17
2020
2021-09-01

Opowiem Ci o przeszłości…


Opowiem Ci o przeszłości…

To tytuł cyklu, który właśnie rozpoczynamy. Będą się w nim pojawiały moje opowiadania (lub ich fragmenty) pochodzące ze zbioru „ Mgliste sny minionych dni” oraz nowe teksty przygotowywane do druku. Wszystkie są oparte na prawdziwych relacjach ludzi - świadków bądź uczestników niezwykłych wydarzeń. Wielu z nich już nie ma wśród żyjących, więc zdążyłam w ostatniej chwili poznać i utrwalić ich historię. Mam nadzieję, że ten cykl zainspiruje Czytelników do uważnego wsłuchania się w to, co mają nam do powiedzenia dziadkowie czy pradziadkowie. Wysłuchają, a potem zechcą zapisać, przekazać innym. Chętnie poznam ciekawe opowieści, by potem je literacko wykorzystać w kolejnych opowiadaniach. Można się ze mną kontaktować elektronicznie kwiek.wieslawa@gmail.com
***
W ostatnim tygodniu sierpnia pożegnałam się z „Jedynką”. Spędziłam w tej szkole 29 lat. Wiele dobrych wspomnień z pierwszych lat pracy wiąże się z postacią ś.p. pana Jana Cichowskiego. Zdążyłam wysłuchać Jego opowieści. Oto fragment opowiadania
z tryptyku „Ruskie Doły”.

Siostry salezjanki

Zupełnie nieoczekiwanie po ukończeniu Studium Nauczycielskiego w Płocku trafiłem do Sokołowa Podlaskiego i rozpocząłem pracę w Szkole Podstawowej nr 1 przy ulicy Polnej. Ściągnął mnie tutaj Jasio Jastrzębski, który był inspektorem i odpowiadał za zatrudnienie nauczycieli. Spotkaliśmy się na takiej giełdzie, gdzie kadrowcy z różnych ośrodków siedzieli przy swoich stolikach i namawiali młodych, świeżo upieczonych pedagogów do podjęcia pracy na ich terenie. Był rok 1968, więc agitowali, a nauczyciel mógł się zgodzić lub nie. Jeszcze cztery lata wcześniej nikt by mnie o zgodę nie pytał. Nauczyciele dostawali nakaz pracy od władz oświatowych, z którymi się nie dyskutowało. Często były to miejscowości bardzo oddalone od ich rodzinnych wsi czy miasteczek. Dlaczego tak się działo, nie wiem. Podobno w założeniach chodziło także o to, żeby walczyć z gwarą. Nauczyciel miał w tym nowym środowisku nie tylko nieść kaganek oświaty, ale także wypleniać regionalną odmianę polszczyzny, a wprowadzać tę wersję ogólnopolską.
Kiedy się tu zjawiłem, budynek przy Polnej był stary i ciasny. W jednym gmachu spokojną egzystencję prowadziły dwie instytucje: szkoła podstawowa i zakon.
Szkoła zajmowała pomieszczenia na parterze i pierwszym piętrze. Izby lekcyjne spełniały kilka funkcji. Świetlica była jednocześnie stołówką, a gdy tego wymagała sytuacja, odbywały się w niej inne lekcje. Siódemka na parterze robiła za salę gimnastyczną.
- No, Jaśku! Tutaj nie poszalejesz. Na takiej powierzchni skrzydeł nie rozwiniesz - pomyślałem jako nauczyciel, który ma w tym środowisku nie tylko uczyć biologii, ale także krzewić kulturę fizyczną.(…)
Szkoła dotychczas nie ma centralnego ogrzewania. Za ciepło w salach i na korytarzach odpowiadają Fajkowscy. To małżeństwo woźnych, którzy zajmują w budynku pomieszczenia służbowe i co rano palą
w szkolnych piecach. Ale w tych na górze siostry same rozpalają. Posiłki też gotują na kuchni węglowej. Wszystko, co służy za opał, jest przechowywane w budynku gospodarczym stojącym od strony posesji Czarnockich. Czasami siostry proszą starszych uczniów o pomoc w przeniesieniu węgla czy drewna.
- Chłopczyku, czy mógłbyś zanieść na górę to wiadro z węglem? - usłyszałem za sobą jakiś głos.
Obejrzałem się i zobaczyłem siostrę Bronię. Ponieważ byłem jedyną osobą
w zasięgu jej wzroku, uznałem, że to właśnie do mnie kieruje swą prośbę. Ukrywając zaskoczenie, wziąłem wiadro i bez zastanowienia ruszyłem z nim do szkoły. Uczniowie właśnie wybiegli z klas na przerwę, więc miałem niezłą widownię. Uginałem się pod ciężarem wiadra wypełnionego węglem i robiłem dobrą minę. Niektórzy uczniowie ze zdziwieniem mi się przyglądali, bo dotychczas nie widzieli, by nauczyciel występował w charakterze tragarza. Jeszcze większy mieli ubaw, gdy na półpiętrze przed ostatnią kondygnacją, siostra przejęła ciężar z moich rąk, pogłaskała mnie po głowie i dodała:
- Bóg zapłać, chłopczyku.
Te słowa lotem błyskawicy obiegły całą szkołę i trafiły do pokoju nauczycielskiego. Ileż było śmiechu i żartów. Przez najbliższe tygodnie koledzy i koleżanki nie zwracali się do mnie inaczej niż „Chłopczyku”. Wreszcie echo całego zdarzenia dotarło także do siostry Broni.
- Panie Janku, ja pana bardzo przepraszam za tę niefortunną pomyłkę – mówiła zmieszana. - Nigdy bym się nie ośmieliła zajmować pana do takiej roboty.
- A wie siostra, że to było nawet zabawne. Ja wyglądam jak wyglądam. Całe pięćdziesiąt kilo żywej wagi i to dopiero po zmoknięciu. Czuję się jak młodzik, a siostra mi jeszcze ujęła lat i za to jestem niezwykle wdzięczny.
Uściskaliśmy się serdecznie, ale już mnie nigdy więcej o noszenie opału nie poprosiła.
Po tym zdarzeniu widziałem ją jeszcze kilka razy, ale wkrótce poważnie zaniemogła i nie schodziła już na posiłki do piwnicy, gdzie znajdowała się kuchnia, tylko jej wszystko noszono na górę. Kiedyś któryś z nieostrożnych uczniów trącił tacę i natychmiast zapach wylanego kakao rozniósł się po całej szkole, a brązowe strugi kapały z piętra na piętro coraz niżej, coraz niżej, napełniając powietrze cudowną wonią i wywołując u wielu wzmożoną pracę ślinianek.
(…)
Wiesława Kwiek

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe