16
2020
2012-04-06

Publikujemy trzecią część wspomnień Wacławy Tomczuk


„Wichura”. Był środek wojny, późna jesień, mglista i mokra noc, stukanie do okna i proszący głos:  „Otwórzcie, musimy odpocząć”. Otwieram drzwi, a tu wchodzi Henryk Oleksiak „Wichura” ze swoim adiutantem Ręczmieniem z Niecieczy. Zmęczeni, przemoknięci, Wichura tylko w cienkiej bluzie.  Mówią, że są po ciężkiej akcji, odpoczną i pójdą nad ranem. Karabiny oparli o stół, granaty położyli na stole.  Daliśmy im jeść, co mieliśmy.  Zjedli, po czym usiedli na łóżku, głowy oparli o ścianę. Nad ranem szykując się do wyjścia Wichura pyta: „Może macie jakieś ubranie, bo zmarznę”. Nic męskiego nie mieliśmy, dałam mu więc swój nowy wełniany bordowy sweter. Włożył z trudnością, rękawy do łokci.  Zostawił parę złotych i powiedział, że dopłaci jak przyjdzie następnym razem, bo dziś więcej nie ma. Podziękowali, wyszli. Po krótkim czasie ponowne stukanie do okna. Otwieram drzwi, a Wichura mówi, że jest gęsta mgła i nie mogą się zorientować, którędy do Toczysk. Ubieram się i prowadzę nad rów, który płynął od Toczysk, wskazuję kierunek, w którym mają iść – podziękowali, poszli.

       Więcej nie przyszli. Nasz bohater Wichura 6 grudnia 1943 roku ginie (miał podobno na sobie ten bordowy sweter ode mnie) pod Paulinowem.

 

Uwięzienie. Zaczął się rok 1944 - walki toczyły się daleko na wschodzie, końca wojny nie widać, u nas terror i strach, ale moje ciężkie dni miały dopiero nadejść. 5 Maja nad ranem stukanie do drzwi i słowa wypowiedziane po polsku: „Otwierać! Rewizja!”  Podchodzę do drzwi i mówię, że nie otworzę, bo się boimy, jestem z mamą i małym bratem. „Otwierać, bo wyważymy drzwi”. Otworzyłam. Weszło czterech Niemców, zauważyłam, że na podwórku było ich więcej. Zrewidowali cały dom łącznie ze strychem – niczego nie znaleźli i poszli. Po krótkiej chwili ponowne stukanie – weszli z listą i wyczytali nazwiska sąsiadów, a między innymi Mariana Ambroziaka, męża mojej siostry. Mama była ledwie żywa, a ja mówię, że Ambroziak tu nie mieszka, tylko w Warszawie, nie znam nawet adresu. Niemiec mówi do mnie: „Ubieraj się, idziesz do więzienia, jak Ambroziak się zgłosi, to ty będziesz zwolniona”. Ubrałam się, w co było pod ręką. „Bierz kapotę”- mówi Niemiec. Wyprowadził mnie pod karabinem do sąsiada Góreckiego, który też stał już pod karabinem, następnie przyprowadzili drugiego młodego chłopaka, Bochńskiego. Przyszła jeszcze moja mama, przyniosła mi jajecznicy i jeszcze coś tam na drogę, ale ja już nie mogłam jeść. Po chwili prowadzili już nas oddzielnie polami, łąkami nad rowem w kierunku Kurowic. Idąc, modliłam się, myślami żegnałam mamę, brata, rodzinny dom, te wiosenne pola i łąki, pluskającą wodę w strumyku, żegnałam lata dzieciństwa i młodości. Gdzie zaprowadzi mnie los, czy jeszcze tu wrócę? Szłam i płakałam. Zaczęłam prosić prowadzącego mnie Niemca, żeby mnie puścił, ale on warknął tylko: „Jeden krok w bok i kula w łeb”. Po drodze na kolonii pod Sabniami aresztowali jeszcze jednego chłopaka, Eugeniusza Stolarczuka. Zaprowadzili nas do majątku Kurowice, pod ogrodzenie, gdzie już było około 20 osób, młodych kobiet i mężczyzn. Staliśmy tam prawie cały dzień i przez cały ten dzień doprowadzali kolejnych ludzi. Przed wieczorem przyjechała duża ciężarówka, kazali wsiadać i pojechaliśmy w kierunku Sterdyni. Zatrzymali się tam przed kościołem  – wysiadać. Wszystkich mężczyzn zabrali do innego samochodu i odjechali, a nas, kilka kobiet z powrotem do tego samochodu i wiozą nas do Sokołowa. Okazało się potem, że mężczyźni wywiezieni zostali do obozu koło Gdańska i tam zginęli. W Sokołowie przesłuchanie w komendanturze niemieckiej. Ponownie ładują nas do samochodu i wywożą do więzienia w Siedlcach. Umieszczają nas w celach, o głodzie jesteśmy do południa następnego dnia i dopiero wtedy otrzymujemy pierwszy skromny posiłek więzienny.

 

 W wiezieniu na Skaryszewskiej. Wywieźli mnie wraz z innymi do Warszawy, do więzienia przejściowego na ulicy Skaryszewskiej. Tam przebywałam 8 dni – spało się na gołych pryczach. W tym więzieniu była prowadzona segregacja więźniów: jednych wywożono do obozów zagłady, innych na roboty do Niemiec. Moja cela była na trzecim piętrze. Codziennie apel, liczenie i codziennie kogoś wywożą. Ósmego dnia przychodzi na salę przystojny austriacki oficer w mundurze niemieckim, z kierowniczką więzienia. Kierowniczka tłumaczy, że ten pan jedzie na urlop do Wiednia i potrzebuje pomocy do żony, która urodziła dziecko.  „On chce wziąć jedną z was jako pomoc dla żony przy dziecku”. Oficer ten przeszedł obok nas, zatrzymał się przy mnie i wskazał kierowniczce na mnie, a ja rozpłakałam się i mówię: „Nie chcę nigdzie jechać, ja chce być tam, gdzie moje koleżanki”. Kierowniczka mówi: „Ciebie wybrał, jedź, będzie ci tam dobrze”. Oficer ten chyba rozumiał moje obawy, nie nalegał. Ostatecznie zgłosiła się na ochotnika inna, ale czy pojechała, nie wiem. Następnego dnia rano, jeszcze przed apelem, wchodzi do naszej sali kierowniczka więzienia i mówi: „Wstawajcie, przyszedł zakonnik i chce się z wami pomodlić”. Idziemy do wskazanej sali, gdzie jest zakonnik. On mówi do nas: „Chcę, żebyście przyjęli Pana Jezusa, będzie spowiedź powszechna”. Modli się, udziela rozgrzeszenia i podaje Komunię Świętą. Rozdał nam jeszcze karteczki z modlitwą na godzinę śmierci, poświęcił i pobłogosławił nas. Była nas z tego więzienia już chyba ostatnia grupa, prawdopodobnie byliśmy przeznaczeni na śmierć do obozu zagłady.

            Do Niemiec. Wyprowadzili nas z więzienia na ulicę, prowadzeni jesteśmy przez Niemców tajniaków. W tunelu do Dworca Wschodniego, gdzieś od strony przechodniów usłyszałam swoje imię: „Wacława, Wacława”. Dałam krok w bok i w tym momencie Niemiec chwycił mnie za włosy, przewrócił na ziemię i strasznie skopał. Wstałam resztkami sił, koleżanka podała mi szalik, doszliśmy do pociągu. Nagle na peronie widzę swoją siostrę Apolonię z dzieckiem na ręku, malutką Elą. Siostra dowiedziała się pewnie od kogoś, że będę wywożona. Uczepiłam się jej rękami za szyję i mówię, że nie pojadę, a tu nagle stojący z tyłu Niemiec chwyta mnie pod pachy i wpycha do pociągu. Siostra zdążyła jeszcze tylko mi podać paczkę z jedzeniem i pociąg ruszył. W drodze dowiedzieliśmy się potajemnie, chyba od maszynisty, że jedziemy na roboty do Niemiec. Bolała mnie bardzo spuchnięta i sina noga, skopana niemieckim butem. Dojechaliśmy do Berlina, wyprowadzają nas z pociągu na dworzec i tu nocleg. Rano wszystkich do lekarza na oględziny. Pielęgniarka pierwsza zobaczyła moją nogę i mówi po polsku: „Ty pójdziesz na Izbę chorych”. Przestraszyłam się, że  wyślą mnie do obozu na śmierć. Udając, mówię do niej, że ta noga mnie nie boli, że chcę jechać razem z innymi. Pielęgniarka nie oddała mnie już do oględzin przez lekarza i przy pomocy koleżanki wróciłam do swoich. Usiadłam na ławce i wyjęłam jedzenie, które dostałam od siostry w Warszawie. Wędlina była już zielona,  schowałam do torby. Blisko mnie siedział jakiś jeniec wojenny i pyta: „Nie jesz? Zobacz, tam na pryczy leży chory jeniec włoski i prosi, żebyś mu to dała”. Oddałam, a on po włosku mówi i ruchami głowy dziękuje. Zjadł wszystko.

Wacława z Szewczyków Tomczuk

                                                                                                                             Wspomnienia spisał syn Jerzy Tomczuk  

Dokończenie w następnym numerze               

opr. J. O.

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe