42
2014
2012-03-24

Wojenne wspomnienia


„Wieś, a właściwie kolonia Stasin, położona wśród pól w środku trójkąta wsi: Sabni, Kurowic i Tchórznicy. Porozrzucane wśród pól gospodarstwa w promieniu 1 kilometra. Jedynie kilka gospodarstw, od strony wschodniej przed lasem kurowickim, przy drodze do Toczysk, stanowiło zabudowę szeregową. W centrum tej stasińskiej kolonii przy skrzyżowaniu dróg: Sabnie – Toczyski i Kurowice – Tchórznica, stał dworek szlachecki z czerwonej cegły, kryty dachówką – pałac, dziś zwany murowanką. Był to właściwie niewielki zaścianek szlachecki, jak wiele takich podobnych na Podlasiu. Były tam zabudowania gospodarcze: magazyn, stodoła, obora, stajnia i czworaki dla służby, obok dworku  sad i staw rybny z białymi grzybieniami na lustrze wody. Do wody schodziło się pięknymi schodkami kamiennymi wybudowanymi z dwóch przeciwległych od siebie stron. Na dziedzińcu podwórka była bardzo głęboka studnia ze skrzypiącym drewnianym żurawiem, skąd czerpano wodę dużym drewnianym cebrem na potrzeby gospodarstwa (studnia ta dostarczała wodę w okresie suszy okolicznym rolnikom jeszcze przez długie lata po wojnie). Od strony zachodniej granicę gospodarstwa oddzielał od pól uprawnych rząd starych lip. Właścicielami tego majątku byli Zofia i Michał Hewell, którzy mieli córkę  panienkę Halinkę i syna Andrzeja, którego przed wybuchem wojny powołano do wojska.

            Nasze gospodarstwo (kolonia) położone było od strony południowej Stasina, nad rowem polnym, płynącym od strony lasu grodziskiego w kierunku Kurowic. Rów ten był oazą nieskażonej przyrody, kręty w swej urodzie, z  głębokimi dołami połączonymi wąskimi przepływami, tu i ówdzie zdarzały się naturalne rozlewiska, sadzawki i zakola. Krystalicznie czysta woda darzyła bogactwem ryb, szczupaków, płoci, karasi, piskorzy i innych, do tego były jeszcze liczne gatunki ptactwa i zwierząt wodnych, kaczki, piżmaki i wydry. Brzegi tego rowu porośnięte były olszą i wierzbą oraz innymi gatunkami roślinności zielnej, trzciną, pałką wodną i innym szuwarem. W okresie wiosny, kiedy to cały moczar pokrył się złotem kaczeńców, a pobliskie łąki dziesiątkami gatunków różnych kwiatów, wszystko to tworzyło cudowny sielski krajobraz. Od strony północnej granicę naszego gospodarstwa oddzielał drugi podobny rów, który płynął z kierunku Toczysk prostopadle do pierwszego i tu oba łączyły swoje wody przy granicy naszej kolonii.

        Przed wybuchem wojny mieszkałam z mamą i młodszym o 5 lat bratem Antonim. Jedna siostra, Eugenia, mieszkała z mężem w Grodzisku, druga Apolonia, też mężatka, w Warszawie. Okresowo przywoziła do nas swojego małego synka Irka. Ojciec mój Michał Szewczyk zmarł trzy lata przed wojną. Był bardzo zdolnym szewcem, wykonywał buty na zamówienie nawet dziedzicom z okolicznych dworów. Poza tym był wykształconym i bardzo oczytanym człowiekiem, do którego przyjeżdżali okoliczni dziedzice na różne porady, prowadzili rozmowy i dyskusje polityczne. Mama Adela była natomiast bardzo zdolną krawcową.

        Od dziecka wychowywałam się w rodzinie katolickiej, w duchu głębokiej wiary w Boga. Bardzo lubiłam czytać książki, ale niektóre były tak trudne, że ojciec nie pozwalał mi ich czytać. Słyszałam często, jak rodzice rozmawiali o trudnej przeszłości, o zaborach, o wojnie bolszewickiej 1920 roku, kiedy  to zdziczałe hordy  niosły Polsce w imię szatańskiej ideologii śmierć, gwałt i pożogę.

          Posiadaliśmy 11- hektarowe gospodarstwo rolne. Po śmierci ojca prowadziła je mama, zatrudniając do pomocy parobka, a był nim Korneliusz Żuk, z pochodzenia Niemiec, który w zawierusze dziejowej, jak wiele innych rodzin niemieckich został i mieszkał z rodziną w pobliskich Hołowienkach. Był to bardzo uczciwy, pracowity i porządny człowiek, któremu nie trzeba było nic nakazywać, któremu nie trzeba było nic nakazywać, on po prostu czuł się i był gospodarzem.

