17
2020
2021-12-21

Opowiem Ci o przeszłości...


 To tytuł cyklu, który rozpoczęliśmy z nowym rokiem szkolnym. Będą się w nim pojawiały moje opowiadania (lub ich fragmenty) pochodzące ze zbioru „ Mgliste sny minionych dni” oraz nowe teksty przygotowywane do druku. Wszystkie są oparte na prawdziwych relacjach ludzi - świadków bądź uczestników niezwykłych wydarzeń. Wielu z nich już nie ma wśród żyjących, więc zdążyłam w ostatniej chwili poznać i utrwalić ich historię. Mam nadzieję, że ten cykl zainspiruje Czytelników do uważnego wsłuchania się w to, co mają nam do powiedzenia dziadkowie czy pradziadkowie. Wysłuchają, a potem zechcą zapisać, przekazać innym. Chętnie poznam ciekawe opowieści, by potem je literacko wykorzystać w kolejnych opowiadaniach. Można się ze mną kontaktować elektronicznie: kwiek.wieslawa@gmail.com


***
Stan wojenny to dla młodzieży bardzo odległa historia. Z podręczników poznają jedynie suche fakty sprzed czterdziestu lat. Ja patrzę na ten okres nie oczami działacza politycznego, związkowca, tylko zwykłych ludzi (studentów, matek, żon, dzieci). Byłam świadkiem tamtych wydarzeń, ale opowiadanie utkałam z relacji wielu osób, które podzieliły się ze mną swoimi wspomnieniami. To jedno z czterech opowiadań, nad którymi obecnie pracuję. Uznałam, że ten fragment już nadaje się do druku. Może będzie impulsem do rozmów i dyskusji w rodzinach? Może ktoś zechce się ze mną podzielić jakąś niezwykłą przygodą, zdarzeniem godnym upamiętnienia?

Stan wojenny
(…) Nadszedł grudzień 1981 roku. Z 12. na 13. czyli z soboty na niedzielę w naszym pokoju świętowaliśmy spóźnione nieco imieniny Wisienki. Jak zwykle w takich sytuacjach, dużo się śpiewało, paliło i rozmawiało, mniej jadło i piło. Zasobność studenckiego portfela pozostawiała wiele do życzenia. Skończyliśmy dość późno. Nic więc dziwnego, że po takim wysiłku organizm potrzebował snu na regenerację.

W niedzielę około 11.00 obudziło nas walenie do drzwi. To była Lidka. Należała do naszej paczki, ale mieszkała z rodzicami w domu jednorodzinnym na Widzewie.
- Wstawajcie! Wojna!
Gdyby do nas przemówiła po chińsku, pewnie tyle samo byśmy zrozumiały.
W pokoju nie było telewizora. Jedyny radioodbiornik, osiedlowy radiowęzeł, milczał uparcie. Kiedy się już na dobre rozbudziłyśmy i wróciło nam myślenie, zarzuciłyśmy Lidkę dziesiątkami pytań, ale na niewiele z nich znała odpowiedzi. Wiadomo było tylko tyle, że ogłoszono stan wojenny.
Na ulice wyjechały czołgi i inne pojazdy opancerzone. Pojawiły się kilkuosobowe patrole. Przyszłość była jedną wielką niewiadomą.
- O, cholera! Gówno, gówno, gówno! To pewnie Jacka nie puszczą do domu na święta. Miałam mu powiedzieć…
- aż usiadłam z wrażenia.
- Przecież to nie tragedia. Powiesz mu później - próbowała mnie pocieszyć Baśka.
- Jakie później? Ile później? Aż mi brzuch urośnie? – byłam zdruzgotana.
- Dlaczego brzuch…?
O czym mówisz? – zapytały jednocześnie.
- Jestem w ciąży. To już dwa miesiące. Nie mówiłam wam, bo mi głupio, że tak wpadliśmy. Wszystko przez Wisłocką. Mogłyście tej „Sztuki kochania” nie przynosić do pokoju. Co mnie podkusiło, żeby do niej zaglądać…?
- Ciąża nie choroba, chociaż… niekoniecznie potrzebna na drugim roku studiów - głośno myślała Baśka.
To „chociaż” zwróciło uwagę Wisienki na jeszcze jeden szczegół. Tym razem inspiracją był Tewie Mleczarz z uwielbianego przez nas wszystkie filmu „Skrzypek na dachu”.
- Ciąża w takiej sytuacji to trochę utrudnień, chociaż z drugiej strony…- zawiesiła głos i wyszczerzyła zęby w uśmiechu - pomyśl, przez następne pół roku nie będziesz musiała co miesiąc ładować sobie do majtek tych pociętych ręczników. Niedobrze mi się robi, jak je piorę. Ale jak mus to mus, bo w naszym pięknym kraju przecież podpasek w sklepie nie uświadczysz.
- Że też ciebie się w takiej chwili jeszcze trzymają żarty - obruszyłam się.
- Ty musisz zadzwonić do Jacka i mu powiedzieć. Jak się dobrze ogarniecie, to możecie na Wielkanoc się pobrać – rozsądnie odezwała się Brygida i rozmowa odzyskała powagę.
- Jak zadzwonić? - wtrąciła się Lidka. - Chyba pogrzebaczem o rynnę? Telefony nie działają. Próbowałam rano się z wami skontaktować, więc wiem.
- Musisz jechać do jednostki - skwitowała Baśka.
- Tylko czy z tym nie będzie problemu?- głośno myślałam. - To taki kawał drogi. On służy w Orzyszu. Trzeba gdzieś posłuchać wiadomości. Może coś powiedzą?
Poszłyśmy do sali telewizyjnej. Była w połowie zajęta. Widać, że inni się jeszcze nie obudzili. Na ciemnym przed chwilą ekranie pojawiła się postać generała Wojciecha Jaruzelskiego. Zaczął mówić. Plątanina słów, z których kilka powtarzało się częściej: troska, odpowiedzialność, wojna, bratobójcze walki, ręka wyciągnięta do zgody i zaciśnięta pięść.
- Wielki jest ciężar odpowiedzialności, jaka spada na mnie w tym dramatycznym momencie polskiej historii. Obowiązkiem moim jest wziąć tę odpowiedzialność – chodzi o przyszłość Polski, o którą moje pokolenie walczyło na wszystkich frontach wojny i której oddało najlepsze lata swego życia. Ogłaszam, że w dniu dzisiejszym ukonstytuowała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Rada Państwa, w zgodzie z postanowieniami Konstytucji, wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju.
Ekran znowu pociemniał. Popatrzyliśmy wszyscy po sobie, bo niewiele z tego przemówienia zrozumieliśmy. Wróciłyśmy z dziewczynami do pokoju. Któraś postanowiła przejść po znajomych i trochę popytać, ale szybko wróciła. Przeważnie nikt nie otwierał. Może jeszcze spali i nie znali nowiny. Inni, ci już rozbudzeni, też nie mieli pojęcia, co tak naprawdę oznacza ogłoszenie stanu wojennego. Będą strzelać do ludzi? Wsadzać do więzienia? Zsyłać na Sybir? Jakie wprowadzą obostrzenia? Godzinę policyjną? Zakaz przemieszczania się?
Kolejne godziny i wejścia generała Jaruzelskiego na antenę przyniosły odpowiedzi na kilka nurtujących nas pytań. Dowiedziałyśmy się, że zajęcia na uczelni zostają zawieszone, a my w najbliższych dniach mamy rozjechać się do domów. Należało też wcześniej spakować swoje rzeczy i opieczętować szafy i szafki, na wypadek gdyby żołnierze chcieli skorzystać z naszych pokoi jak z noclegowni. Jacy żołnierze? Dlaczego mają spać w akademiku, a nie w koszarach? W głowie miałyśmy wiele pytań. Żeby zająć czymś myśli, zajęłyśmy się przygotowaniami do wyjazdu. Intensywnie dumałam, jak się dostać do Jacka. Postanowiłam zajechać do Siedlec i poprosić o pomoc jego brata.

Przy wjeździe do miasta autobus został zatrzymany przez patrol. Żołnierze weszli do środka i grzecznie poprosili o pokazanie dokumentów. Sięgnęłam do torebki i… zmartwiałam. W bocznej wewnętrznej przegródce, gdzie trzymałam dowód, natrafiłam na zwitek ulotek ze strajku na uczelni. Były wydrukowane na nie najlepszym papierze, który wskutek wielokrotnego przekładania, rozkładania i składania, mocno się nadwyrężył i pozwijał. Nie było tego dużo, ze 3-4 kartki formatu zeszytowego. Na jednej było o KOR-ze, na drugiej na pewno jakiś prześmiewczy tekst o radzieckiej armii. Pamiętam, jak to czytałyśmy w pokoju, rycząc ze śmiechu, bo prosty żołnierz - narrator wkracza do Polski i komentuje różne burżuazyjne wynalazki, z którymi się po raz pierwszy spotyka np. chustkę do wycierania nosa. Była to jawna kpina z ciemnoty bratniej armii i raczej by się to nie spodobało tym, co wprowadzili stan wojenny. Oblałam się zimnym potem. Jeśli komuś z patrolu przyjdzie ochota zajrzeć do mojej torebki, wtedy mnie zamkną na amen i… urodzę w więzieniu.

Wsadziłam rękę głębiej, udając, że szukam dokumentów. Tymczasem zmięłam ulotki w kulkę i ostrożnie przełożyłam je do kieszeni kożucha. Kiedy nadeszła moja kolej, podałam żołnierzowi dowód. Starałam się nie patrzeć mu w twarz, by nie pokazywać też swojej. Bałam się, że strach w oczach mnie zdradzi. Nic się jednak nie wydarzyło. Dowód z powrotem powędrował do wewnętrznej kieszeni w torebce, a kiedy patrol opuścił autobus i ruszyliśmy, ostrożnie wygładziłam sfatygowane broszurki.
Wysiadłam w Siedlcach i wstąpiłam do brata Jacka, by podpytać o to i owo.
On zawsze był lepiej niż inni zorientowany w różnych politycznych sprawach, więc liczyłam, że i tym razem uzyskam wiarygodne wyjaśnienia. Otworzyła mi żona Wojtka. Oczy miała dziwnie podpuchnięte.
- To się narobiło - zaczęłam już od progu, rozpinając kożuch. – Jest Wojtek?
- Nie ma i nie będzie - szybko odpowiedziała
i zaczęła wykonywać jakieś dziwne ruchy.
- Wyjechał? Kiedy wróci?- brnęłam, nie rozumiejąc jej zachowania.
- Wyjechał i nie wiadomo, kiedy wróci - rzuciła krótko i oschle.
- Słuchaj, mam do niego ważną sprawę. Chcę się dostać do Jacka do Orzysza i nie wiem, jak to zrobić. Może by mnie podrzucił samochodem? Zwrócę mu za benzynę.
- Wojtek cię nie podrzuci, bo go nie ma. Będziesz musiała sobie jakoś sama poradzić. A do Jacka się teraz nie pchaj. Żołnierze mają ważniejsze rzeczy na głowie…
Zaczęła się ubierać, pokazując na migi, żebym też to zrobiła.
- Muszę wyjść do sklepu. Jak chcesz, możesz tu w domu na mnie poczekać – mówiła jedno, a pokazywała co innego.
- Tyle czasu to ja nie mam. Najwyżej pogadamy innym razem. Niech do nas zajrzy, jak już wróci - rzuciłam i wyszłam do sieni.
Zaczekałam na nią przed domem. Po chwili dołączyła do mnie, naciągając czapkę na głowę. Dopiero, kiedy obie znalazłyśmy się na chodniku, wyjaśniła swoje dziwne zachowanie.
- Po Wojtka przyszli w sobotę po 23.00. Dwóch facetów po cywilnemu i jeden w mundurze. Bardzo grzecznie poprosili, by udał się z nimi i wyjaśnił kilka spraw. Próbowaliśmy się czegoś więcej dowiedzieć, ale tamci nabrali wody w usta. W poniedziałek przyjechał tylko jeden, taki nasz znajomy, kazał spakować parę rzeczy i powiedział w wielkiej tajemnicy, że Wojtek i jeszcze kilku z tych, co organizowali w ich zakładzie, w PKS-ie wolne związki, czyli Solidarność, zostali internowani. Co to w praktyce oznacza, nie wiem. Podobno nie wszystkich zastali w domu i teraz ich szukają. Boję się, czy nie mamy w domu podsłuchu, dlatego nie chciałam ci tam nic mówić.(…)

Wiesława Kwiek
Fot. PAP Wojciech Jaruzelski ogłaszający stan wojenny

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe