27
2017
2017-02-08

Świadkowie lat II wojny – Tadeusz Wolaniecki


 Historia

Jesienią 2016 informowaliśmy o odsłonięciu w Kupientynie tablicy upamiętniającej Marię i Jana Januszów, nauczycielskiego małżeństwa bardzo zasłużonego dla tamtejszej społeczności. Pomysłodawcą tej inicjatywy był Tadeusz Wolaniecki z Kolonii Kupientyn. W domu jego rodziców, wysiedleni przez Niemców z mieszkania przy szkole, państwo Januszowie znaleźli schronienie. Uroczystość odsłonięcia tablicy zaowocowała spotkaniem z panem Wolanieckim i jego wspomnieniami, przede wszystkim z lat II wojny światowej i trudnych lat powojennych.

Patriotyzmu uczył się w rodzinie. Mój rozmówca urodził się Kupientynie w 1920 roku. Jego rodzice przybyli na Podlasie z pow. garwolińskiego. Brat Wiktor jeszcze przed II wojną uczył się w Gimnazjum Księży Salezjanów w Sokołowie, ostatecznie ukończył szkołę policyjną w Krakowie i w tym mieście był policjantem. Drugi brat, Aleksander, jako zawodowy żołnierz wraz z 4 Batalionem Czołgów i Samochodów Pancernych stacjonował w Brześciu nad Bugiem. Na początku II wojny był internowany na Węgrzech, potem walczył z Niemcami we Francji. Po jej kapitulacji i pobycie w obozach internowania w Hiszpanii przedostał się do Anglii, gdzie wstąpił do 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Zginął w Normandii 20 sierpnia 1944 r., podczas desantu otwierającego drugi front koalicji antyhitlerowskiej w Europie. Ma swój grób na Polskim Cmentarzu Wojennym w Langannerie (Francja). Kolejny brat pana Tadeusza, Janusz, już po wojnie wykładał geografię na Uniwersytecie Warszawskim. Musiał zrezygnować po tym, jak obwożąc gościa z ZSRR po kraju, zawiózł go też na Jasną Górę w Częstochowie.

Okupacja niemiecka. W czasie II wojny światowej Tadeusz Wolaniecki był żołnierzem konspiracyjnej Armii Krajowej, podkomendnym słynnego Henryka Oleksiaka „Wichury”. Jak mówi, zaangażował się do walki z okupantem, bo „patriotyzm to u nas sprawa rodzinna”. Przysięgę złożył we wrześniu 1941 roku, razem z bratem, Wiktorem. Przyjął pseudonim „Dąbek”. Jako żołnierz AK zajmował się przede wszystkim magazynem broni i amunicji, którego pochodzenie było ciekawe. Otóż we wrześniu 1939 r. oddział żołnierzy z Siedlec wracał spod Ostrowi Mazowieckiej. Pod Sokołowem natknęli się na czołgi niemieckie. Zawrócili, a ponieważ znali każdą ścieżkę, bo przez 2 lata mieli tutaj manewry, to przejechali przez Cetynię i udało im się oddalić. Jednak musieli zostawić cały wóz broni i amunicji - jeden z koni zaprzęgu został zastrzelony przez Niemców. Tadeusz Wolaniecki przypuszczał, że te karabiny będą potrzebne do walki z okupantem. Przy pomocy sąsiada, Jana Siomka, ukrył to wszystko w lesie w głębokim rowie, który poszerzyli w ziemiankę. U góry rósł potężny krzak leszczyny, więc kryjówka była bezpieczna. Potem broń i amunicja przydała się oddziałowi „Wichury”.
Mój rozmówca brał też udział w akcjach zbrojnych. Pamięta między innymi atak na kolejowy wagon pocztowy w Podnieśnie, następnie pechową zasadzkę „Wichury” wraz z podkomendnymi na starostę niemieckiego Ernsta Gramsa w Lesie Przeździeckim pod koniec lata 1943 roku, akcję niszczenia dokumentów w budynku Gminy Sabnie (brak dokumentacji utrudniał Niemcom wywózkę młodych ludzi na roboty). Latem 1944 roku, w oddziale porucznika ps. „Nałęcz”, uczestniczył w zgrupowaniu akcji „Burza”, czyli zbrojnemu przedsięwzięciu zorganizowanemu w granicach II Rzeczypospolitej przez oddziały Armii Krajowej przeciw wojskom niemieckim w końcowej fazie okupacji, bezpośrednio przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Z powodu choroby wrócił z tego zgrupowania wcześniej.

Okupacja niemiecka to były ciężkie czasy, na każdym kroku można było zginąć z rąk Niemców. Jednak niektórzy z nich to byli porządni ludzie. Niedaleko stąd, tu, gdzie dziś stoi wiatrak, była radiostacja obsługiwana przez kilku Niemców. Często do nas przychodzili. Jeden z nich był rolnikiem spod francuskiej granicy. Lubił zaglądać do koni, poklepać, pogłaskać je. W żniwa zobaczył, że u nas zboże kosi się kosą. Zdziwiony nauczył mnie korzystać z kosiarki konnej, którą mieliśmy w gospodarstwie, tyle ze popsutą. Jak zdobyłem brakującą część on przyszedł, pokazał jak to się robi i było dobrze.
I jeszcze taka ciekawostka. Niedaleko stąd, nad rzeką, tuż przed atakiem Niemiec na ZSRR stacjonował oddział żołnierzy węgierskich (Węgry był wtedy w koalicji z Niemcami). Parę dni przebywali u nas, ucztowaliśmy, jak to młodzi. Zabiliśmy świniaka, był alkohol. Jak odchodzili, zostawili kilka skrzynek granatów i amunicję. Amunicja nie pasowała do naszego uzbrojenia, granaty oddałem potem Heniowi „Wichurze”. Przydały się. Miejsce stacjonowania Węgrów przykryły kilka lat temu wody zalewu „Niewiadoma”, podobnie jak miejsce wiecznego spoczynku dwóch sowieckich żołnierzy z 1920 roku. Zginęli wtedy oni i dwóch naszych. Po wojnie z bolszewikami naszych pochowano na cmentarzu w Niecieczy, dwaj Rosjanie zostali” – wspomina Tadeusz Wolaniecki.

O życiu często decydował przypadek i zachowanie zimnej krwi. Wkrótce po zakończeniu akcji „Burza” do gospodarstwa Wolanieckich dwoma wozami przyjechało czterech Niemców. Po siano. A tu akurat w stodole na sianie nocowało kilku partyzantów z AK, którzy wcześniej byli na zgrupowaniu w Lesie Repkowskim. Niemcy ich zobaczyli. Było niebezpiecznie. Sytuację uratowało mieszkające u Wolanieckich wysiedlone z Poznańskiego małżeństwo Wietrzyńskich. Znali oni język niemiecki. Kobieta przekonująco wyjaśniła, że ludzie śpiący na sianie uciekają przed ruskimi. Niemcy uwierzyli.
- Z Kupientyna w Armii Krajowej było kilka osób, nie donosili na siebie, nie wydawali wrogowi. Z jednym był kłopot, trzeba to było załatwić –
stwierdził mój rozmówca.
„Wśród Niemców byli różni, ci z Wermachtu nie najgorsi, gorzej było wpaść w ręce gestapo lub administracji niemieckiej. Jak w sierpniu 1944 roku odeszli wieczorem, to zabrali nas ze sobą, zatrzymali się i czekali na tych z frontu. My byliśmy koło kucharza i uciekliśmy. Nie protestował”
.

Po odejściu Niemców. „Jak Niemcy wycofywali się przed frontem, to w naszym domu przez cztery dni było ich dowództwo. Nas wysiedlili do stodoły. W prowadzeniu gospodarstwa nie przeszkadzali. Stał wartownik przy domu, przechodziliśmy kolo niego spokojnie. Nie zdążyliśmy wprowadzić się do domu, jak weszli Rosjanie. Było inaczej. Rosyjskiego wartownika musieliśmy obchodzić z daleka, baliśmy się.
Nie angażowałem się po wojnie w walkę, ale żołnierze podziemia niepodległościowego bywali u nas. W 1946 roku, w pociągu do Małkini spotkałem Józefa Oleksiaka w mundurze Milicji Obywatelskiej, z karabinem. „Poszedłem do nich do roboty, trzeba jakoś przeżyć” - powiedział. Józio, młodszy brat mojego dowódcy, w czasie wojny też był związany z konspiracją, wtedy przez jakiś czas u nas mieszkał. Po wojnie niektórzy żołnierze AK, żeby przetrwać pod nową władzą, zatrudniali się w Milicji Obywatelskiej. Tak zrobił i on. Jednak po dwóch tygodniach od spotkania w pociągu przyszedł do nas potajemnie wieczorem. Uciekł, bo nie wytrzymał – musiał walczyć z podziemiem niepodległościowym, czyli ze swoimi dawnymi towarzyszami broni z AK”

Ostatecznie Józef Oleksiak ps. „Mały”, „Wichura”, zbiegł do oddziału „Młota”, przynosząc ze sobą wiele broni. Potem był dowódcą jednego z tzw. Obwodowych Patroli Żandarmerii. Wykazywały się one niezwykłą jak na panujący wówczas terror aktywnością, wykonując szereg spektakularnych akcji przeciwko komunistycznym władzom. Przykładem rozbrojenie posterunku MO w Chruszczewce przez patrol Oleksiaka 9 listopada 1947. Partyzanci zdobyli 2 rkm, 4 PPSz i 2 pistolety. Józef Oleksiak poległ 14 maja 1948 r. pod Wymysłami w walce z siłami Urzędu Bezpieczeństwa i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, osaczony w wyniku zdrady jednego z dawnych towarzyszy broni. Ciało zabrało UB, nie ma własnego grobu. Pamięć jego i innych żołnierzy 6. Wileńskiej Brygady AK oraz Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość poległych na ziemi sokołowskiej w walce z komunistycznym zniewoleniem o wolność i suwerenność Rzeczypospolitej uczczono dopiero po zmianach ustrojowych 1989 roku. Z inicjatywy m.in. Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w 1994 roku na skraju lasu wsi Wymysły powstał pomnik, którego odsłonięcie było wielką patriotyczną uroczystością.

Tadeusz Wolaniecki uważa, że dla takich jak jego rodzina gorzej było jak przyszła „czerwona zaraza” niż w czasie wojny; nie wiadomo było, kto wróg, a kto przyjaciel. „Szczególnie ciężko mieliśmy tu na naszej kolonii… różni przychodzili. Poza tym ojciec był zamożnym gospodarzem, a rząd źle traktował tzw. kułaków. Po wojnie w naszym domu nie odmawiano pomocy dawnym kolegom. W wyniku donosu w 1945 roku rodzinę dotknęły represje Urzędu Bezpieczeństwa. Ojca skazano na 5 lat więzienia. Wyrok w szkole w Sabniach dla domniemanego wroga Polski Ludowej wydała tzw. trójka sędziowska – (jeden z Niewiadomej, drugi gdzieś od Kosowa). Proces trwał pół godziny albo i nie. Ojciec przesiedział w więzieniach jako polityczny 3, 5 roku - w Warszawie na Rakowieckiej i we Wronkach. Brata aresztowali za AK Rosjanie, siedział za to. Ja też byłem na zeznaniach. Ocalałem dzięki ojcu, który kończył rosyjska szkołę i dawał mi wskazówki, co mam powiedzieć, do czego mogę się przyznać. W czasie przesłuchań chcieli mnie przestraszyć; dwóch siedziało za stołem naprzeciw mnie z pepeszką, obok dwa pistolety. Zarzucano mi wiele, ale ja zaprzeczałem i się nie bałem. Oni to widzieli i pewność siebie i spokój chyba mnie uratowały. Szczególnie pamiętam ostatnie przesłuchanie: zarzucali, że kłamię, że ojciec mówił inaczej. - Dawajcie ojca – mówię. Tato wtedy już był w wiezieniu. Kazali mnie wyprowadzić, ubek popchnął, uderzyłem głową o próg, rozbita rok mnie bolała. Ostatecznie w siedzibie UB przesiedziałem jedną noc. Przez kolejne lata nie opowiadałem o swojej przynależności do AK, nie byłoby to miło widziane w Polsce Ludowej”.

Doczekał wolności i prawdy. Po 1989 roku czasy się zmieniły. Tadeusz Wolaniecki zdobył uprawnienia partyzanckie, aktywnie działał w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej, co tydzień jeździł na spotkania do siedziby w Sokołowie. Otrzymał odznaczenia, między innymi Krzyż Partyzancki, Krzyż Armii Krajowej, Medal AK 1939-1945. Na początku dawnych akowców i tzw. „Sybiraków” było dosyć dużo. Do Związku należały też wdowy po akowcach. Pan Tadeusz nie chciał pełnić żadnej funkcji, ale zawsze prowadził zebrania. Nie brakowało członków Związku w uroczystościach patriotycznych.

Zostało tylko dwóch
. Tadeusz Wolaniecki i Stanisław Jagiełło to ostatni członkowie Światowego Związku Armii Krajowej w powiecie sokołowskim. Obaj opiekują się sztandarem, uczestniczą w uroczystościach patriotycznych w mieście i powiecie. Sztandar mają przekazać Kołu Armii Krajowej, które pod kierunkiem nauczyciela historii Jacka Odziemczyka od wielu lat działa w Publicznym Gimnazjum nr 2 w Sokołowie Podlaskim.



Jadwiga Ostromecka


« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1








INFORMATOR

BAZA FIRM