     

  W dniu wybuchu wojny miałam 14 lat, zaczęły się dni trwogi i niepewności. Jeszcze na zachodnich terenach trwają walki z Niemcami, którzy podchodzą już pod Warszawę, a tu w drugiej połowie września od wschodu wkracza nawałnicą czerwona armia. Drogi zatłoczone wojskiem – samochody, czołgi prą na zachód.  Nie ma Polski na mapie Europy, dwóch sprzymierzeńców  spotyka się nad Wisłą, tryumfują – ustalają granicę na Bugu. Czerwone hordy wracają – rabują majątki, dwory i bogatszych gospodarzy, teraz drogi zapełniły się stadami pędzonego bydła i koni. W Stasinie zabrali z majątku krowy służby folwarcznej i ostatnią piękną siwą krowę Hewllów. Hewllowa ręce załamała i mówi do znajomej: „Erazmowo kochana, teraz już chyba poumieramy z głodu, Ruscy zabrali nam ostatnią krowę”. Kobieta nie wiele myśląc, boso, nakryta fartuchem biegnie  po błotnistej gliniastej drodze, dogania ich w Tchórznicy i z płaczem woła, „mąż zginął na wojnie, ja zostałam z małymi dziećmi, umrę z głodu, zabraliście mi ostatnią krowę” – która twoja? – od razu poznała piękną siwą – ta -  zabieraj – przyprowadziła, dzielna kobieta, ile było radości z tej odzyskanej  krowy!

          Odeszli Ruscy, weszli Niemcy, ustalili nowe porządki, obsadzili nową administrację, nakazy, zakazy. W majątku w Kurowicach w pięknym dworze  osiedlił się Niemiec Ryder, we wsiach stacjonowały niemieckie patrole, nastały czasy upiornej okupacji. Z zajętych przez Niemcy zachodnich terenów Polski okupant wysiedlał całe wioski, skąd przywożono całe rodziny do okolicznych wsi. Niezwykle tragiczny był los tych ludzi – wypędzeni z własnych majątków, z bagażem  podręcznym jechali w nieznane, skazani na łaskę mieszkańców Podlasia.  Do  Stasina przywieziono 10 - osobową rodzinę Państwa Gibowskich. Zamieszkali w jednej izbie z glinianą podłogą w czworaku folwarcznym u Hewllów. Główny ciężar utrzymania rodziny spadł na dwóch młodych braci, Władysława i Zdzisława, którzy pracowali w sąsiednich gospodarstwach, a później podjęli pracę w lesie jako robotnicy leśni. Pamiętam, jak przyszła do nas panienka Hewllówna – Halinka, z Panem Gibowskim, ojcem rodziny i przedstawiając go nam, prosiła, czy nie mógłby otrzymywać od nas mleka. Mama zgodziła się od razu. Z rodziną Państwa Gibowskich żyliśmy w życzliwej przyjaźni przez cały okres wojny i przyjaźń ta trwa nadal.

        Wiosną, począwszy od kwietnia 1941 r. Niemcy przygotowywali się na lewym brzegu Bugu do uderzenia na Rosję. W lesie kurowickim maskowali przywożone pontony na przyczepach. Przybywało wojsko, koszarowało przeważnie w stodołach, odbywało ćwiczenia. Zwożono i składowano w lesie  w pobliżu Stasina amunicję artyleryjską. Po napadzie na  Rosję 22 czerwca, kiedy  wojsko znalazło się na froncie, składu amunicji pilnowali z nakazu sołtysa mieszkańcy Stasina. Drogę gruntową przy lesie od Stasina do Toczysk, w kierunku Bugu, wojsko wyłożyło drągami, dla łatwiejszego transportu tej amunicji do linii frontu.

         W pierwszym dniu wojny niemiecko-rosyjskiej, około południa, nadleciało ponad 20 samolotów rosyjskich. Wywiązała się walka z  samolotami niemieckimi, które zestrzeliły kilka samolotów rosyjskich: jeden spadł za Sabniami na łąki, drugi pod Kurowicami, trzeci na Stasinie, przy drodze do Tchórznicy, za zabudowaniami Sitki, czwarty w lesie kurowickim, piąty za Tchórznicą. Rosyjskich pilotów, skoczków spadochronowych,  żołnierze niemieccy zlokalizowali i zastrzelili. Tego samego dnia  trzy samoloty rosyjskie, lecące na dużej wysokości od strony Tchórznicy, nad Stasinem zrzuciły trzy bomby, jedna nie eksplodowała. Celem był dwór Hewllów, bomby spadły przy drodze, około 30 m od budynku. Po pewnym czasie Niemcy niewypał odkopali i zabrali.

         Nasze gospodarstwo ze względu na swoje położenie z dala od drogi i od sąsiadów, nad gęsto zarośniętym drzewami i krzewami rowem, było dogodnym miejscem dla wielu nieproszonych „gości”. Przychodzili różni uciekinierzy – Żydzi, Rosjanie, którzy uciekli z obozów jenieckich, szpiedzy-prowokatorzy, partyzanci, a także pospolici rabusie. Zakaz niemiecki był kategoryczny, za ukrywanie - karmienie Żydów, Rosjan – śmierć.                          

 

 Wacława z Szewczyków Tomczuk

                                                                                                                             wspomnienia spisał  syn Jerzy Tomczuk                  

            

O wizytach nieproszonych „gości” i  związanymi z tym różnymi niebezpieczeństwami w następnym odcinku wspomnień. J.O.

 

 

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1








INFORMATOR

BAZA FIRM