17
2020
2011-05-06

Pierwsza na Podlasiu – OSP Sokołów Podlaski


Nasza jednostka ma bogatą historię. W archiwach można znaleźć nie tylko suche fakty, ale też dramatyczne historie z życia strażaków, jak ta o walce z groźnym podpalaczem.

Ochotnicza Straż Pożarna w Sokołowie z okazji 50-lecia swego istnienia, w 1933 r. wydała niewielką publikację, "Jednodniówkę", w której przedstawiono historię straży, ciekawe informacje o mieście oraz kilka archiwalnych fotografii.

Dla Rosjan niebezpieczni
Pod koniec XIX wieku na terenie Królestwa Polskiego istniało zaledwie 61 jednostek straży pożarnych. Na Podlasiu pierwszą założono właśnie w Sokołowie. "Mimo iż pożary dość często trawiły masowo dorobek społeczny, to jednak władze rosyjskie z całą ostrożnością decydowały się na zezwolenie tworzenia organizacji strażackich, uznając zapewne każde większe zbiorowisko, pomimo wytkniętych z góry celów, za niebezpieczne ze względów politycznych" - czytamy w "Jednodniówce". - "Słuszne były ich obawy, gdyż istotnie pod tym szyldem działano bardzo wiele w kierunku uświadamiania i przygotowywania obywateli do walki z zaborcą".
Podczas zakładania OSP członkami Rady Towarzystwa, nominowanymi przez Rząd Gubernialny, byli: Piotr Andrejew, naczelnik powiatu, porucznik M. Perekrestów, naczelnik ziemskiej straży oraz Jan Sosiłko, burmistrz miasta. Naczelnikiem ochotników był Paweł Weber. Pierwsze zebranie odbyło się 14 czerwca 1881 r. Pięć dni później odprawiono nabożeństwo inauguracyjne. Towarzystwo składało się z 51 członków honorowych i 165 czynnych. Korpus podzielony był na pięć oddziałów: toporników, sikawkowy, wodny, ratowniczy i porządkowy. Jubileuszu 50-lecia dożył tylko jeden ze strażaków zakładających tę organizację - Jan Ziółkowski (ur. 1856 r.)

Pracy nie brakowało
Przed I wojną światową strażacy zajmowali się nie tylko gaszeniem pożarów, ale również pracą na rzecz niepodległości kraju. Od sierpnia 1914 r., po odejściu władz rosyjskich, strażacy przez rok pełnili obowiązki Straży Obywatelskiej. Warto podkreślić, że rozbrojenie niemieckich okupantów w Sokołowie 11 listopada 1918 r. zapoczątkowane zostało właśnie przez strażaków.
Po wojnie wrócili oni do swej normalnej pracy, jednak nie na długo. "Inwazja bolszewicka spowodowała przerwę w pracy w skutek opuszczenia wielu stanowisk strażackich przez druhów, którzy bądź z ochoty bądź z mobilizacji wstąpili do wojsk polskich" - pisze Stanisław Zakrzewski w "Jednodniówce". - "Po krytycznym roku 1920 straż miejscowa rozpoczęła znowu pracę normalną. Chęci do pracy nie było brak, lecz borykano się z brakiem środków materialnych. Przez urządzenie różnych imprez oraz przy pomocy Sekcji Dramatycznej OSP, którą utworzono w 1923 r. zdołano częściowo zaspokoić potrzeby straży".
W 1927 i 1928 r., dzięki pomocy magistratu, straż otrzymała nowy sprzęt i mundury. - We wrześniu 1928 r. pod moim dowództwem Straż Miejscowa na zawodach okręgowych zdobyła pierwsze miejsce - wspominał w 1933 r. Stanisław Zakrzewski. - Dzięki staraniom obecnego prezesa straży inż. Krzypkowskiego, przy współudziale członków zarządu oraz przy pomocy materialnej PZUW, Magistratu, Sejmiku i Urzędów Gminnych, tabor straży został zmotoryzowany kosztem 32 000 zł. Ponadto straż jest w posiadaniu specjalnie urządzonej remizy oraz świetlicy w gmachu Magistratu.

Założyli teatr
Istotnym elementem działalności straży była Sekcja Dramatyczna. Została ona założona przez Alfonsa Ostachowicza, Jana Pędicha i Wacława Leszczyńskiego 11 kwietnia 1923 r. Do tego amatorskiego teatru od początku należeli: Stefania Dacewiczówna, Stanisława Gulikówna, Arkadiusz Gulik, Edmund Gałecki, Helena Gałecka, sędzina Irena Grzelińska, Mieczysław Jastrzębski, dr Józef Litwiniak, Aleksander Langowski, Klemens Łączyński, Stanisława Mazurkowa, Alfons Ostachowicz, Maria Ostachowiczowa, Jan Ostachowicz, Jan Pędich, Ada Pędichowa, Janina Popkowa, Albin Popławski, Piotr Radzikowski, Józef Raciborski, Maria Raciborska, Hanna Raciborska, Stanisław Wójcik, Sabina Walczakówna, Franciszek Wolski, Aleksander Walczuk, Antoni Walczuk, Stanisław Walczuk.
"Działalność sceniczną uprawiała sekcja nie tylko na terenie Sokołowa. Organizowano wyjazdy do większych ośrodków w powiecie, a nawet i do siedzib sąsiednich powiatów" - czytamy w "Jednodniówce".
W 1933 w skład grupy wchodziło 23 urzędników, 11 osób bez zawodu, 8 rzemieślników, 4 nauczycieli, 4 handlowców, 4 rolników, 1 duchowny, 1 doktor, 1 inżynier.
W skład zarządu weszli: dh Al. Ostachowicz (kierownik), inż. st. Krzypkowski (vice kierownik), Jan Turos (sekretarz), Al. Langowski (skarbnik), Cz. Teleńczuk (gospodarz), Z. Baltaziuk, St. Mazurek i E. Gałecki (reżyserzy), J. Szwab (dyrygent chóru), T. Brzeziński (dekorator). Zastępcy członków zarządu: druhny St. Gulikówna i H. Gałecka, ks. prob. W. Celiński (kapelan).

Podpalał 16 razy!
Ciekawym uzupełnieniem „Jednodniówki" jest rozdział „Wspomnienia starego strażaka". Zamieszczono w nim m. in. taką opowieść: "W roku 1919 w jesieni, jacyś maniacy, czy ludzie złej woli, postawili sobie za cel spalić Sokołów. Zaczęli od 42 stodół stojących przy ulicy Prostej. Wybrali odpowiednią porę, gdyż wiatr dął na zachód, podpalili więc ze wschodu, aby za jednym zamachem pożar strawił całość. Akcja była bardzo uciążliwa, gdyż prawie wszystkie stodoły stały pod jednym dachem i w dodatku, jak to w jesieni, były po brzegi zapełnione zbożem, toteż nadludzkich wprost wysiłków trzeba było, aby sprostać zadaniu, jednakże dzielna straż sokołowska z całą energią przystąpiła do pracy i zlokalizowała pożar po spaleniu się zaledwie kilku zabudowań. Po tym pożarze zaczęły następować co drugi dzień dokładnie zawsze o jednym czasie, to jest o godzinie 20-ej, pożary, lecz energiczna akcja drużyny sokołowskiej zawsze pożar umiejscawiała. Podpalano stodoły aż 16 razy. Można sobie tedy wyobrazić, jak druhowie strażacy byli przemęczeni i wprost wyczerpani, pracując tak dzień i noc, gdyż w dzień trzeba było uskuteczniać remont taboru, który się bardzo niszczył i zużywał, a w nocy brać udział w akcji przeciwpożarowej. Zdenerwowanie czynnych członków straży było ogromne. Ja sam kilka razy wypadałem w pełnym umundurowaniu w nocy na rynek, pytając się policjantów gdzie się pali, gdyż zupełnie wyraźnie słyszałem sygnał alarmowy, chociaż w rzeczywistości ani pożaru, ani też żadnego alarmu nie było. (…). Ludzie ze słabymi nerwami wyjeżdżali z Sokołowa".

Z narażeniem życia
"Magistrat, chcą zapobiec podpalaniu, wyznaczył codziennie 50 ludzi do pilnowania stodół, których liczba stale się zmniejszała. Doszło w końcu do tego, iż kilku ludzi trzymało dyżur przy jednej stodole, a pomimo tego stodoła się zapalała. Kulminacyjnym punktem zdenerwowania był fakt, gdy pewnego dnia po południu wybuchł na rynku w jednym z domów pożar z powodu wadliwej budowy komina. Po zlikwidowaniu pożaru, w drodze powrotnej do remizy, w jednej z bocznych ulic zapaliły się sadze. Przybywamy na miejsce i pożar w zarodku gasimy. Wracając już do remizy, spoglądamy na zegarek, jest godzina 20-ta. Mówię do druhów, że dzisiaj to już na pewno żadnego pożaru nie będzie. Nie zdążyłem jednak tego całkowicie wypowiedzieć, aż tu znów alarm. To podpalono ostatnie 14 stodół. Całą siłą zdążamy do pożaru. Przyjeżdżamy i widzę, że w jednym szeregu stoją 3 stodoły, pierwsza podpalona, naprzeciw 9, w środku uliczka, którą zamykała stodoła i łączyła te 3 z pozostałymi. Chodziło więc o to, żeby rozebrać tę stodołę i w ten sposób przerwać połączenie pomiędzy trzema, które się palą od pozostałych dziewięciu. Kilkuset ludzi rzuca się do pracy, aby ją opróżnić. Pracowano z wielkim wysiłkiem już pół godziny. Ogień - tuż, tuż. Trzy sikawki pracują z całą siłą nie dopuszczając ognia. Wreszcie podcięto słupy. Wali się, przygniatając trzech strażaków. Dach na zawalonej stodole zaczyna się palić. Zdenerwowanie wszystkich straszne. Wszystkimi prądami staramy się ugasić palący się dach i częściowo się to nam udaje. Podnosimy zawaloną ścianę i wydobywamy 2 strażaków. Jednego odniesiono do domu, drugi mniej poturbowany sam odchodzi. A gdzie trzeci? Drągami podnosimy dach i wchodzi tam strażak wołając: Grzechu! Grzechu! Słyszymy stłumiony głos przywalonego strażaka. A więc żyje. Okazuje się, iż miał tak głowę przyciśniętą, iż sam jej nie mógł wydobyć, ale szczęściem głowa nie została zmiażdżona. Dzięki bogu ludzie wyratowani, no i reszta stodół też. Na nic się to jednak nie zdało, gdyż za kilka dni podpalono resztę stodół".
KATARZYNA MARKUSZ
FOT. ARCHIWUM

ZDJĘCIA Z „JEDNODNIÓWKI”. PIERWSZE PO LEWEJ NA GÓRZE POCHODZI Z 1907 R., POZOSTAŁE Z LAT TRZYDZIESTYCH

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe