylą i dobrą żoną. Trzecim, który wziął mnie za rękę, był poeta Czesław Janczarski, redaktor Misia. Gdy byłem na pierwszym roku studiów, wydał mi pierwszy wiersz, a gdy spędzał wczasy w Długich Grzymkach, pokazał, jak pisze się wiersze dla dzieci.

- Wydał pan dziesiątki książek, niektóre utwory trafiły nawet do podręczników szkolnych. Proszę powiedzieć, z jakimi czasopismami Pan współpracował lub współpracuje?

- Zaczęło się od redakcji Misia, potem publikowałem w Świerszczyku, Płomyczku, Płomyku i piśmie Młody Technik. Byłem wiarygodnym autorem, bo któż jak nie przyszły lekarz zwierząt lepiej o nich napisze. Nie podobało mi się, gdy moją prozę przedkładano nad wiersze. Uświadomiono mi, że brak jest takich pisarzy, którzy by lepiej ode mnie znali życie na wsi z całym jego bogactwem kulturowym. Przydało mi się wtedy to moje przydługie zasiedzenie w Grzymkach.

Po upadku komuny pojawiły się dla dzieci czasopisma katolickie takie jak, Mały Apostoł, W słońcu, Jaś, do których pisałem. Periodyki spod dachu Naszej Księgarni, ze stratą dla naszej kultury, zaczęły być spychane z rynku przez często szmirowate, prywatne wydawnictwa, promujące niekiedy bezwartościową, a nawet szkodliwą zachodnią literaturę dziecięcą. Dzięki sponsorom lub za środki własne, wydałem wierszem i prozą kilkadziesiąt książek dla dzieci i dorosłych.                           

 Część mojej twórczości jest zamieszczona na stronach internetowych: www.ewa.bicom.pl/wierszedzieci/ www.klasa.pl/biologia/ www.ewa.bicom.pl/wierszedzieci/zadania-matematyka.htm www.slideshare.net/EwaB/zagadki-o-zwierzetach  www.kobrynczuk.pl

- Powiedział pan kiedyś, że traktuje swoją twórczość jako misję…

- Pani profesor Teresa Zaniewska, kierownik Katedry Edukacji i Kultury w SGGW, promując moją twórczość dla dzieci, ustawiła mnie w rankingu poetów na trzecim miejscu po Brzechwie i Tuwimie. (Ja ją za to postawiłem na drugim miejscu zaraz po Cz. Janczarskim w dodawaniu mi sił w locie na Parnas) To połaskotało moje serce, ale jednocześnie zobowiązało do doskonalenia warsztatu pisarskiego. Starałem się, by nie zgubić czytelnika, jakim jest dziecko. Sztukę pisania dla niego postanowiłem łączyć z prawdą najczystszą, jaką jest przyroda, a moim baśniowym bohaterom oddałem pałace w zakamarkach naszej sokołowskiej pięknej krainy.

-         Współpracuje Pan z różnymi bibliotekami, ośrodkami kultury, często bywa na spotkaniach autorskich, zasiada w jury konkursów, pomaga poetom w wydawaniu tomików. Szczególnie upodobał pan sobie północne Podlasie i naszą sokołowską ziemię.  Pańska poezja żyje.

- Wspomniana pani profesor T. Zaniewska zapoznała mnie z Janem Leończukiem, dyrektorem Książnicy Podlaskiej w Białymstoku. Odwiedzałem biblioteki i szkoły województwa podlaskiego. Na dłużej zadomowiłem się w Mońkach, ale to już dłuższa historia. Wróciłem do mego przedbużańskiego Podlasia, do MBP w Sokołowie Podlaskim, gdzie spotkałem gościnną Jadwigę Gąszczak i młodą poetkę Bożenę Mrozowską, potem jej trzech kolegów po piórze. Dla nich czworga stałem się poetyckim ojcem. Spotkałem animatorkę życia społeczno-kulturalnego, poetkę i pisarkę - panią Wiesławę Kwiek. To ona zrobiła mi promocję twórczości w szkołach, powoływała na jurora w konkursach poetyckich, a obecnie redaguje dwie moje książeczki, które ukażą się niebawem. Owocna jest moja współpraca z GOKiS w Sterdyni, szkołami w Sterdyni i Ceranowie. W tym zakątku mam też troje poetyckich dzieci, którymi są: Marianna Bakońska, Irena Filipczuk i Lena Szczeć.

- Wróćmy do weterynarii. Proszę powiedzieć, jak przebiegała pana kariera naukowa. Wiem, że jest pan autorem kilkuset artykułów i kilkudziesięciu prac poświeconych anatomii zwierząt.

- Anatomii zwierząt uczył mnie Profesor Kazimierz Krysiak, ówczesny rektor SGGW. Co za osobowość, wiedza i erudycja! Prosektorium! Powaga! Hic mor tui vivos docent – tu zmarli uczą żywych. Ożyła łacina, język Rzymian i medycyny, z lekcji w sterdyńskim gimnazjum i z ministrantury. Preparowanie zwłok zdrowych zwierząt jest podobne do zwiedzania dziewiczej puszczy. U początkującego poety rodził się zachwyt nad mądrością Natury. Anatomia z fizjologią, to jeszcze jeden katechizm przybliżający Boga. Przed Profesorem – ziomkiem wypadało anatomię zdać na piątkę. Tak też się stało. Już na czwartym roku studiów zaproponował mi asystenturę. Od tej pory musiałem pogodzić uczenie studentów i przygotowywanie się do własnych egzaminów. Dodatnią cechą nowej sytuacji była pierwsza w życiu pensja oraz nadzieja na przyszłą pracę w Katedrze. W latach 1964 - 2000 r. przeszedłem wszystkie stopnie kariery naukowej od asystenta do profesora zwyczajnego. Przez dwie kadencję, pełniłem funkcję kierownika Katedry Anatomii Zwierząt SGGW - tej, do której kiedyś powołał mnie odważny mądrością Profesor Kazimierz Krysiak – syn Ziemi Sokołowskiej. Szczycę się tym, że obaj z Profesorem i dwoma jeszcze jego uczniami, jesteśmy autorami trzytomowego podręcznika anatomii zwierząt dla studentów i techników weterynarii.

- Szczególne miejsce w Pana karierze naukowej zajmował żubr. Dlaczego?

- Żubr, dzięki surowym prawom naszych królów, zachował się jedynie w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Niestety zniszczyła go do zera I wojna światowa w jego ostatniej ostoi - Puszczy Białowieskiej. Międzynarodowe Towarzystwo Ochrony Żubra powierzyło Polsce odbudowę stada ze sztuk ocalałych w ogrodach zoologicznych Szwecji i Niemiec i zaleciło prowadzenie badań naukowych. W 1929 r. nastąpiło wprowadzenie kilku sztuk do rezerwatu białowieskiego. Na 80-lecie tego Białowieski Park Narodowy wydał mi zbiór wierszy pt. Rysowanie żubra. Mimo, że liczba żubrów w Polsce zbliża się do stanu sprzed I wojny światowej, to istnieje poważne zagrożenie z powodu wysokiego u nich wszystkich współczynnika inbredu, który jest wskaźnikiem genetycznym chowu w pokrewieństwie. O takim potomstwie mówi się, że jest homozygotyczne, mało zróżnicowane genowo z powodu skąpej liczby wspólnych przodków. Genetycy biją na alarm. My morfolodzy jesteśmy umiarkowanie spokojni. Z panią profesor Małgorzatą Krasińską z Białowieży, notabene niespokrewnioną ze sterdyńskimi Krasińskimi i dr T. Szarą z naszej Katedry, na materiale 300 czaszek dorosłych żubrów udowodniliśmy, że czaszki samic są owszem podobne, jakby wychodziły z jednej formy, natomiast samców tworzą dwa różniące się zbiory. I to jest nadzieja, że żubry nie zginą. Praca poszła w świata dzięki fińskim wydawnictwom.

- Czy obecnie, już na emeryturze, współpracuje Pan ze swoją uczelnią?

- Tak, ale już nie mam zajęć ze studentami. Nie ma na to pieniędzy, a społecznie nie wolno zatrudniać. Udzielam się w pracach naukowych.

- Podziwiam pana aktywność. A czy starcza czasu na jakieś inne pasje?

- Jestem z natury śpiochem, nawet dziennym, ale jeszcze starcza czasu, by uprawiać kwiaty na dwóch działkach, majsterkować i... dumać.

- Co chciałby pan jeszcze powiedzieć mieszkańcom ziemi sokołowskiej?

- Wszyscy my Sokołowiacy, może nie w tym stopniu, co żubry, jesteśmy homozygotyczni, bardzo rodzinni, co się wyczuwa w naszej kulturze, co się objawia w naszej gościnności, w pięknych zwyczajach, w jednorodnym widzeniu świata i zbliżonym światopoglądzie, a szczególnie w patriotyzmie, który nam gwarantuje siłę, przetrwanie w chwilach ciężkich i dumę narodową. Wszystkich Rodaków pozdrawiam serdecznie. Dziękuję. Do zobaczenia!                                                                                

- Dziękuję serdecznie.

Rozmawiała Jadwiga Ostromecka

« wróć | komentarze [12]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Świetny wywiad!

konrad
2012-03-14 20:29:14

już chyba ludziom się w głowie poprzewracało z nienawiści do Kościoła. A co do bohatera wywiadu to widać, że wartościowy i mądry człowiek, jakich niestety już mało..

berek
2012-03-12 21:57:09

Mario,ciebie całkiem pogięło.Tu już stwórca nie pomoże.

zx
2012-03-12 21:17:40

Poznałam Pana profesora w ubiegłym roku na SGGW, gdzie jestem słuchaczka studiów podyplomowych. Pan profesor miał z nami wykłady z anatomii zwierząt. Wspaniały człowiek, mówiący pieknie wiersze, jestem pod wrażeniem. Pozdrawiam serdecznie Pana profesora.

Sokołowianka
2012-03-12 16:19:48

Ludzie, co ma ten wspaniały człowiek z mojej gminy do księży

z ceranowa
2012-03-12 11:57:59

Ludzie, coście się czepili księży? przeczytałem tu nic o nich nie ma Ciesze się ze z mojej gminy wyszedł taki człowiek

grzymki
2012-03-12 09:42:29

Beż księdza nie ma życia.Tylko on nas może prowadzić do życia wiecznego.Musimy łożyć na utrzymanie księży i świątyń.Aby im niczego nie brakowało.Wtedy i my będziemy syci.

Maria
2012-03-11 18:31:55

No widzisz Bożenko nawet uśmiech jest socjalistyczny.

J
2012-03-10 19:52:48

Ładne zdjęcie,wszyscy uśmiechnięci,z życiem.Ewa ma rację,to czarni robią zło i paraliżują ludzi,tylko ludzie są na te paskudy jeszcze podatni.Może ten rok ich uwolni od tej zarazy.

mnich
2012-03-10 18:49:47

fajny człowiek, nie znałem

lolek
2012-03-10 18:36:26

jakiego klechy?

ciekawski
2012-03-10 18:00:49

Można normalnie,bez klechy.

Ewa
2012-03-10 14:03:25
Strona 1/1






Dane kontaktowe