17
2020
2011-10-19

Wojenne wspomnienia Ireny Chojeckiej


Na robotach w Niemczech.  Wyjechaliśmy z łódzkiego Dworca Kaliskiego pod koniec sierpnia 1942 roku. W drodze Niemcy bardzo nas pilnowali, ucieczka była niemożliwa. Poza tym zabrali nam dokumenty i wysłali je wcześniej innym transportem” – kontynuuje swoją opowieść pani Irena Chojecka. „Nie miałam żadnej paczki na drogę, patrzyłam z zazdrością, jak moje towarzyszki podróży posilają się tym, co przygotowały im rodziny. Próżno liczyłam na to, że mnie poczęstują. Moi bliscy byli daleko i nawet nie wiedzieli, że jadę w nieznane. Niespodziewanie w Poznaniu pilnujący nas niemiecki żołnierz ulitował się nade mną i dał mi kilka marek. Na dworcu pozwolił mi wyjść. Kupiłam kilka bułek, wysłałam kartkę z informacją do rodziców.”

W Hamburgu. „ Po przyjeździe zagnali nas do budynku. Rano przyszła tłumaczka, ustawili nas i zaczęli wybierać. Jak na targu niewolników? Mówiłam kolejnym Niemkom, że nie lubię dzieci, więc żadna mnie nie chciała.  Następnego dnia wybrała mnie pewna starsza pani. Mieszkała w pięknej willi, było tam kilka osób służby.  Zostałam oceniona bez sprawdzania, że niczego nie umiem, więc muszę nauczyć się pracy i języka. Okazało się, że nie mają racji. Po miesiącu pani oddaliła służących, a ja przejęłam wszystkie ich zadania. Płaciła mi za pracę o wiele mniej niż niemieckiej służbie, chociaż miałam więcej obowiązków. Sprzątałam w dużym domu, gotowałam, dbałam o ogród, jeździłam rowerem po zakupy. Kiedyś natknęłam się na Polaków – jeńców wojennych pracujących przy budowie kortu tenisowego. Prosili o chleb. Od tej pory codziennie, dopóki w tym miejscu pracowali, dostarczałam im codziennie bochenek chleba. Nie było to łatwe, bo żywność była na kartki, ale udawało mi się oszukać niemieckiego sklepikarza, który nie liczył moich kartek.  Moja pani z czasem bardzo mnie polubiła, może dlatego, że byłam w wieku jej córki, która studiowała medycynę. W trudnym czasie wojny brakowało wszystkiego, ale wystarała się dla mnie o kartki na odzież.”

                Praca u gospodarza. „W Hamburgu zaczynało być niebezpiecznie. 23 Lipca 1943 roku wielkie bombardowanie. Moja pani pozwoliła mi wyjechać na wieś. W międzyczasie do Niemiec przesiedlono całą moją rodzinę. Mieszkali na wsi, od Hamburga niedaleko, około 100 kilometrów. Tam, w miejscowości Heidehoffrindell pracowałam tak jak moja rodzina i inni Polacy w gospodarstwach rolnych. Praca była ciężka, ale trzeba było żyć. Byliśmy młodzi, nawiązywały się przyjaźnie, mieliśmy swoją kaplicę, spotykaliśmy się wieczorami w gronie Polaków. Tam zapoznałam się z moim przyszłym mężem. Wacław pochodził z Zembrowa. Jego droga do Niemiec to materiał na oddzielną opowieść.  Jako żołnierz trafił do stalagu. Brakowało rąk do pracy, więc pracował też u niemieckiego gospodarza w Heidehof.”

Koniec wojny.  „Wyzwolenie było coraz bliżej, powtarzały się naloty aliantów, zrzucano bomby na spadochronach. Znów przeżywaliśmy chwile grozy, ale też nadziei i radości.”

Małżeństwo. „Już po zakończeniu wojny i wkroczeniu Anglików wzięliśmy ślub. Urodził się nasz syn, Ryszard, który niestety zachorował na chorobę Heinego – Medina.”

Powrót do Polski.  „Wszystkich obcokrajowców zgrupowano po znakiem Czerwonego Krzyża w koszarach koło Bergen – Belsen.  Każdą narodowość oddzielnie. Zapisaliśmy się na transport do Polski. Przed Wielkanocą 1946 roku dotarliśmy do rodzinnej wsi mojego męża, gdzie mieszkam do dzisiaj” – kończy swoje wojenne wspomnienia pani Irena.

J. O. 

Dom w Heidehoffrindell, w którym mieszkała bohaterka opowieści i inni robotnicy rolni.

 

 

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe