17
2020
2013-07-12

Od szmacianki do "Orlika" - wspomnienia


Zaprosił mnie Bogdan Czerkas na otwarcie szkółki piłkarskiej na boisku „Orlik” przy moim dawnym liceum przy ulicy Kupientyńskiej. Drogę z Lipowej do szkoły jak przed 60 z górą laty przebyłem z sąsiadem pieszo. Starałem się dotrzymać kroku zaprawionemu w marszach długonogiemu  Edkowi Szymańczukowi, chociaż na skwerze przy ul. Kilińskiego chciałem po forsownym marszu trochę odpocząć, pamiętając o zaleceniach dr Rębisza. Edek nie dał mi szans. Na miękkich nogach - jak niegdyś po kilku meczach - dotarliśmy  na boisko pełne chłopców i dziewcząt. Trzech trenerów z Adamem Czerkasem na czele prowadziło z nimi zajęcia jak z zawodowymi piłkarzami, uwzględniając oczywiście wiek i możliwości motoryczne przyszłych Lewandowskich, Piszczków  i Błaszczykowskich. Były więc zabawy wspomagające refleks i orientację, prowadzenie piłki, dryblingi i strzelanie „jedenastek”. Młodych piłkarzy odwiedził i rozdał dziesiątki autografów bramkarz Celtiku Glasgow Łukasz Załuska. Chłopcy garnęli się do swojego idola tak, że nie mogłem się dopchać, by zrobić zdjęcie. Musiałem poprosić o pozowanie.
Do szkółki Adama Czerkasa – zawodnika „Podlasia” Siedlce, a wcześniej ŁKS-Łódż i Korony Kielce zapisało się już ponad 80 dzieci w wieku od 4 do 12 lat. Trenują pod okiem 4 instruktorów w 4 grupach wiekowych. Jestem przekonany, że za parę lat wyrosną na dobrych sportowców, a my, kibice nie będziemy musieli się martwić, czy nasza drużyna zakwalifikuje się do mistrzostw świata, ale  czy je wygra. Warunki na „Orliku” oraz osobiste zaangażowanie rodziców i dzieci na treningach pozwalają mieć nadzieję, że niebawem polska piłka nożna będzie lepsza, jak za czasów Kazimierza Górskiego. Pisząc o zaangażowaniu rodziców mam na uwadze liczne mamy, które przywożą swoje pociechy na treningi, odrywając je od komputerów. Jak sięgam pamięcią, kiedy my – chłopcy z Siedleckiej, Rogowskiej i Repkowskiej uganialiśmy się za „zgórkiem” za szmaciankami i gąbkówkami, nasze mamy nie były takie wyrozumiałe. Szmacianki robiło się bowiem z kłębków barwnych odpadów tekstylnych, przeznaczonych na kolorowe chodniczki.
A my wynosiliśmy je z domu i obszywaliśmy w grube pończochy i takimi piłkami grało się od rana do wieczora. Później nastała era gąbkówek, pieczołowicie obrabianych z niemieckich czołgów. Pierwszą prawdziwą piłkę zobaczyliśmy w oknie księgarni pani Sudarowej przy ulicy Długiej. Kosztowała 96 zł. Miała jajowatą czerwoną dętkę z długim wentylem, chowaną w skórzaną powłokę  sznurowaną  rzemieniem. Chodziliśmy co dzień patrzeć, czy piłka jest jeszcze, czy nie daj Boże ktoś ją kupił. Była! Aż pewnego dnia Janek Patejczuk przyniósł informację. Można zarobić na piłkę czyszcząc z zaprawy tynkarskiej cegłę z rozwalonego przez Niemców Magistratu u zbiegu ulic Siedleckiej Długiej i Repkowskiej. Za jedną całą i oczyszczoną cegłę pan Stefan Głazek zapłaci 50 groszy. Cegły sam odbierze, policzy i wypłaci. Szczęście nasze nie miało granic. W ruch poszły szpadle i młotki. Pracowaliśmy jak „Stachanowcy”. Po tygodniu góra czerwonej cegły zamieniła się w bilety Narodowego Banku Polskiego. Pan Głazek pochwalił naszą robotę i wypłacił należność. Pomogliśmy jeszcze załadować cegłę na wóz konny, którym odjechał do swojego klienta. Był nim pan Witkowski, budujący dom i warsztat naprawy samochodów na terenie zrujnowanego getta. My zaś w składzie: napastnik „Cieślik” - Stefan Kupisz, obrońca „Jan Duda” - Janek Patejczuk i pomocnik „Parpan” - Wacław Kruszewski pobiegliśmy do pani Sudarowej po wymarzoną piłkę. Zakup uczciliśmy butelkami  wybornej oranżady z rozlewni wód gazowanych Stefana Burcharda, zakupionych za resztę w sklepiku pani Nowakowej przy ulicy Długiej.
Odtąd graliśmy już tylko skórzanymi piłkami. Najpierw w trampkach, jako tzw. trampkarze otwierający mecz seniorów, póżniej   jako juniorzy, aż na koniec w drużynie seniorów. Graliśmy ze zmiennym szczęściem z drużynami z Mińska, Wołomina, Pułtuska, Nowego Dworu, Góry Kalwarii, Zegrza, Siedlec, Łukowa i Warszawy. Nasze pojedynki z „Czarnymi” Węgrów i „Cukrownią” Sokołów przeszły do legendy i literatury. Ale w najczarniejszych snach nie sądziłem, że sokołowscy piłkarze przegrywają dziś z Jabłonianką 4 do 2. Gratulacje dla Jabłonianki i kilka niecenzuralnych słów dla kopaczy z Sokołowa, bo trudno nazwać ich piłkarzami. Nadzieja w tych, których miałem okazję poznać na „Orliku” przy mojej dawnej „budzie”

Wacław Kruszewski

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe