12
2020
2012-09-14

Węgrów i Sokołów – nasze miasta przydrożne


Jeśli życie jest drogą, to poszczególne miejsca geograficzne, w których mieszkaliśmy, łącznie z krajobrazami, możemy nazwać obiektami przydrożnymi.

Obaj z Andrzejem Komorowskim, autorem „Miast przydrożnych” (Dom Wydawnictw Naukowych, Kraków, 2011), którego pradziadek mieszkał w Węgrowie, skończyliśmy weterynarię w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Andrzej najpierw pracował jako lekarz w terenie. Był aktywny w swym zawodzie, dlatego w latach 1997-2001 piastował w kraju stanowisko głównego lekarza weterynarii. Kilkakrotnie zamykał granice dla importu mięsa do Polski m.in. po wykryciu BSE (choroba szalonych krów) w mączkach mięsnokostnych oraz stwierdzeniu pryszczycy u zwierząt w Zachodniej Europie. To stało się powodem jego usunięcia z tego stanowiska. Był członkiem NSZZ „Solidarność” i więźniem stanu wojennego. Będąc na emeryturze, napisał wspomnianą książkę, w której prezentuje swoją genealogię oraz opisuje miasta, gdzie mieszkał z rodziną w czasie niemal apokaliptycznym, jaki przyniosła Polakom noc niemieckiej i sowieckiej okupacji.
W 1941 Felicja Komorowska przyjechawszy z Warszawy do Węgrowa z dwuletnim wówczas synkiem Andrzejem, zamieszkała u wujka Tomasza Zarzyckiego - syna Jana Zarzyckiego. Jan – pradziadek Andrzeja i dziadek Felicji, był ożeniony z Anną, z domu Rutkowskich. Mieli dwanaścioro dzieci. Pradziadek Jan był powstańcem styczniowym w stopniu porucznika. To w jego oddziale walczyli początkowo ks. Stanisław Brzóska i Franciszek Wilczyński – powieszeni przez Rosjan 23 maja 1865 roku na rynku w Sokołowie Podlaskim. Po powstaniu pradziadek powrócił do Węgrowa, zamieszkał przy ul. Długiej, dziś 3 Maja. Pracował jako sekretarz w gminie oraz dyrygent orkiestry i chóru. Najstarszy syn pradziadka Jana (imię nieznane) brał udział w  nieudanym zamachu na rosyjskiego gubernatora Warszawy Jerzego Aleksandrowicza Skałona, zorganizowanym przez Wandę Krahelską z ugrupowania PPS. Musiał uciekać do Ameryki. W rodzinie mówiono, że „gdzieś się zagubił”. Kiedy w 1941 roku Mama i Andrzej przybyli do Węgrowa, nie było już na świecie pradziadków Zarzyckich. W ich domu mieszkał drugi według starszeństwa wspomniany syn - Tomasz Zarzycki z żoną. Mieli dwoje dorosłych dzieci Stefanię i Edmunda nazywanego zdrobniale Mundkiem. W czasie okupacji był szefem placówki AK w Węgrowie. Został w Siedlcach zamęczony przez Niemców po długim śledztwie, w którym nikogo nie wydał. Na wniosek Komendy Hufca ZHP władze Węgrowa jego imieniem nazwały nowo zbudowane rondo w centrum miasta. On sam został również patronem węgrowskich harcerzy. Rondo Edmunda Zarzyckiego jest skrzyżowaniem Al. Siedleckiej z ul. J. Słowackiego; dobiega do niego również ul. Obrębowa. Ilekroć jadę trasą Warszawa - Długie Grzymki, przejeżdżam tędy. Zawsze myślę o bohaterze, którego imię nosi to rondo. Najbardziej wiarygodną pamięć o okupacyjnej nocy celebrują ludzi, którzy ją przeżyli. Gdy nad naszą ojczyzną w 1939 roku zapadła ta noc, miałem już 10 lat, Andrzej dopiero dwa i pół miesiąca. W prostej linii na zachód, 10 km od moich od moich Grzymek, leży Treblinka.
W 1942 roku Niemcy nasilili palenie zwłok zagazowanych Żydów. Niesamowity fetor przenikał na nasze tereny. Napełniał zagajniki, łąki i łany zbóż. Nie wypędzaliśmy krów na nadbużańskie pastwiska, bo odór wywoływał wymioty. Był tu szczególnie intensywny, bo korytem rzeki łatwiej tu dochodził.
Pisząc ten materiał dotyczący książki Andrzeja Komorowskiego, znalazłem przypadkiem w „Onet – Wiadomości” z dnia 14.08. 2012 obiektywny artykuł Mateusza Zimmermana pt. „Nie od razu taśmę śmierci zbudowano”, z którego dowiedziałem się, jak dokładnie przebiegało palenie zwłok w Treblince. Oto fragment opatrzony podtytułem: „Krew, ogień, łubin”: „Setki tysięcy zwłok najpierw miesiącami grzebano – warstwami, w ogromnych dołach. „Długie na jakieś 50 metrów, szerokie na 30 metrów, głębokie na kilka pięter” – opisywał te groby Jechiel Rajchmann, uciekinier z Treblinki. Doły wykopywała olbrzymia bagrownica . Ale ziemia dosłownie nie mogła pomieścić ciał. W późniejszych relacjach zarówno ocalałych jak i oprawców pojawiło się wstrząsające wspomnienie ”falujących grobów”.
I na to praktyczni Niemcy znaleźli sposób: palenie zwłok. Najpierw w prowizorycznych piecach, ale ten okazuje się nie dość wydajny. Przyjezdny specjalista z SS, nazywany w obozie „Artystą”, zaleca użycie tzw. rusztu – czyli szyn kolejowych, opartych na betonowej podstawie. Pogłębiarka wykopuje teraz ciała i wrzuca je do ognia, podsycanego ropą.
Ocalały z komanda:  „Okazuje się, że ciała wykopane z dołów palą się jeszcze lepiej niż ciała tych, którzy dopiero zostali zagazowani”. Wspomnienie Rajchmanna: „Krew dwustu pięćdziesięciu tysięcy ludzi wypłynęła spod ziemi i paliła się przez całą dobę, jakby była materiałem łatwopalnym. Całe dowództwo z radością oglądało gigantyczny ogień.
Kilkumiesięczne palenie ciał było tym skuteczniejsze, że pomagało Niemcom w zatarciu śladów zbrodni. Nie wiedzieli, co zrobić z popiołami – w końcu uznali, że wystarczy je przykryć warstwą piasku i ziemi. Tam, gdzie popioły po kremacji rozsypywano, siali potem łubin. Jeden z więźniów wspominał: „Pięknie rósł, ziemia okazała się urodzajną”.
Wróćmy do „Miast przydrożnych”, gdzie Andrzej pisze: „A jeśli wybrało się pociąg (z Warszawy), dojeżdżało się do Łochowa, a dalej omnibusem pana Jurka, zaprzężonym w dwa konie, do Węgrowa. Jurek (nie wiadomo, czy to było nazwisko, czy imię) był Żydem dobrze znanym wszystkim węgrowianom. Omnibus jechał przez Paplin i Starą Wieś, w której ciągle stoi piękny pałac Radziwiłłów, i docierał do Węgrowa. Przystanek znajdował się na rynku. Do Węgrowa można było dojechać od wschodu, z Sokołowa. Przed wjazdem od tej strony, za figurą świętego Jana Chrzciciela stojącą na wysokim postumencie, przed pierwszymi domami widniała tablica koloru niebieskiego z białym niedźwiedziem (to herb Węgrowa). Na tablicy widniał napis: „Miasto Węgrów, 13 tysięcy mieszkańców, 3,3 tysiąca katolików i 10 tysięcy Żydów”. Centralnym punktem miasta był rynek, a najokazalszą budowlą – bazylika mniejsza, dawny kościół farny Apostołów św. św. Piotra i Pawła pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Kościół pochodzi z XVIII wieku, jest utrzymany w czystym stylu barokowym, z pięknymi freskami Michelangela Palloniego.
Atrakcją Węgrowa jest też kościół i klasztor Franciszkanów Reformatorów. Klasycystyczna świątynia z pięknymi rzeźbami jest dużo mniejsza od fary. Był jeszcze kościół ewangelicko-augsburski, bo w Węgrowie mieszkało kilkuset ewangelików, nie wymienionych na tablicy znajdującej się przy wjeździe do miasta. Oczywiście, znajdowała się też tutaj okazała synagoga i kilka żydowskich domów modlitewnych.
W centrum miasta stało parę kamienic, głównie jednopiętrowych. Najokazalsza z nich, Dom Gdański, usytuowana w pobliżu kościoła farnego, należała do rodziny Tokarskich, aptekarzy. Był też szpital „Na Klimowiźnie”, jak mówiono ufundowany przez hrabiego Łubieńskiego, właściciela dóbr ziemskich i pałacu w Ruchnej. Inne dobra tej rodziny leżały w Ruchence i Szarutach. ... Miasteczko zamieszkiwała w dworkach, rozmieszczonych głównie przy ulicy Długiej, liczna szlachta”.
Na stronie 80 „Miast przydrożnych” czytamy: „Na krzyżu stojącym w dawnym ogrodzie Jana Zarzyckiego pradziadek umieścił napis: „Widok krzyża Twego Panie, niech w cierpieniach ulgą stanie”. Czas jest nieubłagany, krzyż postawiony przez mojego pradziadka wymieniono na nowy w 1948 roku. Napis jednak pozostał. Dawne dworki szlachty zagrodowej nie są już tak okazałe, a położone w polach „stodoły”, należące kiedyś do dworków, spłonęły lub zostały rozebrane. Pozostały jeszcze tu i ówdzie ławy przed domami, o których napisał wiersz mój krewny Witold Roguski. Nosi on tytuł Uniwersytecka ława, otrzymałem go dzięki Marii Bauer, wnuczce autora.
Po siedemdziesięciu latach - w 2001 roku Andrzej odwiedził Węgrów po raz drugi. Oto wrażenie, jakie odniósł, będąc w farze: „Usiadłem na miejscu zajmowanym kiedyś przez mojego pradziadka Jana. Ponieważ pięknie śpiewał, czasami pomagał księdzu proboszczowi Wojtyle w odprawianiu mszy świętej. „Chodź, Jasiu, pomożesz mi w odprawianiu mszy” – mówił proboszcz. Zapamiętała to moja babcia, która mi to opowiedziała. Siedziałem,  wpatrywałem się w piękne freski i koniecznie chciałem usłyszeć, co śpiewał Jan Zarzycki. Ale niestety, niczego nie usłyszałem. Długo trwałem w skupieniu. Przechodzący przez kościół starszy, siwy ksiądz, zatrzymał się przy mnie i po chwili, przepraszając powiedział: „Ja pana znam, często pana ostatnio widywałem”. Odpowiedziałem: „Owszem, powinien mnie ksiądz znać, ja jestem stąd”. Zdziwiony, nie odpowiedział, bo pewnie znał mnie raczej z programów telewizyjnych”.
Andrzeju, tym starszym, siwym księdzem był prałat Hipolit Hryciuk, który przed przyjściem do Węgrowa długie lata był proboszczem w mojej ceranowskiej parafii. Wszyscy Go mile wspominamy. Jeszcze za czasów komunistycznych postawił w Ceranowie budynek ośrodka zdrowia, nową organistówkę, a księżowską oborę zamienił na salę teatralną, w której w 2008 roku prezentowałem swój tomik wierszy „Powroty do gniazda” wydany z okazji 500 lecia naszej parafii. Oto relacja zamieszczona w Wieściach Węgrowskich (Nr 79/2005) z uroczystości pożegnania Księdza Prałata odchodzącego na emeryturę:
„Z dniem 16 sierpnia 2005 r. zasłużony Dziekan Węgrowski, proboszcz parafii p.w. Wniebowzięcia NMP i św. św. apostołów Piotra i Pawła w Węgrowie - Ks. Prałat Hipolit Hryciuk, przeszedł na emeryturę. Mieszkańcom naszego miasta, pragnącym oficjalnie podziękować swemu duszpasterzowi za współpracę, nieco nieśmiało i z pewnym zażenowaniem tłumaczył, że żadnej oficjalnej uroczystości nie przewiduje, gdyż „ja przecież tu pozostaję”. Tutaj, czyli w Węgrowie i wspierał będzie swym doświadczeniem nowego ks. proboszcza, którym został ks. Antoni Sieczkiewicz.
Korespondowałem w swoim czasie z dwiema paniami w bardzo podeszłym wieku, które z żalem i radością wspominały młode lata spędzone w naszych stronach. Jedną z nich była pani Janina Jurkiewiczowa - rodzona siostra Prymasa Tysiąclecia, urodzona w Zuzeli, drugą - Felicja Komorowska wnuczka Jana Zarzyckiego z Węgrowa, matka Andrzeja; chociaż urodzona w Warszawie, na skrzydłach tęsknoty leciała do tego miasta. Obie lubiły poezję. Pani Janina zostawiła kilka zeszytów ze swoimi wierszami nabrzmiałymi żalem po zmarłej matce i pięknymi opisami nadbużańskiej przyrody. Pani Felicja nie pisała wierszy, może dlatego, że pisała je wcześnie zmarła jej córka Basia - pracownik naukowy, biolog z doktoratem zdobytym na Sorbonie, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego i Francuskiej Akademii Nauk. Lubiły moje ojczyźniane wiersze, które Im posyłałem. Niech Im Bóg pozwoli pospacerować nieraz po naszym nadbużańskim Podlasiu.
A moim następnym po Sterdyni miastem przydrożnym był Sokołów Podlaski, gdzie od marca do października 1950 r, siedziałem w areszcie śledczym Urzędu Bezpieczeństwa, który mieścił się w piwnicach budynku przy ul. Wolności 50. Los mój podzielili koleżanki i koledzy gimnazjalni: Basia, Dziunia, Iza (wiek15 lat), Edek, Heniek, Zygmunt, Jurek (15 lat), Zbyszek, Boguś i Lutek. W obecnie bieżącym czasie bywałem kilkakrotnie w Sokołowskim Ośrodku Kultury. Kiedyś, po 60 latach od pobytu w tej katowni, postanowiłem odwiedzić ją i koniecznie moją celę oraz karcer ciemny pod schodami, w którym spędziłem kilka dni. Na portierni młody, elegancko umundurowany pan, długo rozmawiał przez telefon. Stałem, czekałem, myślałem, serce kołatało... W końcu wycofałem się, wychodząc na chodnik. Wyjąłem z kieszeni kajzerkę i pokruszyłem wróblom. Miałem ją pokruszyć w karcerze myszom, których wtedy nie miałem czym nakarmić. - Niech dalej będzie martwe to, co dawno umarło! – wyszeptałem. Ale tu już inna historia!

Franciszek Kobryńczuk

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe