17
2020
2021-11-23

Opowiem Ci o przeszłości...


Opowiem Ci o przeszłości...
To tytuł cyklu, który rozpoczęliśmy z nowym rokiem szkolnym. Będą się w nim pojawiały moje opowiadania (lub ich fragmenty) pochodzące ze zbioru „ Mgliste sny minionych dni” oraz nowe teksty przygotowywane do druku. Wszystkie są oparte na prawdziwych relacjach ludzi - świadków bądź uczestników niezwykłych wydarzeń. Wielu z nich już nie ma wśród żyjących, więc zdążyłam w ostatniej chwili poznać i utrwalić ich historię. Mam nadzieję, że ten cykl zainspiruje Czytelników do uważnego wsłuchania się w to, co mają nam do powiedzenia dziadkowie czy pradziadkowie. Wysłuchają, a potem zechcą zapisać, przekazać innym. Chętnie poznam ciekawe opowieści, by potem je literacko wykorzystać w kolejnych opowiadaniach. Można się ze mną kontaktować elektronicznie: kwiek.wieslawa@gmail.com
 
 
***
Tutaj wykorzystałam własne wspomnienia z dzieciństwa. Tytułowi mariawici się nie pojawili, ale o tym, co narratorka - bohaterka miała z nimi wspólnego, czym to wyznanie różni się od katolicyzmu, można przeczytać w innym miejscu opowiadania. Odsyłam do zbioru „Mgliste sny…”, cz. II (zielona).

Mariawici

(…)

Szło się dobrze. Było zielono i wesoło. Śpiewały ptaki i ja zaczęłam sobie nucić pod nosem. Ostatnio uczyliśmy się na muzyce nowej piosenki „Bieszczadzki rajd”, więc teraz mogłam poćwiczyć. Ani się spostrzegłam, jak znalazłam się przed furtką prowadzącą na podwórze rodziców mamy. Dom stał pośród drzew owocowych. Przeważały jabłonie, ale były też grusze, śliwy, czereśnie. Kwiaty już opadły, ale gdzieniegdzie jeszcze się uwijały pszczoły, licząc na małe co nieco.

Babcia już od progu powitała mnie słowami:
- Dobrze, że jesteś. Dziadek poleciał do Guzków, bo im się cieli krowa, więc przyszli po pomoc. Ja mam urwanie głowy z małymi prosiętami i nie ma komu zrobić masła. Wszystko już przygotowane. Siadaj i bij. Możesz na powietrzu, jeśli ci nie będzie za zimno.

Wyniosła mi na dwór masielnicę, a ja poszłam po mój ulubiony, wystrugany przez dziadka stołek. Podniosłam ostrożnie jaszczyk i nadstawę, by zajrzeć do środka. Drewniana konew wykonana z wąskich pionowych deseczek spiętych metalową obręczą w 2/3 była wypełniona słodką, niezbyt gęstą śmietaną. Oblizałam się łakomie na samą myśl o jej smaku. Wcisnęłam dokładnie nadstawkę, dołożyłam jaszczyk i rozpoczęłam ubijanie masła. Ponieważ śmietana małymi strużkami wypływała przy każdym uderzeniu na zewnątrz, szparki uszczelniłam lnianym gałgankiem przyniesionym przez babcię. Robota może nie była ciężka, ale należało wykonywać w nieskończoność te same miarowe ruchy bijakiem; w górę i w dół. Po pewnym czasie z obory wróciła babcia i zajrzała do środka masielnicy. Kazała mi pociągnąć bijak do góry. Kiedy się wynurzył ze śmietany, obok dziurek na krążku zauważyłyśmy grudki masła. Wsadziłam palec, by trochę zebrać, ale babcia na mnie nakrzyczała, że ładuję brudne i spocone paluchy do środka. Przyniosła mi małą łyżeczkę.

- Teraz musisz zmienić sposób ubijania – wyjaśniła. – Już nie zapuszczaj bijaka do samego dna naczynia, tylko wykonuj krótkie, energiczne ruchy, by masło zbiło się w większe grudy.

- Jasne. Widziałam, jak to robi dziadzio – kiwnęłam głową ze zrozumieniem.

Po kilkunastu ruchach wyczułam różnicę w zachowaniu bijaka. Zawołałam babcię, by ta okiem fachowca oceniła sytuację. Kilka delikatnych krótkich uderzeń i twarz babci rozpromienił uśmiech.

- Zuch dziewczynka. Właśnie zrobiłaś swoje pierwsze w życiu masło.

- Będę jej musiał coś do stałego zarobku dorzucić – powiedział wracający od sąsiadów dziadek, którego nawet nie zauważyłyśmy, zaaferowane zawartością masielnicy.

- Ee tam. Ty byś za wszystko płacił. Masła do domu dostanie i sera, to wystarczy za zapłatę – gderała babcia, a dziadek już się nie odezwał, tylko puścił do mnie porozumiewawczo oko. Zrozumiałam, że jednak coś tam dorzuci.

Babcia wielką, drewnianą łyżką wybrała masło. Reszta została na durszlaku, przez który przecedziła maślankę. Ja ze swoją łyżeczką dobrałam się do niego i muszę przyznać, że nigdy masło nie smakowało mi tak jak dzisiaj. Było miękkie i cudownie pachniało. Babcia swoją część urobku podzieliła na kilka części, a potem wprawnymi ruchami podrzucała w górę na blaszanej miseczce, aż rozprysły na zewnątrz wszystkie drobinki maślanki. Uformowała kilka osełek. Tą samą wielką łyżką zrobiła na każdej z nich równe wzorki i zostawiła do zastygnięcia.

(…)
Babcia przygotowała mi kosz z towarem dla stałych klientów. Oddzielnie zapakowała to, co mogliśmy wziąć sobie. Kiedy już się żegnałyśmy, rzuciła ot tak:

- W sobotę przetaczamy beczkę z resztą kapusty…

- Na mnie możesz liczyć - uśmiechnęłam się.

W drodze powrotnej prawie czułam w ustach smak kiszonych kapuścianych liści. I już się nie mogłam doczekać, kiedy zasiądę na progu sieni i będę zrywać warstwę po warstwie, by je chrupać w zębach. Cudownie smakowały. Babcia z dziadkiem mieli zwyczaj, że co roku na dnie beczki układali małe główki kapusty. Dostęp do nich był dopiero wtedy, gdy przychodziła wiosna i wszystko z wierzchu się wybrało
i zużyło na bigosy, kapustę z grochem czy z kaszą jęczmienną, kapustę wigilijną z grzybami czy pierogi.

Kapustę się szatkowało jesienią po zbiorach, przesypywało solą i utartą marchwią. Czasami mnie wsadzali do beczki, bym zawartość dobrze udeptała. Przez kolejne tygodnie stała w sieni za drzwiami i kisła. Nie najlepiej to pachniało. Kiedy dziadek Janek uznał, że już czas, połowę kapusty wybierało się do wielkiej balii, a beczkę z pozostałą zawartością przetaczało się do sąsieka w stodole. Czekało tam na nią stałe miejsce. Potem miednicami zanosiło się do niej tę kapustę z balii. Babcia kładła na wierzch beczki drewnianą przykrywę i obciążała ją dwoma lub trzema dużymi kamieniami. Całość osłaniała derką przed kurzem czy innymi zabrudzeniami. Na czas silnych mrozów dziadek Janek obstawiał beczkę snopkami słomy, by kapusta w środku nie zamarzła. Kiedy zapasy się wyczerpywały, beczka była starannie myta i wyparzana wrzątkiem, do którego jeszcze dodatkowo wrzucano ugrzane w ogniu kamienie. I tak do następnej jesieni.
Ale najlepszy moment miał nastąpić w sobotę, a to już za trzy dni... (...)

Wiesława Kwiek
Ilustracja Aleksandra Kwiek

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe