22
2019
2011-09-09

Pierwsza praca


Posiadaczem takiego roweru był Tadek Ścibor, mój kolega z ulicy Siedleckiej, który gotów był go sprzedać za 150 zł.

Zacząłem kombinować, jak zdobyć te pieniądze. Wcześniej z kolegami mieszkającymi na tej samej ulicy co ja, zbieraliśmy forsę na prawdziwą piłkę, bo szmaciankami (obszywanymi w pończochy kłębkami ścinek z różnych materiałów stanowiących surowiec do produkcji barwnych chodniczków) a później – gąbkówkami z rozbitych niemieckich czołgów, nie wypadało już grać.

Pieniądze pracowicie zarabialiśmy wybierając i czyszcząc z zaprawy cegły z wypalonego budynku sokołowskiego magistratu u zbiegu ulic Siedleckiej, Repkowskiej i Długiej. Pan Głazek odkupywał je od nas po 50 groszy za sztukę.  Po czym zawoził je budującym się przy sokołowskich ulicach mieszkańcom miasta. W taki sposób pan Witkowski na obrzeżach sokołowskiego getta zbudował pierwszy w Sokołowie zakład naprawy samochodów.

Uzbieraliśmy 100 zł i komisyjnie, w składzie: „Cieślik” – Stefan Kupisz, „Jan Duda” – Janek Patejczuk, i nizej podpisany „Parpan”, udaliśmy się na ulicę Długą do księgarni pani Sudarowej, gdzie na wystawie leżała nasza upragniona skórzana piłka z czerwoną jajowatą dętką, zakończoną długim wentylem. Zakup uczciliśmy lemoniadą z rozlewni wód gazowanych Stefana Burcharda z Niecieckiej, nabytą za resztę w sklepiku pani Nowakowej przy ulicy Długiej.

Niebawem interes cegłowy się skończył, zaś zbiorowe cele ustąpiły indywidualnym potrzebom. Skupiłem się na zdobyciu środków na zakup roweru od Tadka Ścibora i patefonu od Michała Langowskiego. Mama załatwiła mi pracę odpowiadającą mojej sprawności i temperamentowi. Miałem zgłosić się do pani Leokadii Tyburowej pracującej w Miejskiej Radzie, wielce zasłużonej dla sokołowskiej kultury, organizatorki życia teatralnego. Od pani Leokadii dostałem zeszyt z nazwiskami i adresami członków PPR, w którym była informacja o czasie i miejscu zebrania i właśnie tą informację w odpowiedniej rubryce każdy podpisywał. Za ten podpis dostawałem 1 zł. Problem w tym, że członków PPR było niewielu,

a i zebrań nie zwoływano często, więc długo musiałem czekać na upragniony rower.

Tadek – wiedząc że mam zagwarantowaną pracę, wypożyczył mi go do celów służbowych. Po każdym objeździe mieszkań członków PPR, musiałem rower odprowadzić na ulicę Siedlecką – by nie osłabić mojej chęci zakupu.

W ciągu jednego dnia objeżdżałem cały Sokołów i Przeździatkę, a potem bez zbędnych formalności, po wykonaniu pracy, otrzymywałem pełne i nieopodatkowane wynagrodzenie. Nie tak jak teraz, papierów garść, a pieniędzy i tak nie dostaniesz.

Gdyby dzisiaj jakiś rezolutny chłopak chciał zarobić na,,górala”, jeszcze bardziej by się zmartwił, gdyż spadkobierczyni PPR w Sokołowie ma chyba mniej członków jak w 1947 roku, a i o zebraniach niewiele wiadomo.

Po kilku miesiącach wizyt w mieszkaniach Bukowickiego, Buchalskiego, Metra, Suchty, Wójcika, Wasia i innych, spłaciłem rower i z fasonem zajechałem na Mały Rynek, pod okno mojej blond – księżniczki, z nadzieją na wspólna wycieczkę pod „Zieloną”, ale powąchałem tylko dym z Wickersa (połączenie roweru z motocyklem), którym odjechał z nią w „siną dal” –mój przystojniejszy, kolega Tadek Lipski.

Wacław Kruszewski

« wróć | komentarze [2]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

a ja pamiętam jeszcze pana Burcharda..... rozlewni oranżady już niestety nie. Wspaniale się to opowiadanie, wspomnienie czyta brawo!!!!!

peruka
2013-05-25 20:35:26

Panie Wacławie-zazdroszczę pamięci!!!!-przy Pana polocie-mam pytanie"dlaczego Pan jeszcze nie napisał wspomnień o sobie!!!... Gratulacje....przyjemnie się czyta.Pozdrawiam.

Mirka
2011-09-10 14:59:03
Strona 1/1






Dane kontaktowe