17
2020
2020-02-18

Wiesława Kur - kobieta w "koronie"


 Pani Wiesława szydełkuje przeróżne koronkowe cudeńka. Mieszka w malowniczej wsi Garnek (gm. Ceranów), położonej w sercu Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego. Naszym czytelnikom opowiedziała o swojej wyjątkowej pasji, jaką jest koronka szydełkowa.
 
Pani pracownia koronkowa to wyjątkowe miejsce, położone pośród lasu koło Ceranowa, w zakątku nieco schowanym przed wzrokiem turystów. Czy to miejsce sprzyja twórczości?

Tak. Ma pani rację, sprzyja. Kiedy zamieszkaliśmy w Garnku, byli tutaj głównie starsi ludzie i jakbym mieszkała może wśród rówieśników, jak wtedy, mając 20 lat, to pewnie bardziej bym robiła to, co rówieśnicy. Wówczas we wsi najmłodsza kobieta miała 56 lat. Dzięki takiemu koleżeństwu zaczerpnęłam innych wzorców życia.
 
Choć szydełkiem pracuje pani od dawna, to nie jest to umiejętność, którą wyniosła z domu. Kiedy rozpoczęło się u pani zamiłowanie do igły i szydła?

Zamiłowanie do igły i do szydła zaczęło się już w dzieciństwie. Jako dziecko potrafiłam coś wyhaftować, zrobić na drutach, a później dopiero zaczęłam szydełkować. Jakieś 30 lat temu zaczęłam robić na szydełku takie pojedyncze rzeczy, a tak całościowo zajęłam się tym 20 lat temu. Na początku robiłam i chowałam do szafek. Raczej tego nikomu nie pokazywałam. Jeszcze nie wyjeżdżałam na Pola Mokotowskie na targi. Pewnego razu odbywał się obóz gwaroznawczy dla młodzieży w Ceranowie. Młodzi chodzili do starszych ludziach, i pytali o gwarę, jak mówiło się dawniej. Dzisiaj mówimy innym językiem, niż 80 czy 100 lat temu. I właśnie na koniec tego obozu gwaroznawczego chcieli udekorować kącik wystawą tradycyjnej sztuki. Wtedy właśnie, nie wiedzieli skąd zdobyć prawdziwe koronki. W szkole w Ceranowie wiedzieli, że szydełkuję, bo już wcześniej brali na wystroje moje serwety. Zgłosili się do mnie, żeby pożyczyć koronki. Wtedy zainteresowała się mną Wanda Wierzchowska. Powiedziała, że musi mnie poznać. I ona nas zaprosiła później na finisz tego obozu. I tak się zaczęło. Potem mnie zaczęli zapraszać. Najpierw Dom Kultury w Sokołowie Podlaskim, potem włączył się również Ośrodek Doradztwa Rolniczego. Pani Danuta Stpiczyńska z ODR dużo działała w naszym regionie i organizowała dla kobiet spotkania, czego brakuje teraz. 
 
Który mógł być to rok?

1998 rok, bo jeszcze moja córka była między 7 a 8 klasą, a to były wakacje. To pani Wanda Wierzchowska wyciągnęła mnie „spod strzechy”. To było ciekawe zjawisko. Ja, wtedy jeszcze młoda dziewczyna, długie włosy, rozpuszczone na plecach, można powiedzieć, że taka dziewczynka. Nawet jak pokazywałam się na targach, to przychodzili ludzie i pytali: naprawdę pani to robi? A ja wstydziłam się jak wyjeżdżałam na początku. Spod stołu bez mała wyglądałam. Wydawało mi się wtedy, że odbiegam od równolatków. I to prawda, bo odbiegam. Wszystkim to powtarzam, że trzeba być sobą i robić, co się lubi. A nie, żeby ktoś mi narzucił, i powiedział, że „głupia jesteś, że takie rzeczy robisz”. Czas pokaże. 
 
Czy pamięta pani dzień, w którym usiadła na krześle, wzięła do ręki wzór i postanowiła stworzyć swoją pierwszą koronkę?

Pamiętam. Miałam wtedy właśnie 23 lata. I to nie było z żadnego wzoru, tylko wzięłam starą serwetkę, nici i szydełko, i przerobiłam ją. Bo ta stara już była brzydka i chciałam sobie stworzyć nową. I tak jedną, drugą, trzecią zrobiłam. Tak właśnie się zaczęło.
 
Proszę powiedzieć, jak zaczyna się praca nad koronką? Wyobraża sobie pani jakiś jej obraz, widzi ją w całości, czy tylko poszczególne motywy, które chciałaby do tej koronki wstawić?

Nie, nie widzę jej w całości od razu. Po prostu, kiedy chcę coś stworzyć, to siadam i szydełkuję. Dopiero później jest efekt. Widzę jakiś jeden motyw, a później resztę sama wymyślam i dodaję do tego, tak jak w tych serwetkach płócienno-koronkowych do obiadu. 
 
Ten środek, który jest w centrum koronki, wyznacza dalsze pierścienie?

To różnie. Niektóre koronki zaczynam się od środka. Tutaj w środku robię łańcuszek i później kolejne elementy. Np. ta koronka na torebce powstała od środka, ale do pewnego momentu. Z kolei firanki szydełkuję rządkiem i zawracam. Do tego komponuję wzór albo jakiś kwiatek.
 
A skąd czerpie pani wzory do swoich prac?

Różnie, gdzieś ze starej serwetki, z książki, z gazety, trochę z głowy. Patrząc na serwetę, jeśli człowiek ma wyobraźnię widzi, te wzory, kwiaty, motywy. Ta serweta z astrami nie wyszłaby taka ładna, gdyby ktoś zrobił ją z grubszych nici, wtedy nie miałaby już takiego efektu. Trzeba dopasować grubość nici do wzoru serwety. Praca z cienkimi nićmi jest najbardziej czasochłonna. Trzeba je trzymać bardzo delikatnie w ręku, bo czasem się wysuwają. Są tak cieniutkie, jakby nic się nie trzymało w ręku. 
 
Korzysta pani z wzornika?

Częściowo. Lubię udoskonalać serwetkę, ale do wzoru zawsze dodaję coś od siebie, lub zrobię coś inaczej. W ten sposób utrudniam sobie życie.
 
Wykonywanie których wyrobów hafciarskich sprawia pani największą przyjemność?

Chyba te serwetki wykonane szydełkiem, łączone z małych elementów, z których powstaje całość. Robiłam też swego czasu na drutach, ale wtedy zmuszała do tego sytuacja, bo na rynku nie było ubrań, więc się kupowało włóczkę w pasmanterii i robiłam swetry różnego rodzaju. Moje dzieci były ubierane przeważnie w takie ubrania robione na drutach, zwłaszcza córka.

Trzeba przyznać, że prace, które wychodzą spod pani szydełka są bardzo różnorodne. W pani repertuarze nie brakuje też form, które przybierają kształt aniołków, jaj wielkanocnych, ale także etui na dokumenty, które cieszą się dużym zainteresowaniem na pokazach i festiwalach.

Tych aniołków zrobiłam już setki, jeśli nie tysiące, ale od nikogo tego nie kopiuję. 
 
Gdzie dotychczas prezentowała pani swoje prace?

Najczęściej w domach kultury. M.in. w Domu Kultury w Sokołowie Podlaskim, w Warszawie podczas „Dni Ziemi”, na targach na Polach Mokotowskich, ale także w Ciechanowcu podczas „Święta chleba”.
 
A czy wystarcza też pani czasu na inne pasje?

Tak, muszę jeszcze coś znaleźć, bo tak jakbym tylko to robiła, to nie wiem, jakby to życie wyglądało. Lubię gdzieś pojechać, coś zobaczyć, posiedzieć z książką.
 
Haftowanie to zajęcie na „ręce i na głowę”, bo wykonując je trzeba skupić się na każdym ruchu igły, czy szydełka. I nawet nie da się myśleć o czymś innym. Czy do tej pracy potrzebne jest skupienie i cisza?

Cisza niekoniecznie, ale raczej wtedy się nie odzywam. Może ktoś coś do mnie mówić, ale już się nie odzywam, tylko kiwam głową. Robiąc na szydełku cały czas muszę sobie liczyć oczka. Nie ruszam ustami, tylko sobie liczę. A jak się nie zgadza gdzieś oczko, to ta serwetka robi się krzywa. Ona się wtedy nie nadaje rozprostować na płasko, tylko robi się taka „falista”.
 
Trzeba przyznać, że jest to bardzo oryginalne zajęcie, bo mało kto obecnie zajmuje się koronkarstwem. Coraz mniej młodych osób chce spędzać długie godziny na tej żmudnej pracy. Młode dziewczyny mają często inne zainteresowania niż szydełkowanie. Niewiele osób współcześnie urządza mieszkanie w starym, dobrym, polskim stylu.

Ale jeszcze się zdarzają takie osoby, które w ten sposób urządzają. Udaje mi się ich tym zainteresować. Ale też w nowych wnętrzach ładnie wygląda coś „starego”. Nawet jak ktoś ma po babci jakąś serwetkę, to jest cudownie wsadzić w taką drewnianą ramkę. 
 
W państwa domu leżą także własnoręcznie wykonane przez panią dywany. 

Tego nie kupi się w Ikei, czy w innym markecie. Jest to coś tradycyjnego, takiego starego. Z małej serwety, która była wzorem wykonałam ze sznurka duży dywan. Wnętrze nabiera dzięki temu uroku. Kiedyś przyjechał kuzyn z Ciechanowca i mówi: u was takie dywany w sieni, przecież w Belgii na salonach leżą.
 
Patrząc na pani serwety widać w nich odzwierciedlenie natury.

Tak, trzeba mieć trochę wyobraźni, żeby to zauważyć. Widzę w tych serwetach kłosy zbóż, w drugiej serwecie kwiaty, i to bardziej te sierpniowe, jak np. astry. W innej z kolei wpleciony został wzór ananasa. Patrząc na tę serwetę można sobie wyobrazić jakiś liść. 
 
Jest to z pewnością bardzo czasochłonne zajęcie.

To nie jest tak, że dzisiaj siądę i jutro jest wykonana taka serwetka. Robię ją tydzień, czasami dwa tygodnie, a obrus nawet miesiąc. To nie jest tak, że usiądę dwie godziny dziennie, bo potrafię też 10 godzin w ciągu dnia siedzieć i robić. Firany tak samo długo. Jeśli coś jest z grubszych nici, to czasem uda się w tydzień. Najbardziej czasochłonne są prace z cienkich nici. Jak siądę, to codziennie robię jakiś element, bo jak odłożę, to potem mogę robić np. luźniejsze sploty, i wyjdzie krzywo i nie będzie się równo układało.
 
Był czas, kiedy zapanował duży boom na koronki w Polsce. Wiele osób w swoich domach posiadało nie tylko koronkowe serwetki czy obrusy, ale także kamizelki lub kołnierze. Szkoda, że obecnie minęło zainteresowanie rękodziełem, bo ręcznie wykonane prace potrafią przetrwać nawet kilka pokoleń. 

Może to się odrodzić, może stanie się to znów modne za kilka lat. Tak jak była moda na gotowe rzeczy, a potem był okres, kiedy to rękodzieło znowu na krótko powróciło. Spotkałam się z taką sytuacją, że kiedy pojechałam do Ciechanowca na „Święto chleba”, żeby swoje prace wyeksponować, to rozwiesiłam stary dywan tzw. „pasiak”, jaki kiedyś był w każdym domu. Na nim powiesiłam moje serwetki i przychodzili ludzie i się pytali: czy można kupić dywan? Nawet teraz ludzie chcą to kupić. Mam nadzieję, że moda na to jeszcze wróci. Np. ten dywan przetrwał dwa pokolenia. Dostałam go od chrzestnej mojej mamy. Ona tkała takie dywany. Mam krosna, może też kiedyś w przyszłości zacznę na nich tkać.
 
Obserwując blogi młodych dziewczyn, zauważyłam, że moda na przedmioty wykonywane ręcznie tzw. hand made powraca. 

Tak, np. kiedyś zrobiłam bolerko do sukni dla panny młodej oraz ozdoby ślubne. Współpracowałam przez krótki czas z krawcową, która szyła suknie, a ja wykonywałam ozdoby i dodatki. Były to dekolty do sukien ślubnych. Jest to takie niepowtarzalne, bo jest uszyta tylko jedna taka suknia.
 
Proszę opowiedzieć więcej o tej współpracy.

Ta pani znalazła mnie podczas targów na „Dniach ziemi” na Polach Mokotowskich. Było wtedy bardzo dużo wystawców, u których można było dostać rękodzieło. I o dziwo, ona mnie wtedy wyhaczyła gdzieś w ciemnym kącie. Zaprojektowałam dla niej ozdoby z koronki do 6 sukienek ślubnych na pracę magisterską, którą wtedy pisała, a do tych sukien torebki. I ona właśnie obroniła magistra tymi sukienkami. Później rozpoczęła się współpraca. Szyła suknie ślubne, a ja wykonywałam ozdoby do tych sukienek. To były dekolty w formie witraża z kolorowych nici. To była mulina DMC błyszcząca. 
 
Trzeba przyznać, że niegdyś zdobycie umiejętności krawieckich należało do niezbędnych umiejętności, które kobiety powinny posiadać. Jest to zresztą sztuka uznana za typowo kobiecą specjalność. Czy ma pani może obecnie jakieś uczennice, które uczą się od pani?

Obecnie nie. Ale było tak, że w szkole dzieciom pokazywałam jak to się robi, i były dzieci, które „chwytały” to i zainteresowały się tym. Ale takich konkretnych uczennic to nie mam. Wśród młodzieży obecnie nie ma takiego zainteresowania.
 
Mama mnie też uczyła szydełkowania, ale przyznaję, że nie miałam cierpliwości.

Kiedyś w szkole były zajęcia praktyczno-techniczne i odbywały się cyklicznie, tak jak dzieci się uczą czytać i pisać. W dawnej podstawówce tak było. W klasach 5-8 odbywały się zajęcia praktyczno-techniczne. I były nawet książki do tych lekcji i w tych książkach znajdowały się konkretne wzory. Było pokazane, jak się haftuje, a tam haft płaski, łańcuszkowy, krzyżykowy oraz różne ściegi. Wśród zajęć było także szycie, robienie na drutach, na szydełku. To było obowiązkowe. Tylko nie każde dziecko pojmowało. Jedno zrobiło tylko łańcuszek, a inne dziecko wykonało na szydełku czapkę. 
 
Dzięki temu dzieci przyswajały sobie jakieś podstawy krawiectwa.

Tak. Pamiętam, że zrobiłam czapkę w 5 klasie podstawówki. Od zawsze mi się to podobało. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem w szkole i jeszcze nie miałam zajęć praktyczno-technicznych, bo miały je wówczas tylko starsze klasy, to po dwóch godzinach zajęć była przerwa między nimi, to ja zawsze szłam do tych starszych klas, żeby popatrzeć co robią dziewczyny.
 
Rękodzielnicy przyczyniają się to promowania zasobów kulturalnych naszego regionu. Czy takie osoby jak pani mają wystarczające wsparcie ze strony samorządu lokalnego lub organizacji pozarządowych? 

Szkoda, że nie jest to wspierane przez jakieś ośrodki. Dobrze by było, gdyby były jakieś dotacje do tego, że kultywuję tradycję. Wtedy automatycznie bardziej mogłabym się temu poświęcić, bo nie musiałabym się kręcić za zarabianiem pieniędzy na etacie. Są np. stypendia dla naukowców, więc dla takich rękodzielników, którzy pielęgnują tradycję, też powinno być coś takiego. Automatycznie może to by też zachęciło ludzi, np. takie kobiety, które siedzą na wsi, gdzie zimą jest mniej pracy. Wtedy mogłyby zajmować się np. koronkarstwem lub jakąś inną sztuką. Mój zarobek jest wtedy, kiedy uda mi się coś sprzedać. 
 
W Ciechanowcu jest zapewne największa sprzedaż.

Tak, ale z roku na rok coraz mniejsza, bo jest coraz więcej wystawców podczas różnych festiwali. A jak jest coraz więcej wystawców, to automatycznie się to zmniejsza.
 
Coraz więcej rękodzielników?

Prawdziwych twórców jest coraz mniej. W alejce, gdzie mam namiot ze swoimi koronkami jestem jedną z niewielu osób, która ma koronki własnoręcznie robione, a oprócz tego są ze trzy lub cztery namioty blisko mojego, na których wystawiają się handlarze. Mają taki misz-masz na stole. Jest koronka klockowa, koronka szydełkowa, koronka robiona iglicą, i jeszcze wiele różnych haftów.  I to od razu się rzuca w oko, że to od handlarza, a nie rękodzieło. Widziałam koronkę z obrusa, to był zapewne obrus płócienno-koronkowy. Koronka została odpruta, bo obrus był pewnie zniszczony. Nawet ta pani nie powyciągała tych nitek, które były ze szwu. Klientka, która przychodzi do mnie i usłyszy hasło: 70 zł za dużą serwetkę, to pójdzie do sąsiedniego stoiska i kupi za 10 zł od handlarki. Było dla mnie taką satysfakcją, kiedy przyszła do mnie pani organizatorka i robiąc zdjęcia powiedziała: najpiękniejsze stanowisko na całych targach. Chciała, żebym dzwoniąc do niej i umawiając stoisko, przypominała się w ten sposób: „najpiękniejsze koronki”. Buduje to człowieka do dalszego tworzenia, jednak samą satysfakcją się nie najem. Kiedyś zauważyłam, że ludzie przychodzą do mnie oglądają, ale idą do tamtych i kupują. Raz znajoma kupiła serwetę. Mówię: nie chcę cię zasmucać, ale kupiłaś starą. Ona pyta: jak to? To nie jest takie, jak u mnie, że z nowych nici wykonane i świeże. Uważam, że rękodzielnicy powinni być selekcjonowani, jeśli własnoręcznie zrobili, to owszem ustawić ich w alejce obok razem. Osobno powinni być prawdziwi rękodzielnicy i osobno handlarze. 
 
Ma pani różnych klientów, czy wśród nich są znawcy i miłośnicy koronkarstwa, czy raczej przypadkowe osoby, które szukają prezentów dla swoich bliskich.

Są tacy, którzy szukają prezentów, ale i też tacy, którzy uwielbiają i kochają koronkę i kupują taką serwetę, żeby mieć u siebie w domu na komodzie, na stole, na kredensie. 
 
A którym szydełkiem wypracowała pani najwięcej kilometrów sznurka?

Każde szydełko ma swoją miarę, i to się liczy w połówkach milimetrów. Niektóre są ostre jak igła. Jak szydełkuję, to potrafię sobie skaleczyć palec.
 
Z jakich materiałów tworzy pani serwety, obrusy?

Dla mnie najważniejsze jest to, żeby były to materiały naturalne. Żadne sztuczne nici, tylko naturalne jak bawełna. Z kolei na płótno wybieram len, albo też właśnie bawełnę. Sztucznych nici używam jedynie tych tureckich, do obrabiania jajek, a do serwet wszystko jest naturalne.
 
Co powie pani naszym czytelnikom na podsumowanie naszej rozmowy?

Bardzo ważne jest posiadanie pasji w życiu. Człowiek staje się bogaty wewnętrznie, jeśli ma jakąś pasję. Nie finansowo, tylko wewnętrznie. Poza tym wydaje mi się, że zrobienie nawet dla samego siebie takiej serwety jest bardzo wartościowe, bo nie kupiłam żadnej gotowej do koszyczka wielkanocnego. To jest piękne i niepowtarzalne, bo niektóre rzeczy są wykonane w pojedynczych egzemplarzach.
 
Cieszę się, że udało się nam dotrzeć do tego niezwykłego miejsca i zobaczyć te piękne rzeczy, które pani tworzy. Dziękuję za rozmowę i wierzę, że z czasem koronki wrócą do łask.

Rozmawiała Ewelina Wolska











 

« wróć | komentarze [1]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Dobrze ze są jeszcze tacy ludzie.Brawo pani Wiesławo.

Czytelnik
2020-02-22 20:06:34
Strona 1/1






Dane kontaktowe