17
2020
2011-04-07

Polacy są społeczeństwem dojrzalszym niż inne


Jan Tomasz Gross, profesor Uniwersytetu Princeton, od kilku lat wzbudza swoimi publikacjami ogromne emocje wśród Polaków. Jego "Sąsiedzi", "Strach" oraz najnowsza książka "Złote żniwa" to pozycje, wobec których niewiele osób przechodzi obojętnie. Zapytałam tego "wampira historii" o to, jaki ma cel pisząc swoje książki.

O „Złotych żniwach" pierwszy raz usłyszałam we wrześniu. W grudniu wszyscy mieli okazję poznać pierwsze szczegóły o tej publikacji. Książka, jaką profesor Jan Gross napisał wspólnie z Ireną Grudzińską-Gross, stała się tematem licznych publikacji, debat społecznych, a nawet codziennych rozmów. Wszystko dlatego, że dziennikarze kilka tygodni przed premierą dotarli do pierwszej wersji „Złotych żniw". Jak zwykle, Polacy podzielili się na zwolenników i przeciwników Grossa. Postanowiłam spotkać się z nim i zapytać o co tak naprawdę chodzi w tym całym zamieszaniu.

Źródło… dochodu
Umawiamy się w hotelu Mercure Grand w Warszawie. Przychodzę wcześniej, tak jak Marcin, który ma wywiad nakręcić. Przed budynkiem wozy TVP i TVN24, ale na pewno czekają na kogoś innego. Bo w końcu ile programów można nakręcić na ten sam temat? W czasie, gdy Marcin ustawia kamerę i światła ja przeglądam notatki i czuję, jak dopada mnie trema.
Pierwsza w hotelowym hallu pojawia się pani Irena. Będzie w tym samym czasie udzielać wywiadu do „Przekroju". Kilka minut później w hallu jest już Jan Gross. Przez cały czas naszej rozmowy jest sympatycznie, ale i rzeczowo.
Obóz zagłady w Treblince nie był tylko źródłem bólu i cierpienia. Znaleźli się ludzie, dla których okazał się znakomitym źródłem dochodu.
 - Obsada obozów składała się w dużej części z młodych mężczyzn, którzy z pochodzenia byli Ukraińcami - wyjaśnia Jan Gross. - W związku z tym nie mieli większych problemów z porozumiewaniem się z okoliczną ludnością. Strażnicy Bełżca, Treblinki, Sobiboru w krótkim czasie stali się ludźmi majętnymi. Żydzi, którzy byli wiezieni do tych obozów zabierali ze sobą złoto, pieniądze, kosztowności, mając nadzieję, że ewentualną śmierć uda się z ich pomocą oddalić. Większość precjozów przejmowali naziści, pewna ilość była jednak odprowadzana na bok i trafiała w ręce strażników, którzy później byli w stanie kupować od miejscowej ludności to, czego potrzebowali. Głównie była to wódka, jedzenie i usługi erotyczne. Cała okolica zamieniła się w coś na kształt kombinacji między szynkiem, a domem publicznym, gdzie klientela była w stanie płacić nieograniczone kwoty.

Zaczęli wykopki
- Handlowano też bezpośrednio z Żydami - przypomina Jan Gross. - Pociągi wypełnione ludźmi, zanim wtaczano do obozów, stały na stacjach, często przez całą noc. I wtedy miejscowi próbowali handlować z więźniami, stłoczonymi w tych wagonach. Przez okienka podawano wodę w zamian za sowitą opłatę. Po wojnie, a nawet jeszcze w jej trakcie, już po zamknięciu obozów, okoliczna ludność zaczęła rozgrzebywać te tereny, uważając, że tam można znaleźć jeszcze jakieś precjoza.
Niemcom zależało na tym, aby zakamuflować swoją działalność w obozach śmierci. Dlatego też w pewnym okresie ich funkcjonowania zaczęli palić zwłoki mordowanych tam Żydów. Po likwidacji obozów teren równano z ziemią i wysyłano tam strażników, którzy mięli go pilnować. Ci jednak opuszczali swoje stanowiska wraz z pojawieniem się ofensywy armii radzieckiej.
- Później te tereny były niepilnowane przez nikogo i ludzie masowo prowadzili tam wykopki - mówi Jan Gross. - Działalność ta była na tyle atrakcyjna, że odbywała się jeszcze w latach 50. gdy prowadzono już prace porządkowe w Treblince.

Z kiełbasą w ręku
Dominik Kucharek znaleziony w Treblince brylant postanowił sprzedać w Warszawie. Gdy postawiono mu akt oskarżenia, bronił się mówiąc „że poszukiwanie złota i kosztowności na terenie b. obozu w Treblince jest wzbronione, nie wiedziałem, gdyż żołnierze radzieccy także z nami chodzili i szukali. Te miejsca gdzie spodziewali się znaleźć kosztowności nawet wysadzali materiałami wybuchowymi".
- Zarzutem wobec Kucharka było to, że nielegalnie przywłaszczył sobie mienie państwowe - wyjaśnia Jan Gross. - Według tej logiki cały teren byłego obozu i wszystko co się na nim znajdowało należało już do skarbu państwa.
Potwierdzeniem tej tezy są wspomnienia jednego z mieszkańców Sokołowa Podlaskiego, który był świadkiem, jak do tutejszego więzienia przywieziono dwa samochody wypełnione aresztowanymi „kopaczami". Jego zdaniem było to około stu osób. Zaprowadzono ich do budynku więzienia, kazano opróżnić kieszenie i dokonano rewizji. Był tam obecny przedstawiciel urzędu skarbowego. Zebrane w ten sposób złoto zważono i przeszło ono w ręce urzędnika. Całe wydarzenie nie wzbudziło to wielkiej sensacji w mieście. Również ludzie, których zatrzymano nie wyglądali na zażenowanych. - Kto by się po wojnie wstydził - wspomina. Tym ludziom nie wytoczono później żadnego procesu. Po odebraniu im złota puszczono ich wolno. Jedyna niedogodność to taka, że nie mogli liczyć na transport w drugą stronę. Na świadku zajścia negatywne wrażenie zrobiło to, że ktoś wspomniał, jak jeden z mężczyzn grzebiąc kijem w ludzkich szczątkach w drugim ręku trzymał kiełbasę, którą w tym czasie jadł.

Z chęci zysku…
Mówiąc o motywacji „kopaczy" wskazuje się wyraźnie na chęć zysku i nie wiąże się ich postępowania z antysemityzmem. - Kopano przecież również w Oświęcimiu, a tam zginęło mnóstwo ludzi, którzy nie byli Żydami - mówi Jan Gross. - Wiadomo, że cmentarze na całym świecie są profanowane, rabuje się zwłoki żołnierzy poległych na polach bitew. Treblinka, Bełżec, Sobibór, Chełmno to były obozy, w których mordowano przede wszystkim Żydów, ale wyobrażam sobie, że gdyby były takie obozy przeznaczone wyłącznie dla Rosjan lub Polaków, to również tam ludzie przychodziliby, aby grzebać w ziemi w poszukiwaniu kosztowności. To nie był akt demonstracji przeciwko Żydom, ale profanacji miejsca, w którym popełniono straszliwą zbrodnię.
Antysemityzm przed wojną był w Polsce dość powszechny. Również w powiecie sokołowskim, na którego terenie znajdował się obóz w Treblince. W 1934 roku we wsi Telaki odbyło się zebranie zorganizowane przez przedstawicieli Stronnictwa Narodowego. Poseł Józef Milik mówił wtedy: "Kartele znajdują się w rękach żydowskich. Rząd sanacyjny opiera się na żydach i z chwilą gdy runą żydzi, runie i sanacja". Pierwszym czynem sanacji w 1926 roku było nadanie obywatelstwa polskiego 200 tys. żydów, a to dlatego, że do Rządu sanacyjnego weszły osoby pochodzenia nie polskiego. Czesław Grądzki z Telak stwierdził wprost: "Jestem dumny, że udało się nam przepędzić żydów z Telak. Musimy łączyć się do walki z sanacją i żydami, nie bójmy się aresztowań i więzień, lecz śmiało stańmy do walki." Fragmenty tych przemówień znajdują się w Archiwum Państwowym w Siedlcach. Grądzki był wtedy 20-letnim byłym uczniem seminarium duchownego, pozostającym na utrzymaniu rodziców.

O „słynnej” fotografii
Inspiracją do napisania „Złotych żniw", najnowszej książki Jana Tomasza Grossa, stała się fotografia zamieszczona w 2008 roku w Gazecie Wyborczej. Przedstawia ona grupę osób, przed którymi ułożono czaszki i ludzkie kości. - Ta fotografia wydawała mi się wstrząsająca, szokująca - wyjaśnia Jan Gross. - Nie potrafię wytłumaczyć tego, że po publikacji w GW nie wywołała ona żadnej reakcji. Gdy zwrócono się do mnie z propozycją napisania małej książki wokół jakiejś fotografii, od razu sobie o niej pomyślałem.
Dlaczego jednak to zdjęcie, a nie treść książki przyciąga największą uwagę osób, które dziś poruszają temat "Złotych żniw"? - Jeżeli ktoś nie chce rozmawiać o tym, co jest w tej książce i chce odwrócić uwagę od tego, że w pewnym momencie ludność autochtoniczna w Polsce zaczęła działać na szkodę swoich żydowskich sąsiadów, to będzie szukał szczegółów, dzięki którym mógłby zdezawuować całą książkę - uważa autor. - Podobnie było w przypadku "Sąsiadów", kiedy toczono dyskusje o tym, ilu Żydów można wepchnąć do jednej stodoły. Tak, jakby fakt, że wejdzie tam trzystu Żydów, a nie 1600 miałby cokolwiek zmienić. „Złote żniwa" nie są o tej fotografii.

Dotrzeć do prawdy
Na Zachodzie książki Grossa aż takich emocji nie budzą. - Publiczność jest bardzo prowincjonalna, tzn. jeżeli będąc w Ameryce włączymy telewizję to nie będzie tam wcale informacji na temat innych krajów - przyznaje profesor. - Podobnie jest z książkami. Zresztą, nie ma w tym nic nagannego, bo niby dlaczego miałoby być inaczej.
Gross bywa w Polsce określany mianem Polakożercy, kłamcy. Niektórzy twierdzą, że pisząc swoje książki ma w tym ukryty cel. - Oczywiście, że mam ukryty cel - śmieje się, słysząc to pytanie. - Ja chcę opowiedzieć prawdę o historii Polski. Ten cel nie jest taki znowu ukryty, bo mówię o tym otwarcie.
Czy dlatego skupia się teraz na ciemnej i często przemilczanej historii Polski podczas wojny, nie pisząc o bohaterstwie rodaków? - Mam za sobą wiele publikacji na przestrzeni, wstyd się przyznać, prawie 40 lat. Wszystkie one dotyczą okupacji w Polsce. Moja pierwsza książka była poświęcona historii i socjologii państwa podziemnego i tam o Żydach było bardzo niewiele. Wstyd mi z tego powodu, ponieważ dziś uważam, że jest to niewłaściwe rozumienie problematyki okupacyjnej. Książka ta nigdy nie ukazała się po polsku, a cała jest poświęcona bohaterstwu Polaków. Druga publikacja mówi o okupacji sowieckiej wschodnich terenów Rzeczpospolitej. Razem z żoną wydaliśmy dwa tomy dokumentów na ten temat. Jeden z nich, „W czterdziestym nas Matko na Sybir zesłali", został niedawno wznowiony przez Znak. Kolejna książka, która wyszła tylko po angielsku to „Wojna oczyma dzieci". Poruszała również problematykę okupacji terenów wschodnich oraz deportacji na Syberię. To była w pewnym sensie pionierska działalność, bo wtedy jeszcze się na ten temat w Polsce nie pisało. Pisałem więc o martyrologii Polaków w czasie wojny.

Wywołały dyskusję
Książki te nie wzbudziły jednak takiego zainteresowania w naszym kraju, jak trzy ostatnie publikacje. Czy w związku z tym praca Grossa wpływa pozytywnie na stosunki polsko-żydowskie? - Myślę, że bardzo - odpowiada wprost. - Mówię to na podstawie wiedzy, jaką posiadam po wydrukowaniu „Sąsiadów" i "Strachu". One wyszły w wielu językach, również po angielsku. Spotykałem się z publicznością w różnych krajach i przy okazji rozmowy prędzej czy później pojawiała się kwestia tego, jak na książki reagowano w Polsce. Odpowiadałem, że wywoływały one ogromną dyskusję. Fakt, że te książki mogły ukazać się po polsku i reakcja na nie była tak intensywna i pełna zainteresowania jest dowodem na to, że polskie społeczeństwo jest w stanie konfrontować najczarniejsze aspekty swojej historii, rozmawiać na ten temat w sposób otwarty. To dowód na to, że jest to społeczeństwo znacznie bardziej dojrzałe niż wiele innych społeczeństw, gdzie miała miejsce Zagłada, głęboki stopień partycypacji i zaangażowania miejscowej ludności w eksterminację Żydów i jest tam całkowity brak refleksji na ten temat. Nawet po sześćdziesięciu latach. Polska jest w tym sensie na czele i te książki to ujawniają.

Gdyby mieszkał w Polsce…
A co z Żydami mieszkającymi w Polsce? Czy oni również dobrze odbierają książki Grossa? - Myślę, że tak jak wszyscy. Jedni mówią dobrze, inni mniej dobrze. Żydzi mieszkający w Polsce trochę się boją kiedy mówi się o tych trudnych aspektach stosunków polsko-żydowskich.
Czy gdyby jednak Jan Gross mieszkał w Polsce mógłby pisać swoje książki w ten sam sposób? Czy gdyby mieszkał w Jedwabnem napisałby „Sąsiadów"? A mieszkając w pobliżu Treblinki mógłby opisać tematy poruszane w „Złotych żniwach"? Nie przeszkadzałaby mu bliskość ludzi, o których pisze? - Pewna historyczka, która pochodzi z Jedwabnego, a obecnie mieszka w Krakowie, gdy ukazali się „Sąsiedzi" powiedziała mi, że napisałem jej książkę - przyznaje profesor. - Ona od lat zbierała relacje od mieszkających tam ludzi. Zakładam, że ludzie, którzy tam żyją mogli to napisać wcześniej i w jakimś sensie lepiej, bo znają więcej szczegółów. Z drugiej strony miejscowi boją się mówić na te tematy, bo dla wielu osób, których członkowie rodzin byli w tamte wydarzenia zaangażowani, poruszanie tych kwestii stanowi pewnego rodzaju zagrożenie. W związku z tym są gotowi reagować na to w sposób zasadniczy. W Jedwabnem był pewien gospodarz, który przy okazji kręcenia filmu Agnieszki Arnold wypowiadał się bardzo otwarcie i jednoznacznie. Został przez tamtejszą społeczność zaszczuty i musiał stamtąd uciekać. Jego zachowanie było postrzegane jako zdrada.

Szukają innych skarbów
Temat stosunków polsko-żydowskich nie został jednak jeszcze wyczerpany. Jedni z ciekawością, inni z niechęcią czekają na kolejny projekt profesora. Jakie są jego następne plany?
- Teraz chciałbym posunąć się bardziej na wschód - uchyla rąbka tajemnicy. - Interesuje mnie historia na styku ludności autochtonicznej i Żydów w czasie okupacji na Ukrainie i Litwie. W przyszłym roku mam urlop akademicki więc będę mógł spędzić trochę czasu w archiwach. Planuję pojechać m. in. do Waszyngtonu. Tamtejsze Muzeum Holocaustu jest punktem zbiorczym, w którym znalazło się całe mnóstwo rosyjskich archiwów, sfotografowanych w ciągu ostatnich lat.
Dziś nikt już nie szuka złota w Treblince. Skutecznie uniemożliwia to konstrukcja pomnika. Beton został wylany w miejscu, gdzie znajdowały się masowe mogiły. Wciąż jednak na ziemi można tam znaleźć maleńkie niczym pył fragmenty spalonych tu kilkadziesiąt lat temu kości. Jesienią pojawia się tu wiele osób z okolicznych miejscowości. Las w Treblince kryje dziś inne skarby. To właśnie tam rosną największe ilości grzybów w okolicy.
KATARZYNA MARKUSZ
NA ZDJĘCIU JAN TOMASZ GROSS Z AUTORKĄ TEKSTU

« wróć | komentarze [1]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Las kryje skarby, pewnie, że tak, ale nie widziałem żeby ludzie zbierali grzyby na terenie obozu!!! Swoją drogą ciekawe, że autor "Strachu" nie jedzie na wschód do archiwów tamtejszych, tylko będzie czerpał z jednego źródła, innymi słowy w epoce "standardów" jego praca będzie spełniała standard pracy magisterskiej zaledwie, ale zostanie rozreklamowana jako dzieło "światowej sławy" i dla części społeczeństwa stanie się wyrocznią. Biedni Litwini i Ukraińcy - a może znów Polacy, bośmy przecież także naród kresowy?

T
2011-04-10 01:56:25
Strona 1/1






Dane kontaktowe