17
2020
2013-10-11

W cieniu polnej gruszy


Urodzony na początku lat pięćdziesiątych – wzrastałem na podlaskiej wsi, od dziecka zauroczony i zapatrzony w przyrodę.

Widziałem, jak działania melioracyjne niszczą bezpowrotnie w przyrodzie życie, jak cukrownia w pobliskim mieście zatruła ściekami życie w pięknej rzeczce na 40 lat. Pamiętam również i miłe obrazki. Na nasz teren we wrześniu przyjeżdżali z Warszawy na kuropatwy myśliwi. Ładnie ubrani panowie z miasta, z pięknymi psami, lśniącą bronią. Zafascynowany tym widokiem nie mogłem oderwać od nich oczu i z żalem myślałem o swoim dziecięcym wieku, czekając, kiedy to będę dorosły. Chodziłem czasami z myśliwym, nosząc za nim strzelone kury.  Podziwiałem celne oko myśliwego i mądrość psa, który z łatwością wyszukiwał w ziemniakach, czy burakach strzelone ptaki i posłusznie przynosił je swojemu panu.
Po kilku godzinach chodzenia po polach w słońcu zmęczeni siadaliśmy na zielonej miedzy, w miłym chłodzie cienia polnej gruszy. Posilaliśmy się kanapkami, a pies z małej miseczki chłeptał wodę długim językiem. Później wyciągał się rozkosznie i zasypiał na chłodnej ziemi, a ja, rozmawiając z jego miłym panem, zapatrzony byłem w piękno krajobrazu, pola poprzecinane remizami tarniny i dzikimi gruszami. Sypały one w okresie jesieni smacznymi ulęgałkami, dając pożywienie ludziom i zwierzętom. W cieniu polnej gruszy odpoczywał pastuszek pasący krowy i spracowany rolnik.
Jeździłem z rodzicami wozem konnym na odległe pole do żniw. Koń stał pod gruszą uwiązany u wozu, jadł pachnące siano, oganiając długim włosiem ogona natrętne owady. Ojciec w skwarze słońca kosił zboże kosą, mama pochylona zbierała skoszone pokosy, a ja wiązałem snopy. Ustawialiśmy je później w kuce dla wysuszenia. Ile było radości, kiedy w południe siadaliśmy w cieniu gruszy, gdzie ojciec klepał kosę na klepadle, z którego dźwięk roznosił się daleko po okolicy, a mama przygotowywała posiłek przywieziony w wiklinowym koszyku i w białej płóciennej ściereczce. Wyjmowała swojski razowy chleb, na którym przed pokrojeniem kreśliła znak krzyża. Smarowała go swojskim smalcem ze słoika, czy też jedliśmy jaja gotowane na twardo, popijając czarną kawą lub kompotem z wisienek.
Minęły lata i teraz, z perspektywy dorosłego życia, z radością wspominam może niełatwe, ale jakże piękne lata dzieciństwa, a ze smutkiem i obawą patrzę w przyszłość. Zmieniła się w naszej ojczyźnie sytuacja społeczno-polityczna i świadomość ekologiczna. W okresie powojennym gwałtownie rozbudowano przemysł, myśląc, że przyroda sobie poradzi z trucizną wylewaną do ziemi i wypuszczanymi w powietrze zanieczyszczeniami. Jakże błędne były te mniemania! Kiedy nasz wielki fotografik ś. p. Włodzimierz Puchalski chciał na Śląsku sfotografować jakiś fragment lasu, to potrzebna była zgoda „pierwszego” z czerwonego belwederu, usłyszał taką odpowiedź : ,,Nasze drzewa, nasze lasy to dymiące kominy nad Śląskiem”.
Nieopodal mojego miejsca zamieszkania, wśród rozległych pól, na niewielkim wzniesieniu rozciągał się pas zadrzewień dębowych. Lubiłem tam chodzić jesienią, oczekując w ukryciu na ciągnące dzikie gęsi. Wiedząc, jaką rolę spełniają te zadrzewienia, często zastanawiałem się, kiedy i kto posadził te drzewa. Przypadkowo spotkany znajomy sędziwy rolnik na moje pytanie odpowiedział: ,,A bo widzi pan, tu jest taka górka, a ziemia słaba, piaszczysta i żeby wiatr nie wywiewał gleby, posadzono ten gęsty pas dębiny”. Ot - pomyślałem - mądrość prostych ludzi. Nie wyuczony, ale urodzony ekolog.
Piękna jest nasza przyroda ojczysta ukształtowana przed wiekami. Przeciętny Polak dostrzega to piękno i żyje w poczuciu troski i odpowiedzialności za ten skarb, który nas otacza. Piękne są nasze polskie lasy z całą bioróżnorodnością, tak troskliwie pielęgnowane i chronione przez całe dziesięciolecia przez pokolenia polskich leśników. Przytoczę tutaj słowa Jana Pawła II ,,Cała ta przyroda jest dana człowiekowi, a człowiek postawiony jest ponad wszystko i człowiek ma obowiązek korzystać z tych darów przyrody, ale ma je traktować jako świętość”. Jeżeli ktoś traktuje to inaczej, to podważa prawo Boże. Oczywiście, że postępowanie człowieka w stosunku do przyrody ma być racjonalne,  by nie zabrakło żadnego gatunku na ziemi.
Obecnie pojawiają się ruchy ekologiczne, które zawłaszczają sobie to, co przyroda ukształtowała przez wieki, czy też to, co leśnicy tworzyli i chronili przez całe dziesięciolecia. Pojawiają się również stowarzyszenia na rzecz wszystkich istot i narzucają nam swój styl myślenia. Więc pytam! To czym twórcy tych idei się odżywiają?  Na pewno nie jedzą mięsa? Może odżywiają się tylko korzonkami traw? To też stworzenie Boże, które przy obrywaniu cierpi. Może żyją powietrzem? Przecież też wydychają dwutlenek węgla. A może w ogóle nie oddychają…. 
Rozmywa się prawo w Polsce, głupota wypiera mądrość, a przeciętny człowiek nie rozumie zapisów tego prawa i przyjmuje je dla świętego spokoju jak milczące stado owiec. Chociażby ostatni przepis prawny, który powstał w zaciszu ciepłych gabinetów, w oderwaniu od rzeczywistości i w którym czytamy, co może myśliwy w stosunku do bezpańskiego psa. Totalna hipokryzja. Już widzę, jak autorzy tego zapisu dopędzają bezpańskiego zdziczałego psa, łapią go i dostarczają do właściciela na jego koszt albo do schroniska. Muszą przy tym uważać, żeby nie wyrządzić zwierzęciu krzywdy, bo obrońcy zwierząt pociągną ich do odpowiedzialności. Twórcy tego zapisu zapomnieli tylko podać numeru telefonu alarmowego swojego pogotowia. Dalej przepis ten mówi, że myśliwy na skutek wyższej konieczności (…) może zastrzelić psa. Tylko jak ten nieszczęsny „myśliwiec” udowodni przed sądem, że działał w poczuciu wyższej konieczności?  Wprowadzenie powyższego prawa pozbawia myśliwych i leśników możliwości prowadzenia prawidłowej gospodarki łowieckiej. Czy ten absurdalny przepis ma obowiązywać nadal, a watahy bezpańskich zdziczałych psów mają swobodnie zarzynać sarny, dziki, zające i wprowadzać ciągły niepokój w łowiskach?
Łowiska pozbawione możliwości ochrony dziczeją, jak dziczeje Puszcza Białowieska, pozbawiona prowadzenia prawidłowej gospodarki leśnej, ochrony i opieki przez leśników, gdzie gatunkiem dominującym staje się grab i osika, a w łowiskach gatunkiem panującym będzie wilk i zdziczały pies. Czy o to chodzi, żeby wszystko i wszędzie zdziczało dookoła?
Na skutek postępu technicznego zmieniło się na polach – gospodarstwa wielkoobszarowe, maszyny coraz większe i szersze, toteż polne grusze zostały wycięte. Prawo unijne wprowadziło dopłaty bezpośrednie do gruntów uprawianych rolniczo, wyłączając wszystkie zadrzewienia.  Wprowadzono także dopłaty rolno-środowiskowe za wydłużony termin koszenia traw i na odpowiednią ich wysokość, a zapomniano w to zadrzewienia, które były pięknem i ozdobą naszego krajobrazu, schronieniem dla zwierząt. Czy decydenci nie wiedzą albo zapomnieli o tym, że pasy zadrzewień i śródpolnych remiz zwiększają plony do 20%?
Obecnie wiemy, że nie uda się żadne zasiedlenie łowisk kuropatwą, jeżeli nie będzie tam remiz. Jak pogodzić z obecnymi przepisami zapoczątkowaną przez polskich myśliwych piękną akcję „ożywić pola”?
Człowiek, kierując się nastawieniem materialnym w stosunku do matki - Ziemi liczy złotówki – wycięto więc polne grusze, znikają pasy zadrzewień, masowo wypalane są polne remizy tarniny i głogu. Wystarczyło dołączyć te obszary do dopłat rolno-środowiskowych, a problem by nie istniał.
Gdzie są ,,obrońcy przyrody”?  Nie przypinają się do krzewów tarniny, głogu czy polnej gruszy - to nie medialne, to nie Rospuda. Przecież można by się ukłuć przy okazji cierniem w miejsce, skąd rozum wychodzi i można by zacząć myśleć realnie. Lepiej zostać przy Rospudzie. To nic, że za to pobojowisko podatnicy zapłacili 20 mln. zł odszkodowania, ale tam udało się z żabą, udało się z wilkiem, ze zdziczałym psem. A może by tak jeszcze uczłowieczyć kilka gatunków? Może lisa? Może szczura? A może muchę i komara? Działajmy! Polacy się nie bronią, dają się ogłupiać, więc działajmy. 
Tak źle dzieje się w państwie postkolonialnym, gdzie społeczeństwo nie może się jeszcze otrząsnąć po byłym systemie komunistycznym i łatwo jest wprowadzić zamęt i anarchię.
Bezsilny i zmęczony tym rozmyślaniem usiadłem w ogrodzie w cieniu szlachetnej gruszy i wołam: - O Panie Boże Wszechmogący! Daj nam przywódców mądrych i oświeć umysły decydentów, a jeżeli Ty nas nie wysłuchasz, to czy mają się spełnić słowa myśliciela ,,Niech głupcy z głupców się rodzą, niech głupcy głupcom przewodzą”.
 
Jerzy Tomczuk
 

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe