17
2020
2013-09-27

Znani? Nieznani?


 - Jak to się stało, że zajął się pan pszczelarstwem?
- W początkach mojej pracy nauczycielskiej mieszkałem u ludzi, którzy mieli pszczoły i to mnie zainteresowało. Wiem, że o pszczołach marzył mój dziadek, który mieszkał nad Bugiem w Putkowicach, a tam był dobry teren do hodowli pszczół. 1 maja 1963 roku kupiłem pierwszy rój. Mieszkałem wtedy w Wirowie, gdzie byłem kierownikiem szkoły. Mój wujek z Karskich, nauczyciel, miał jeden rój pszczół i znał pszczelarzy. 15 kwietnia na moim weselu powiedział, że zmarła pszczelarka w sąsiednich Bohach i syn sprzedaje pszczoły. Wujek zachęcił mnie do kupna roju. Po dwóch tygodniach od ślubu miałem i pszczoły. Stopniowo moja pasieka rozrastała się. Jako nauczyciel nie miałem pieniędzy, żeby rozwinąć moje pasieczne gospodarstwo od razu, robiłem to powoli. Wszystkie ule robiłem sam. Jeden kupiłem, to czym prędzej spaliłem, bo pszczoły zaczęły chorować. Powoli zdobywałem doświadczenie.
 
- Jak toczyło się pana życie, zanim pojawiły się w nim pszczoły?
- Jako nauczyciel wędrowałem, „zaliczyłem” wiele placówek. W czasach Polski Ludowej byłem trochę nieprawomyślny i niesforny. Później działałem w Solidarności i to się władzy nie podobało. Dobrze, że jakoś dotrwałem do emerytury, bo mogło być gorzej. 
W oświacie przepracowałem 30 lat, od 1954 do 1989 roku, z przerwą kiedy byłem na rencie. Ostatnie moje miejsce pracy to Szkoła Podstawowa w Chrołowicach za Bugiem, gdzie dojeżdżałem ze Skrzeszewa.
Zabawne było, jak po przełomie 1989 r., po „okrągłym stole” dziwiono się, że nie otrzymałem żadnej nagrody i zgłoszono mnie do Nagrody Kuratora. Przez te wszystkie ciężkie lata w czasach PRL –u dużo pomogły mi pszczoły. Jak miałem trudny czas, to szedłem do pasieki i tam uspokajałem się i tak z pszczołami przeżyłem już 50 lat.  

- Wróćmy do Wirowa…
- Byłem kierownikiem szkoły, ale nie zapisałem się do PZPR. Za karę przeniesiono mnie do Remiszewa. Nie wchodziłem w lokalne układy. Dużo by opowiadać… Ciekawe to były czasy, gdyby to opisać… 
 
- Niech pan opisuje, zachęcam. Przecież pan jest świadkiem historii.
 - Nie mam na to czasu. Przy pszczołach jest robota przez okrągły rok. Już od końca lata szykujemy się do wiosny, a muszę „obskoczyć” 50 rodzin pszczelich, bo tyle liczy moja pasieka. 
 
- Pana dzieciństwo przypadło na trudne lata II wojny światowej. Tutaj przez jakiś czas przebiegała granica miedzy dwoma totalitaryzmami – stalinizmem i hitleryzmem. Na pewno było ciekawie, chociaż tragicznie. Pamięta pan tamte czasy?
- Urodziłem się 1 lipca 1937 roku. Wybuchu wojny nie pamiętam, ale 1941 rok, kiedy Hitler 22 czerwca zaatakował ZSRR – tak. U nas mieszkali oficerowie radzieccy. Do dziś pamiętam jak się nazywali – Michał Dola (bardzo wysoki), Piotr Kończyc (grał na harmonii) i Michał Mejszuk (nauczyciel gimnazjalny z Białorusi) Nasz dom był w prostej linii niewiele ponad dwa kilometry od Bugu, w strefie przygranicznej. Niemcy obserwowali z Wirowa, z wysokiego brzegu Bugu nasze podwórko. Zaatakowali z zaskoczenia, w nocy z soboty na niedzielę. U nas na podwórzu rozerwało się 18 pocisków ciężkiej artylerii. Na szczęście nikt spośród nas nie zginął. Z okupacji niemieckiej też wiele pamiętam. Tu, przez Bug, cały czas trwał szmugiel towarów, Niemców dało się przekupić. Dostawali swoją dolę i udawali, że niczego nie widzą albo strzelali w powietrze. Niestety, zdarzali się donosiciele spośród Polaków i to było groźne. 
Z wojny pamiętam jeszcze przejście jesienią 1943 roku drewnianym mostem przez Bug słynnego sowieckiego zagonu partyzanckiego pod dowództwem słynnego Sidora Kowpaka, generała Armii Czerwonej. Wracali z Karpat, gdzie walczyli z Niemcami, ale też zwalczali oddziały Armii Krajowej i organizowali sowiecką partyzantkę. Połowę swoich partyzantów stracił po drodze, ale i tak był to potężny oddział, liczący ok. 5 tys. ludzi.  Zginęło wtedy 60 Niemców z budynku straży przy Bugu. Fundamenty tego budynku długo po wojnie jeszcze były widoczne po prawe stronie mostu. Kiedy budowano nowy most, zasypano je. Od nas z domu było widać jak ta kolumna partyzantów maszerowała, szli na Ostrożany i dalej do Puszczy Białowieskiej. Ciężkie to były czasy, podobnie później stalinowskie. 
 
- Koniec II wojny i...?
- Miałem akurat 7 lat i poszedłem do podstawówki, potem liceum w Drohiczynie i w 1954 roku rozpocząłem studia w Olsztynie na rolnictwie. Byłem tam tylko miesiąc. Klimat mi nie odpowiadał, dosłownie i w przenośni, bo trafiłem na sam szczyt stalinizmu 
w Polsce. Jak mi zaczęli głosić marksizm i leninizm, to nie wytrzymałem. Wróciłem i jeszcze w październiku rozpocząłem pracę 
w Choroszczewie gm. Milejczyce. Byłem siedemnastoletnim „profesorem” po maturze. Nauczycieli, jak wiadomo, brakowało. Wojna nikogo nie oszczędziła. Dużo nauczycieli wywiezionych przez Rosjan zginęło, Niemcy też wielu wymordowali.  Uczyli więc i nauczyciele  po siedmiu klasach szkoły podstawowej. W 1955 r. w Białymstoku uzupełniłem wykształcenie pedagogiczne, w Warszawie skończyłem Studium Nauczycielskie – biologia z chemią. Następna moja placówka to już bliżej domu – Chrołowice, 
a potem Grabarka. Pracowałem tam krótko, ale do dziś zostało dobre wspomnienie o ludziach stamtąd. Niby po polsku słabo mówili, ale serca mieli szczere i dzieci posłuszne. Następna placówka to Sterdyń, gdzie pracowałem rok. Prowadziłem tam harcerstwo. Pamiętam moją przyboczną drużyny dziewcząt Basię Tenderendę, a drużyny chłopców Andrzej Wilk. Mieliśmy wtedy opinię najlepszej drużyny w powiecie. Chętnie spotkałbym się z moimi byłymi harcerzami. Potem, jak mówiłem, był Wirów i Remiszew. Kiedy osiedliliśmy się w Skrzeszewie, przez pewien czas pracowałem w szkole w Karskich, a następnie jako komendant gminnego hufca ZHP w Repkach.  Wszystko się przeżyło…

- Pszczelarstwo to pana drugi zawód, pszczoły druga miłość?
- Jak odchodziłem na emeryturę, to wcale tego nie odczułem. Moja pasieka rozrastała się, pracy było coraz więcej.
 
- Pierwsze szlify jako pszczelarz zdobywał pan dawno temu. Jednak pszczelarstwo to wymagający zawód. 
- Przyroda zawsze mnie interesowała, a jako biolog miałem pewne podstawy. Dużo rad udzielali mi inni pszczelarze, ale najwięcej skorzystałem z fachowej literatury. W 1967 roku zapisałem się do Związku Pszczelarskiego. Mam legitymację z numerem 6. Z wyróżnieniem ukończyłem też Mistrzowski Kurs Pszczelarski, potem kończyłem inne kursy. Chyba w 1969 roku sprowadziłem tutaj z Bochni pierwsze łagodne matki. Byłem rzeczoznawcą chorób pszczelich. Bywałem też w słynnej pasiece w Kamiannej w Beskidzie Sądeckim. Bardzo dobrze znałem się z twórcą tej pasieki, nieżyjącym już ks. Henrykiem Ostachem.
 
- Pszczoła to delikatne stworzenie. Co jej zagraża?
- Tych zagrożeń jest dużo. Co jakiś czas są epidemie, na przykład wiele rodzin pszczelich padło w latach 70-tych z powodu zgnilca amerykańskiego, swoje żniwo od lat 80 - tych zbiera też warroza. Poza tym pszczoły są niszczone przez herbicydy stosowane w czasie kwitnienia roślin. Większość rolników to na szczęście rozumie i stara się stosować opryski przed okresem kwitnienia roślin. Brak chwastów też nie jest korzystny dla pszczół, nie mają skąd zbierać nektaru. Latem, w słoneczne dni, nie wolno pryskać od g. 8.00 do 19. 00, ponieważ w tym czasie intensywnie pracują. Jak pszczoła zbiera po oprysku, to albo padnie, albo przynosi truciznę do ula.
 
- Niektórzy boją się użądlenia pszczół?
- Pszczelarz wie, kiedy i jak pracować z owadami, kiedy pszczoły są bardziej agresywne i dlaczego. Jad jest niebezpieczny dla człowieka, ale w dużych ilościach lub dla osób uczulonych.
 
- Pan był użądlony?
- O, tysiące razy.
 
- Czy to prawda, że użądlenia leczą?
- Tak, pomagają na reumatyzm. Jad pszczeli obniża też ciśnienie. Powietrze z ula pomaga astmatykom na duszności. Jest na to wiele dowodów. W Kazimierzu Dln. dr Jan Giza w Centrum Medycyny Naturalnej miedzy innymi leczy pszczołami. W dwóch domkach są osiatkowane ule z pszczołami i dwie leżanki. Tam pacjent zasypia, a szum pszczół i powietrze z ula leczy. Rewelacyjne wyniki uzyskuje doktor Giza w leczeniu reumatyzmu użądleniami. Co ważne, robi to tak, żeby pszczoły po użądleniu nie ginęły.
 
- Mottem Pasieki Nadbużańskiej są pięknie wyeksponowane w sklepiku słowa Hipokratesa „By pokarm był lekiem, a lek pokarmem”. Który miód na jakie dolegliwości by Pan polecił?
- Każdy miód ma trochę inne właściwości lecznicze. Miód rzepakowy wzmacnia mięsień sercowy, leczy niewydolność krążenia, stosuje się go przy problemach z drogami żółciowymi, miażdżycy. Miód gryczany zalecany jest przy leczeniu układu krążenia, uzupełnia niedobór żelaza.  Miód lipowy dobry na przeziębienia, bezsenność, spadziowy przy chorobach dróg oddechowych, cukrzycy, akacjowy przy schorzeniach układu pokarmowego i nadkwaśności. Cenny, bo rzadki na nizinach, jest miód spadziowy. Na nizinach pozyskuje się go z lipy. Spadź to sok z drzew, który przeszedł przez mszyce i czerwce, które wybierają z niego białko, a niestrawione cukry wydalają. W miodzie spadziowym jest dużo soli mineralnych, ma on silne właściwości lecznicze i odżywcze. Spadź nie występuje corocznie, u nas raz na kilka lat i dlatego miód spadziowy jest jednym z droższych. U nas można też nabyć przetwarzane mechanicznie miody kremowe. Niektóre są z dodatkiem cynamonu, imbiru, pyłku kwiatowego i propolisu. Trzeba wprowadzać nowości.
 
- Jak długo miód można przechowywać i w jakich warunkach?
- Miód najlepiej spożywać w roku jego pozyskania, gdyż wtedy ma najsilniejsze działanie lecznicze i odżywcze. Przechowywać można go w naczyniach hermetycznie zamkniętych nawet kilka lat. Ludzie często zostawiają słoiki niezakręcone, co powoduje, że miód zaczyna „rosnąć”. Otwarty miód pochłania wodę z pary znajdującej się w powietrzu, gdyż ma właściwości higroskopijne.
Dojrzały miód ma zawartość wody w granicach 16-20 %. W otwartym naczyniu na powierzchni ta zawartość może wzrosnąć do 30%, a nawet więcej. Wówczas zarodniki drożdżaków kiełkują i następuje fermentacja (tzw. rośnięcie miodu). Archeolodzy w piramidach egipskich odkryli naczynia z miodem, który po 3 tyś. lat nadawał się do spożycia.
 
- Wiele osób zalewa miód wodą, dodaje plasterek cytryny i zostawia na noc. Czy jest to konieczne?
- Jest to dobry wariant spożywania miodu, warunek – woda musi być przegotowana i ostudzona do temperatury ok. 400C. Dzięki temu rozkładają się pyłki i są szybko przyswajalne przez organizm. Możne też zjeść dziennie łyżkę stołową miodu, słodzić miodem herbatę, kawę. Miód należy spożywać systematycznie.
 
Ciąg dalszy w następnym numerze Wieści
 
ROZMAWIAŁA JADWIGA OSTROMECKA

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe