17
2020
2012-09-04

To Oni szli


Opowieść oparta jest na faktach zawartych w publikacji „Powiat Sokołów Podlaski w walce z reżimem komunistycznym 1944-1953”, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, wydanej przez fundację PAMIĘTAMY w 2007 roku.

Jest rok 1945, niespełna rok po wojnie. Kraj zniszczony, zdradzony przez aliantów, oddany pod panowanie Stalina. Ogólna bieda, strach i niepewność jutra. Rządzą komuniści, w ubeckich katowniach mordują żołnierzy Armii Krajowej, trwają aresztowania i wywózki w głąb Rosji. Młodych chłopców wcielają siłą do Ludowego Wojska Polskiego i kierują do walki przeciwko swojemu narodowi, przeciwko wolnej Polsce. Agentura ubecka jest wszędzie, za każde słowo nieopatrznie wypowiedziane przeciwko władzy ludowej można być aresztowanym, bądź wywiezionym do łagrów. Ludność wiejska przestraszona, zapracowana, z lękiem patrzy w przyszłość. Co przyniesie kolejny dzień, jak dalej żyć, jak przetrwać, czym nakarmić dzieci? Jednak walka trwa nadal, oddziały Armii Krajowej walczą z narzuconym przemocą reżimem komunistycznym.

Zbliżał się dzień 15 sierpnia, Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, rocznica „Cudu nad Wisłą” i Dzień Wojska Polskiego. W Parafii Jabłonna Lacka trwały przygotowania do odpustu. Kobiety pospiesznie sprzątały mieszkania i przygotowywały ubrania, z najpiękniejszych kłosów zbóż układały równianki przeplatając je kwiatami z marchewką w środku - na wypadek epidemii żółtaczki. Wszyscy byli jakoś dziwnie podnieceni, nawet koguty zaczęły piać jak na zmianę pogody, chociaż nie zanosiło się na zmianę. Na plebanii ksiądz prałat Fijałkowski wstał rano 15 sierpnia niespokojny, zatroskany o parafian. Wiejskie psy zaczęły dziwnie skomleć, ale nie złowrogo, tylko przyjaźnie, jakby w oczekiwaniu na przywitanie znajomych gości.

Po zwycięskiej bitwie pod Sikorami w dniu 8 sierpnia i odbiciu się od silnej grupy operacyjnej w dniu 9 sierpnia pod Zalesiem koło Sterdyni, 1. szwadron 5 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej majora Zygmunta Szyndzielarza „Łupaszki” z grupą partyzantów porucznika „Młota”, zaległ na kilkudniowy odpoczynek w ostępie leśnym nad Bugiem, na terenie gminy Jabłonna Lacka. Do miejsca postoju dołączyły jeszcze 2. i 4. szwadron, które przebywały chwilowo na tym terenie. Majora „ Łupaszki” w tym czasie
w oddziale nie było. Całością brygady dowodził najdzielniejszy z dzielnych, dowódca 1. szwadronu, młody porucznik Zygmunt Błażejewicz ps. „Zygmunt”, urodzony na Kresach Wschodnich w Witebsku. O czym myślał w tę noc z 14 na 15 sierpnia 1945 r., leżąc na leśnym posłaniu przykryty wojskowym płaszczem, z rękami założonym za głowę? Sowieci zagarnęli jego rodzinną ziemię, a on ze swym dowódcą i całą brygadą przyszedł na podlaską ziemię walczyć o wolną Polskę. „Przecież ten absurdalny system bolszewicki nie przetrwa długo – może zdradziecki Zachód obudzi się i pomoże wyzwolić naszą Ojczyznę?” Mocował się z myślami. Dowódca zawsze pozostaje sam - podejmując decyzję, wydając rozkazy, odnosząc zwycięstwa czy ponosząc porażki. „Dzisiaj takie święto, Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, odpust w Jabłonnie Lackiej, rocznica „Cudu Nad Wisłą”, Święto Wojska Polskiego. A może by tak wejść na sumę z całym oddziałem, podziękować Matce Najświętszej za otrzymane łaski, prosić o dalsze i wnieść otuchę w serca strapionej ludności? Czy nie narażę swoich żołnierzy? Przecież pajęczyna bezpieki jest wszędzie. Co robić?” Brawura, ale i roztropna odwaga nie odstępowały go nigdy. „Idziemy”. Wstał pierwszy o wschodzie słońca, rozłożył mapę na starym pniaku sosnowym. Myślał, skąd może przyjść zagrożenie. „Jeżeli agentura doniesie na UB do Sokołowa, to tylko stamtąd”.

Wczesnym rankiem krótki sygnał trąbki - pobudka. Wydane rozkazy podkomendnym - czyścić oporządzenie, odświeżyć mundury i buty. Na rannym apelu okolicznościowa odprawa, modlitwa i odśpiewana pieśń „O Boże, któryś jest na Niebie”. Śniadanie. Poszczególne patrole meldują - droga wolna, spokój w terenie. Goniec z siatki terenowej przyniósł meldunek: „Jabłonna wolna – spokój”. Na rozkaz dowódcy oficer służbowy przyprowadza sześciu dzielnych żołnierzy. Dowódca pochylony nad mapą wskazuje szczegóły, wydaje rozkazy, broń - 6 rkemów, 6 zapasowych dysków, po 4 granaty i rakietnica. „Pójdziecie skrajem lasu, za Morszkowem w lewo przez pola do szosy, za zakrętem pod Bujałami obstawicie drogę po obu stronach kryjąc się w zaroślach, podejrzanych pieszych czy rowerzystów zatrzymacie bądź cofniecie. Jeżeli od Sokołowa pojawi się patrol UB z milicją - zlikwidować, broń zebrać, pojazd spalić. Jeżeli pojawi się większa grupa operacyjna - wystrzelicie rakietę. Zdejmie was goniec. Są pytania?... Wykonać!”

- Rozkaz!

- Z Bogiem, chłopcy!

- Z Bogiem.

Dowódca wyznacza jeszcze czujki na wszystkie rogatki Jabłonny. Żołnierze ustawieni czwórkami, na czapkach srebrne orzełki z koroną. Na lewej kieszeni mundurów ryngrafy z Matką Bożą Ostrobramską noszone przez żołnierzy z Kresów. To o tych żołnierzach Zbigniew Herbert napisał: „Wywalczył wolność innym rękami skrwawionymi/ nareszcie się obejrzał, że sam nie ma ziemi”. Lśniąca broń, imponująco wyglądają okrągłe dyski na erkaemach. Padła komenda „Marsz na wprost!” Wyszli z lasu na polny gościniec.

Ludność parafii Jabłonna odświętnie ubrana, z kłosami zbóż i ziół spieszy do kościoła na sumę odpustową; jedni pieszo, niektórzy boso, inni, z dalszych wsi, wozami, Jak kto może. Kościół zapełniał się ludźmi, wokół też gromadzili się wierni, parafia duża. W parku przed kościołem jest nawet jakiś stragan, staruszka sprzedaje wypieczone na blacie kuchennym kozy - to przecież taka tradycja odpustowa. Wierni gromadzą się i oczekują na rozpoczęcie się nabożeństwa. Nagle wśród ludzi zgromadzonych przed kościołem powstał szmer i niepokój. Ktoś już przekazał wiadomość. Szerokim gościńcem od lasu wojsko idzie. Wojsko? Co robić? Uciekać? Będą nas aresztować, rozpędzać, Matko Najświętsza ratuj!

Nagle do uszu zgromadzonych dochodzą słowa „Pierwszej brygady”. Prowokacja to czy podstęp? Przecież komuniści tego nie śpiewają. Słowa pieśni coraz głośniejsze, wyraźniejsze. Ludzie oniemieli. Wojsko jest coraz bliżej i nagle kolejna pieśń - „Nie rzucim Ziemi skąd Nasz Ród.” Sen to czy jawa? Boże, chyba cud.

Oczom wiernych ukazuje się oddział wojska w polskich mundurach, w pełnym uzbrojeniu, prowadzony przez młodego oficera. Trzy szwadrony 5 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej majora Zygmunta Szyndzielarza „Łupaszki”, z partyzantami porucznika „Młota” pod dowództwem porucznika „Zygmunta” przed sumą, w dzień odpustu, wkroczyły do Jabłonny Lackiej. Fenomen bohaterstwa i odwagi - cały kraj opanowany przecież przez komunistów. A jednak jest nadzieja, jeszcze nie zginęła i nie zginie ta Najjaśniejsza Rzeczpospolita Polska, kiedy my żyjemy. Boże, prawdziwe polskie wojsko. Poruszyły się serca wiernych, spłynęły łzy po policzkach. Żołnierze równiutkim szeregiem weszli do kościoła, czapki w lewym ręku, wszystko w największym porządku. Rozpoczyna się Msza Święta. Ksiądz ma łzy w oczach, co chwila ze wzruszenia głos mu się urywa. Wśród zgromadzonych radość i podziw. Kościół w Jabłonnie w tej chwili to prawdziwie wolne miejsce; nasze, polskie. Taka ma być nasza umiłowana Ojczyzna, nasza, a nie deptana butem zaborcy.

Partyzanci czynnie uczestniczą w nabożeństwie. Na zakończenie pieśń „Boże Coś Polskę” roznosi się echem daleko po nadbużańskich błoniach. Po sumie na schodach przed kościołem dowódca wygłasza do zebranych płomienne przemówienie, nawiązując do wojny polsko – bolszewickiej 1920 roku, rocznicy „Cudu nad Wisłą” i odnosząc się do sytuacji w Polsce, zdradziecko oddanej we władanie Stalinowi. Potem kadra brygady zostaje przyjęta obiadem na plebanii. Żołnierze uczestniczą we wspólnej zabawie, jak to bywa przy okazji odpustów. Jest wesoło, śpiewają pieśni.

Wieść o stacjonujących w Jabłonnie partyzantach rozeszła się lotem błyskawicy. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy czujka ustawiona na drodze do Gródka zatrzymała grupkę mężczyzn z kwiatami. „Witajcie panowie żołnierze, my zza Buga do partyzantów, chcemy rozmawiać z waszym dowódcą”. Oficer służbowy melduje dowódcy, przebywającemu w plebanii na rozmowie z księdzem „Panie komendancie, delegacja zza Buga prosi o rozmowę”. Niepewnie, ze łzami w oczach i z wiązanką kwiatów wchodzą do izby. „Pochwalony. Jesteśmy z Ostrożan, prosimy ratujcie nas! Sowiecka ekspedycja karna dowodzona przez majora Wasilija Gribko w połączeniu z UB, milicją i wojskiem prześladują nas, mordują, aresztują i wywożą do Rosji, żyć się nie da”. Na widok tych ludzi serce dowódcy zabiło mocniej, zadrżały policzki, długa zmarszczka pojawiła się na młodym czole – „Przecież po to jesteśmy, żeby ich bronić”. Zapytał o kilka szczegółów. „Nie płaczcie ojcowie, wracajcie w pokoju – przyjdziemy”!

Pod wieczór szpicel doniósł meldunek na UB do Sokołowa – „W Jabłonnie jest banda w sile 200 ludzi”.

- Banda w biały dzień? To niemożliwe, dopiero rozbili naszych pod Sikorami, zniszczyli samochody, następnego dnia odbili się od wojska pod Sterdynią, a dzisiaj są
w Jabłonnie Lackiej. Przygotować batalion szturmowy.

Partyzanci żegnają gościnną Jabłonnę. Pod osłoną nocy oddział przeprawia się promem na drugą stronę Bugu, kierując się na zagrożony prześladowaniem ludzi teren, żeby rozpoznać przeciwnika i uderzyć w odpowiednim momencie.

Już 18 sierpnia partyzanci zalegli we wsi Miodusy Pokrzywne. Patrol wystawiony od strony Ostrożan zauważył szybko zbliżający się oddział przeciwnika. Alarm. Wywiązała się walka. Nieprzyjaciel zaległ w przydrożnym rowie i w pierwszych zabudowaniach, prowadząc ostrzał z karabinów maszynowych. Zacięta walka trwała dwie godziny. Jak się okazało, partyzanci rozbili w całości karną grupę operacyjną samego mjr. Gribko. Zginął i on sam ostrzeliwując się do końca, zginął również sędzia i prokurator, którzy zapewne jechali w teren przeprowadzić sąd doraźny, jak to było w zwyczaju.

W bitwie poległo ze strony grupy operacyjnej około 50 ludzi, a partyzanci stracili 8 zabitych i 10 rannych. O włos nie zginął sam dowódca Zygmunt: kula snajpera odcięła gałązkę krzewu, w którym stał ukryty. Od kuli tego snajpera poległo trzech partyzantów.

I tak jeszcze przez kilka lat, nękani dzień i noc, z miejsca na miejsce jak spłoszony zwierz bili się o wolną Polskę. To Oni szli – żołnierze, partyzanci od Łupaszki, Huzara i Młota, ostatni leśni od Brzaska. To Oni szli – duktami leśnymi, polami wśród pachnących łanów zboża, opłotkami. Wyklęci, sponiewierani, katowani i rozstrzeliwani. Kiedy Ich już nie było – ich duch szedł z nami przez 50 lat do Wolnej Polski.

 

JERZY TOMCZUK

 

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe