17
2020
2011-03-01

Śmierć pozwoliła zostać na szczycie


Zbigniew Cybulski był bohaterem kolejnego spotkania Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”, działającego przy SOK.

Widzowie obejrzeli tym razem „Do widzenia, do jutra" w reżyserii Janusza Morgensterna.

Zawsze był sobą
- Cybulski to człowiek, który wciąż wzbudza wiele kontrowersji - mówił przed seansem Grzegorz Pieńkowski. - Często mówi się o tym, że on nie grał swoich postaci, tylko zawsze był Zbigniewem Cybulskim. Z drugiej strony wpisał się w ten nurt polskiej kinematografii, który w latach 50. i 60. tworzył bohatera zbuntowanego, który stoi w poprzek dążeń świata, w którym funkcjonuje.
Legenda Cybulskiego to jednak nie tylko jego role filmowe, ale również tragiczna śmierć. - To śmierć zupełnie bezsensowna, pod kołami pociągu na peronie dworca we Wrocławiu - przypomina Pieńkowski. - Podobno aktor spieszył się na pociąg, ponieważ po zakończeniu zdjęć chciał szybko wrócić do Warszawy. Jest też wersja mówiąca o tym, że był pod wpływem alkoholu i dlatego poślizgnął się na schodach pociągu. Jak było naprawdę, tego się nigdy nie dowiemy.

Polski Dean
Cybulskiego często określano mianem polskiego Jamesa Deana. - Porównywano go do aktora, który w kinie amerykańskim zagrał zaledwie trzy role w filmach fabularnych. Kreował tam postacie ludzi, którzy nie mogą pogodzić się ze swoim miejscem w świecie i chcą czegoś innego niż to, co się im oferuje – mówił gość spotkania. - Dean zginął w katastrofie. Krytycy często zastanawiają się, czy gdyby nie jego śmierć, to powstała by legenda tego aktora. W Polsce było trochę inaczej. Tutaj nie mieliśmy systemu promującego aktorów. Na początku lat 60. pojawiło się jednak pragnienie znalezienia aktora, który ogniskowałby w sobie tendencje młodego pokolenia. Młodzi ludzie, idąc do kina w latach 50., nie mieli wzorca, z którym mogliby się identyfikować. Panował wówczas realizm socjalistyczny, będący z góry narzuconym schematyzmem, gdzie liczył się nie człowiek i jego psychika, rozterki, stosunek do życia, a jego funkcjonalność w społeczeństwie. Nie mówiono tam o sprawach, które najbardziej frapowały młodych ludzi, czyli o uczuciach.

Pozostała legenda
Zbigniew Cybulski był przedstawicielem nowego pokolenia, które chciało wyrwać się z okowów socrealizmu. Był on jednym z pierwszych absolwentów szkoły aktorskiej w Krakowie. Najpierw zaczął działać w gdańskim Teatrze Wybrzeże, później z kolegami założył legendarny Bim Bom. Trafił też do teatru Ateneum w Warszawie. Debiutował w filmie „Pokolenie” Andrzeja Wajdy. Popularność przyniosła mu rola w filmie „Popiół i diament", gdzie zagrał w sposób niezwykle ekspresyjny.
- Ta rola przeszła do historii nie tylko dlatego, że zauważono kogoś, kto potrafi pokazać ten bunt i zagubienie młodego pokolenia, ale głównie z powodu jego słynnych ciemnych okularów - uważa Pieńkowski. - Cybulski uparł się i nie pozwolił ich zdjąć. Takie okulary stawały się modne wśród młodzieży, bo były symbolem tzw. zgniłego zachodu. Często, gdy patrzymy na aktora obserwujemy jego oczy i odgadujemy, co się z nim dzieje. Tymczasem Cybulski postawił nam barierę. Ten zabieg przywiązywał widza do postaci na ekranie. Bo to widzowie przeżywali jego emocje.
Kariera Cybulskiego skończyła się w 1967 roku. Miał wtedy 40 lat. - Legendą stało się to, że był aktorem niepokornym. Współpracował z reżyserami, ale nigdy nie pozwolił sobie powiedzieć, jak ma grać. Był też człowiekiem niesamowicie zarozumiałym. W pewnym momencie chyba sam uwierzył w to, że jest wielki i zapomniał o jednej rzeczy. Jak ktoś wejdzie na szczyt, to ze szczytu wszystkie drogi prowadzą tylko w dół. Śmierć, która przyszła tak wcześnie, pozwoliła mu zostać na tym szczycie. Nie rozmienił swojego talentu i osobowości na drobne.
TEKST/FOT. KATARZYNA MARKUSZ

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe