17
2020
2015-12-06

Profesor Michał Plewnicki – bogów olimpijskich wysłannik


 22 kwietnia 1999 r., w trzecią rocznicę śmierci Dyrektora Franciszka Krysiaka, spotkaliśmy się na Mszy św. w Bazylice Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. 

Po nabożeństwie zebraliśmy się na chodniku pod Chrystusem dźwigającym krzyż. Ktoś nagle zawołał: - Dziś umarł Profesor Michał Plewnicki! Nastała cisza. Zadumaliśmy się, co by miało oznaczać odejście do Pana tych dwóch Przyjaciół w tym samym dniu tego samego miesiąca. Może za życia coś sobie obiecali, przyrzekli…
Profesor Michał Plewnicki urodził się 11 października 1914 roku w Zembrowie, w powiecie sokołowskim. Do szkoły powszechnej uczęszczał najpierw w rodzinnej wiosce, a potem w Sterdyni. Ukończył ją w 1927 r. W latach 1927 - 34 uczył się w Średnim Seminarium Duchownym w Siedlcach. Po odbyciu służby wojskowej w Zambrowie, w 1934 r., rozpoczął studia na Wydziale Filologii Klasycznej Uniwersytetu Warszawskiego. Brał udział w kampanii wrześniowej. Podczas okupacji mieszkał w Zembrowie, gdzie na tajnych kompletach przerabiał z kilkoma osobami materiał z zakresu gimnazjum. Należał do Armii Krajowej. Po okupacji niemieckiej, w sierpniu 1944 rozpoczął pracę jako nauczyciel w Samorządowym Gimnazjum Ogólnokształcącym w Sterdyni, które jako tajne Gimnazjum Koedukacyjne mieściło się w czasie okupacji w Domu Zakonnym Sióstr Opatrzności Bożej, skąd po wyzwoleniu zostało przeniesione do Pałacu Krasińskich. Zaocznie kontynuował w Warszawie przerwane wojną studia. Dyplom magistra filologii klasycznej otrzymał w 1947 r. Tę wiadomość przekazał nam podczas lekcji Dyrektor Franciszek Krysiak. Byliśmy dumni, że mamy nauczyciela po wyższych studiach. W 1950 r., po wykryciu tajnego związku niepodległościowego wśród uczniów, Szkoła została zlikwidowana. Profesor Michał Plewnicki przeniósł się do Liceum Ogólnokształcącego przy ul. Kupientyńskiej w Sokołowie Podlaskim, gdzie w latach 1971 – 74 był jego dyrektorem. 
Na emeryturze ciężko chorował. Najpierw doznał wylewu, z którego wyszedł szczęśliwie, potem dopadła Go choroba Parkinsona. Bardzo cierpiał. Odwiedzałem Go z moją żoną. Witał nas w drzwiach, trzymając się futryny. Chory układ nerwowy nie pozwalał mu zmienić tej pozycji. Stał we drzwiach i płakał... Płakał nawet, gdy atak minął, gdyśmy sobie opowiadali dawne dzieje. Płakał zawsze na pożegnanie. Opiekowała się Nim bardzo troskliwa Żona. Jest pochowany na cmentarzu w Sokołowie Podlaskim, przy ul. Siedleckiej.
 
Po moich nieudanych próbach nauki zawodu organisty u miejscowych mistrzów, postanowiłem zdawać do gimnazjum w Sterdyni; od razu do II klasy, bo tak zadecydowała moja mama. Program I klasy przerobił ze mną krewny, Mieczysław Tomczuk, który akurat ukończył to gimnazjum. W I klasie nie było jeszcze algebry i łaciny. To mnie ratowało. Choć ceranowski organista uczył mnie tylko czytania łacińskich tekstów, bez ich tłumaczenia, to jednak coś z tego języka zostało.
W 1946 r. poznałem moich nauczycieli – Panie: Jadwigę Skargę, Felicję Panakównę i Janinę Tenderendę oraz Panów: Dyrektora Franciszka Krysiaka, Tadeusza Czernika, Michała Plewnickiego, Eugeniusza Podoskiego, Jana Tenderendę, Pawła Kamińskiego, Antoniego Bazaka i księży prefektów: Mariana Podstawkę, Antoniego Paducha i Zygmunta Syroczyńskiego.
W tym artykule szczególną uwagę poświęcę Profesorowi Michałowi Plewnickiemu, który uczył mnie historii, łaciny, geografii, geologii i nauki o społeczeństwie.
Gdy Go poznałem, był przystojnym 32 – letnim mężczyzną, zawsze elegancko ubranym, zadbanym w zakresie osobistej estetyki, obdarzonym empatią w stosunkach z młodzieżą. Władał polszczyzną bogatą w słownictwo, ujętą w iście sienkiewiczowską konstrukcję zdań. Jego aktorska dykcja, akcentowanie ważnych treści, dat oraz odpowiednie dawkowanie materiału, nie za obfite - wszystko to pozwalało na zrobienie wartościowych notatek. Był klasycznym filologiem, a więc hołdował filozofii greckich myślicieli, jak też twórcom sztuki rzeźbiarskiej, poezji oraz dramaturgii i związanemu z nimi teatrowi. Nade wszystko zachwycał się demokracją ateńską, pozwalającą na wypowiedzi publiczne wszystkim i wszystkiego. Znał rodowody bogów olimpijskich. Zachwycał się jurysdykcją Rzymian, tworzących prawa roztropne, roztaczające nad wszystkimi sprawiedliwość, nawet ludami podbitymi i niewolnikami, niełaskawe dla przestępców – dura lex, sed lex – twarde prawo, ale prawo. W naszym podręczniku, z czytankami łacińskimi, była dewiza Wergiliusza zaczerpnięta z Eneidy, będąca nakazem dla każdego Rzymianina: Tu regere imperio populos, Romane, memento,/ Haec tibi eruntartes: pacisque imponere morem,/ Parcere subiectis et debellare superbos. W tłumaczeniu dowolnym to po polsku tak brzmi: „Ty, Rzymianinie, rządząc narodami, pamiętaj, tych trzymając się zasad, byś wprowadzał pokojowe obyczaje, oszczędzał poddanych, a zuchwałych poskramiał”. Profesor wywyższał Rzymian budujących drogi, wodociągi, termy. Tłumaczył, że gramatyka języka polskiego była budowana prawie dosłownie na gramatyce łacińskiej, że klasyczni polscy poeci nawet dzisiaj piszą wiersze naśladujące rytmikę i zgłoskowość rzymskiej poezji, że prawo polskie powstało na prawie rzymskim, że najwięcej słów obcego pochodzenia w naszym języku mamy z łaciny, np. dom, impet, forum, kolokwium, fundament, republika i wiele innych o końcówce „cja” np. dykcja, edukacja, oracja, demokracja itp.
Profesor na lekcjach geografii omawiał też Kresy Wschodnie, wieszając na tablicy mapę przedwojennej Polski.
Profesor nie poświęcił nawet jednego zdania sytuacji społeczno-politycznej ostatnich lat – strasznej wojnie, będącej efektem wyhodowania na szkiełku nieroztropności dwóch potworów - komunizmu i nazizmu, nie mówił o utracie naszej niepodległości. Przecież to wszystko widział i przeżywał. Tak to jest z osobami o wielkich uczuciach patriotycznych – uciekać od wspomnień o klęskach narodowych, powracać do „kraju lat dziecinnych”. Mickiewicz, po upadku Powstania Listopadowego nie rozważał przyczyn tego stanu. W „Panu Tadeuszu”, pisanym w Paryżu w latach 1832-1834, powrócił w strony rodzinne, by opisać życie społeczeństwa, to codzienne, z wadami ziomków, sarmackością, zacietrzewieniem, ale też z gospodarnością, zabawami, polowaniami, miłostkami i nieszkodliwymi intrygami, tęsknotami za wolną ojczyzną. Podobnie od bolesnych wspomnień uciekli polscy święci i błogosławieni, nie tak dawno żołnierze powstań narodowych. Przykładem takiej ucieczki na skalę światową jest Antoine de Saint-Exupery – autor „Małego Księcia”. Nasz Profesor uciekał bardzo daleko, bo do platońskiej Grecji i rzymskiego pokoju, pax romana.
Przebiegłem Cię już wiekiem, Drogi Profesorze, który z łaciny stawiałeś mi piątki. Byłem wtedy więcej niż ubogi, ale te stopnie były moją witaminą i białkiem. Poszedłem Twoimi śladami. Zostałem nauczycielem, mając w sobie też empatię do studentów, która przecież od Twojej pochodzi. Również uciekam od własnych, bolesnych przeżyć. Idę Twoimi śladami wstecz, czyniąc ucieczkę do Hellady i Lacjum, którymi było moje Gimnazjum w Sterdyni.
                                                                         
 Franciszek Kobryńczuk
 
 
 
 
 
 

« wróć | komentarze [1]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Mój nauczyciel od łaciny w LO 51. Dobry człowiek. Dziękuję za wspomnienie

jp
2015-12-08 14:02:52
Strona 1/1






Dane kontaktowe