16
2020
2012-03-31

Znani? Nieznani? – Stąd/ wywiad z ks. Tadeuszem Wyszomierskim


- Jak to się stało, że wybrał ksiądz taką drogę życiową?

 

- Po prostu otrzymałem powołanie. Odkąd pamiętam, myślałem, żeby zostać księdzem.  Rodzice wychowali mnie w wierze katolickiej i patriotyzmie, a później modlitwą wspierali mój wybór.

 

- Dlaczego wybór padł na Zgromadzenie Marianów?  

 

- Moja Babcia wysyłała na wypominki do Marianów w Warszawie. Stamtąd przysłali informacje o Zgromadzeniu i napisali, że najbliższą placówką Marianów jest Skórzec. Tam pierwszy raz pojechałem z Mamą będąc jeszcze w szkole podstawowej. Tak wczesne zetknięcie się z Marianami na pewno miało jakiś wpływ na mój wybór.

 

- Jakie były kolejne etapy realizacji kapłańskiego powołania?

 

- Ukończyłem szkołę średnią w Sokołowie. Przed maturą mieszkałem w internacie u Księży Salezjanów.  Pamiętam, że wpływ na moje powołanie miał ks. Stefan Metrycki. Maturę zdałem w 1969 roku i rozpocząłem naukę w Seminarium Lubelskim, które było podłączone pod Katolicki Uniwersytet Lubelski, dzięki czemu klerycy nie byli powoływani do wojska. Świecenia przyjąłem w lubelskiej katedrze 5 czerwca 1976 roku, prymicja miała miejsce w kościele parafialnym w Grodzisku  25 czerwca.

 

- W l ubiegłym roku w kościele parafialnym w Grodzisku miała miejsce uroczysta Msza Św. w 35 rocznicę święceń kapłańskich. Proszę opowiedzieć o latach tuż po święceniach.

 

- Tak, takich rocznicowych Mszy w mojej rodzinnej parafii było więcej. Tutaj, na Podlasiu mieszka moja rodzina, siostra, brat z rodzina, tutaj, w miarę moich możliwości, chętnie przyjeżdżam. Wracając do pytania. Kolejne moje placówki to Skórzec, Warszawa, Grudziądz. Później byłem rok w Licheniu, ważnym miejscu dla każdego marianina i obecnie drugim po Częstochowie miejscem pielgrzymkowym w Polsce. W Warszawie studiowałem w Instytucie Studiów nad Rodziną w Akademii Teologii Katolickiej.

 

- Ważnym etapem w życiu księdza był pobyt na misjach w Afryce, w Rwandzie.  Co było impulsem powołania misyjnego?

- Właśnie w Warszawie Przełożony Prowincji zagadnął do mnie „A może ksiądz wyjechałby na misje?”. Wstępnie wyraziłem zgodę, a po kilku latach otrzymałem konkretną propozycję i tak to się zaczęło. W Polsce była końcówka stanu wojennego, kłopoty z paszportami. Paszport otrzymałem, ale w jedną stronę. W 1983 roku wyjechałem do Brukseli na roczny kurs języka francuskiego i wszechstronne przygotowanie do pobytu na Czarnym Lądzie.


- Rwanda. Jaki to był kraj przed tragiczną wojną w 1994 roku?

 

- Piękny. Wielkości Belgii, ze względu na warunki naturalne nazywany Szwajcarią Afryki, gęsto zaludniony, biedny. Ludność zajmuje się rolnictwem  i z tego się utrzymuje.

 

  - Wiem, że Marianie nie są zakonem typowo misyjnym…

 

- Tak, ale zgodnie ze swoją konstytucją staramy się odpowiadać na potrzeby współczesnego Kościoła w takim stopniu, w jakim pozwalają na to zwykłe możliwości Zgromadzenia oraz stan personalny. Tworzymy i prowadzimy misje na terenach zamieszkałych przez narody, które jeszcze nie wierzą w Chrystusa oraz sprawujemy posługę na terenach cierpiących na brak duchowieństwa.  Lata osiemdziesiąte to również początek posługi dla Kościoła afrykańskiego. Byłem w pierwszej ekipie misyjnej. Rozpoczynając tam pracę nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będzie to służba niezwykła i niebezpieczna.  Przez dwa lata uczyliśmy się miejscowego języka kinyarwanda. Pierwszy nasz dom otworzyliśmy w 1984 r. w Mwange i zaczęliśmy organizować parafię oraz ośrodki katechetyczne. Praca w Rwandzie dawała mi dużą satysfakcję.

- Czy ksiądz był świadkiem ludobójstwa w  1994 roku?

- Wróciłem do Europy w 1989 r., po pięciu latach pracy misyjnej. Wtedy w Rwandzie było na pozór spokojnie. Tam zostali moi przyjaciele: ks. Zdzislaw Żywica (nadal w Rwandzie) i ks. Franciszek Filipiec (obecnie w Kamerunie). Po moim odjeździe przybyli inni marianie i rozpoczęto budowę kolejnych central. Niestety, w roku 1990 na pograniczu z Ugandą wybuchła wojna, którą wywołali emigranci z plemienia Tutsi. Działalność duszpasterska została wstrzymana, moi współbracia rozpoczęli organizację pomocy dla dziesiątków tysięcy potrzebujących. Sytuacja jednak na tyle się pogorszyła, że po utracie naszego domu w Mwange przenieśli się do Kigali, realizując posługę duszpasterską tylko w formie dojazdów.

Najbardziej dramatyczne wydarzenia rozegrały się na początku kwietnia 1994 r. i trwały do czerwca. Doszło do niezwykle krwawych mordów, u podłoża których stał rasizm plemienny oraz chęć posiadania niepodzielnej władzy zarówno przez mniejszość Tutsi, jak i przez większość Hutu. Liczba zamordowanych z obojga plemion przekraczyła 1,5 miliona ludzi.  Zajścia rozpoczęły się  dzień po zestrzeleniu podchodzącego do lądowania w Kigali samolotu, na pokładzie którego znajdowali się pochodzący z plemienia Hutu prezydenci Rwandy i Burundi. Wczesnym rankiem żołnierze oraz cywile, uzbrojeni w maczety, zaczęli mordować członków plemienia Tutsi. Systematyczna masakra mężczyzn, kobiet i dzieci trwała około 100 dni i odbywała się na oczach społeczności międzynarodowej.

         Społeczność międzynarodowa nie stanęła na wysokości zadania, mówiło się nawet o podsyłaniu broni przez niektóre środowiska. Ludobójstwo zakończyło się, gdy   Tutsi obalili rząd Hutu i przejęli. władzę

 

- A misje katolickie?

 

-  W tym „Czasie Apokalipsy” również Kościół poniósł ogromne straty tak duchowe, personalne, jak również materialne. Zginęła prawie 1/3 duchowieństwa Rwandy: 4 biskupów, 120 księży oraz 130 sióstr i braci zakonnych. Poza tym wielu kapłanów, osób zakonnych oraz świeckich katechistów nadal uważa się za zaginionych..
 

- Czy przed wojną domową widać było konflikt plemienny w życiu codziennym mieszkańców parafii?

- Moi parafianie to Hutu, tylko 6 rodzin było z plemienia Tutsi. Konfliktu nie dało się zauważyć.

- W których placówkach ksiądz przebywał po powrocie do Polski?

- Najpierw Głuchołazy przy granicy polsko - czeskiej. Praca tam była ciekawa, między innymi, dlatego, że znaczną część parafian stanowili dobrzy ludzie z polskich kresów. Później przez 3 lata Góra Kalwaria, gdzie, jako przełożony i ekonom zajmowałem się budową skrzydła klasztoru. Ta placówka, więc jest mi szczególnie bliska.

- Wiele lat spędził ksiądz w Wielkiej Brytanii…

- Tak, 17. Najpierw był Londyn.  4 Lata pracowałem w dzielnicy Ealing, w największej polskiej parafii w Wielkiej Brytanii, gdzie na niedzielne msze święte uczęszcza ponad 4 tysiące ludzi. Nasze duszpasterstwo to oprócz posługi sakramentalnej kierowanie pracą wielu grup parafialnych, troska o starszych i chorych. Bardzo mocno rozwija się pomoc osobom dotkniętym chorobą alkoholową. Ważną kwestią jest również pielęgnowanie wartości patriotycznych. Później pracowałem w angielskiej parafii w Bath 100 mil na zachód od Londynu. Następna placówka to Fawley Court, 35 mil na zachód od Londynu.  To duża posiadłość z pałacem w środku i ponad 30 hektarów parku. Tam Marianie pełnili posługę polskim i angielskim wiernym, prowadzili szkołę, kursy językowe, konferencje. Byłem tam Przełożonym i ekonomem. Obecnie ta wymagająca dużych nakładów posiadłość została sprzedana.

- Słyszałam, że w Wielkiej Brytanii ksiądz otrzymał polskie odznaczenie państwowe?

- Do moich obowiązków należało duszpasterstwo polskich kombatantów. Głosiłem dla nich patriotyczne kazania. Właśnie z  inicjatywy kombatantów, w 2009 roku w polskiej ambasadzie z okazji Narodowego Święta Niepodległości, w obecności m. in. prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego i ks. Bronisława Gostomskiego (zginęli w Smoleńsku), otrzymałem przyznany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Złoty Krzyż Zasługi.

- Takie ważne odznaczenie to powód do dumy i pewnie cenna pamiątka pobytu w Anglii. Zapytam jeszcze o sytuację Kościoła Katolickiego w tamtym protestanckim kraju?

- Coraz lepsza. Bywa, ze cale parafie anglikańskie, łącznie z proboszczem, przechodzą na katolicyzm. Zgodnie z przepisami nigdy to nie jest decyzja zbiorowa, każdy musi podjąć ją indywidualnie. Mimo wszystko w GB katolicy dalej nie mają równych praw.

 - Teraz możemy Księdza spotkać częściej w rodzinnych stronach…

- Tak, wróciłem do Polski i jestem znów w Górze Kalwarii, ale nie w naszym klasztorze, tylko na tzw. Mariankach, przy grobie naszego założyciela bł. o. Papczyńskiego. Jednak czasami wyjeżdżam do Wielkiej Brytanii, której obywatelstwo otrzymałem po czterech latach stałego pobytu, a więc po około dziesięciu latach od mojego tam przyjazdu.

-  Co chciałby Ksiądz jeszcze powiedzieć czytelnikom? Czego Księdzu życzyć?

- Pozdrawiam czytelników, moich Wychowawców oraz koleżanki i kolegów, z którymi czasami się spotykam na zjazdach i prywatnie. Pamiętam o wszystkich w moich modlitwach.
Cieszę się, że jestem stąd i lubię wracać w rodzinne strony. Czego mi życzyć? Zdrowia, żeby jeszcze coś dobrego zrobić w swojej działalności duszpasterskiej.

     Życzę więc zdrowia i serdecznie dziękuję za rozmowę i życzliwość.

Rozmawiała Jadwiga Ostromecka

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe