17
2020
2013-03-18

Ocalamy od zapomnienia


Publikujemy trzecią część wspomnień Edwarda Sarny, urodzonego 7 marca 1912 r. we wsi Dzięcioły Bliższe, zmarłego 15 lat temu, 15 marca 1998 roku w Lidzbarku Warmińskim. Wyjechał tam w 1945 roku obawiając się uwięzienia i zsyłki do ZSRR. E. Sarna był wachmistrzem kawalerii XIX Pułku Ułanów Wołyńskich, po klęsce wrześniowej powrócił do rodzinnej miejscowości. W latach 1940-1944 był żołnierzem formacji podziemnych Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej. Jako radiotelegrafista przyjął pseudonim „Klucz”. W lipcu i sierpniu 1944r. uczestniczył w akcji „Burza”. Odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtutii Militarii, Krzyżem Partyzanckim, Medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939 r.”, Odznaką Grupy Operacyjnej „Wschód AK” w składzie 8 Dywizji Piechoty i Mazowieckiej Brygady Kawalerii, Odznaką Weterana Walk o Niepodległość. Po wojnie często zapraszany do szkół, na spotkaniach z młodzieżą korzystał ze spisanych wspomnień.  Wkrótce po jego śmierci syn i córka zebrali te zapiski i opublikowali drukiem, „chcąc ocalić je od zapomnienia”.
JO

Łączność radiowa z oddziałami Armii Krajowej na Podlasiu

W 1940 r. byłem żołnierzem Armii Krajowej. Pełniłem funkcję dowódcy radiostacji w obwodzie Proso. W październiku 1941 r. otrzymałem polecenie zorganizowania i przeszkolenia obsługi radiostacji na terenie powiatów: Sokołowa Podlaskiego, Siedlec i Węgrowa. Spodziewanym terminem otrzymania radiostacji ze zrzutów angielskich była wiosna 1942 r. Wyszukałem w pobliskich wsiach trzech żołnierzy rezerwy z oddziałów łączności znających alfabet Morse’a. Byli to: Golatowski ps Gawron, Roszuk  ps Kruk i Skupiecki ps Sten. Przeszkolenie przeprowadziłem na miejscu przy użyciu brzęczyka zasilanego płaska baterią. Na terenie Siedlec nie znalazłem nikogo, w powiecie Węgrów znalazłem łącznościowca z Grębkowa, którego nazwiska ani pseudonimu nie pamiętam. Wiem, że został wywieziony w 1945 r. na Syberię i nie powrócił.
Nawiązywanie łączności na terenie opanowanym przez Niemców, posiadających urządzenia do wykrywania pracujących radiostacji, było bardzo niebezpieczne. Już od chwili włączenia radiostacji, nadawane sygnały mogły być odebrane przez nieprzyjaciela z precyzyjnym określeniem kierunku pracy i odległości.
Z tych względów czas trwania nadawania powinien być jak najkrótszy, a szybkość nadawania maksymalnie wysoka. Wtedy szansa rozszyfrowania położenia radiostacji przez wroga odpowiednio malała.  Najbezpieczniej było wykorzystać samodzielne gospodarstwa na skraju lasu, gajówki lub leśniczówki umożliwiające wycofanie się obsługi. Wybór miejsca do „gry”, jak nazywaliśmy korzystanie z radiostacji, ubezpieczanie jej pracy oraz przewożenie sprzętu na inny teren należało do dowództwa Obwodu. Telegramy nadawane do Londynu pochodziły z terenu Obwodu i były zaszyfrowane szyfrem liczbowym w grupach 5 cyfrowych w taki sposób, że treść dla nadającego nie była znana. Łączność była jednostronna i ograniczała się do kwitowania odebranego telegramu. Każda zmiana miejsca „grania” odbywała się zawsze nocą.
W kwietniu 1942 r. otrzymałem radiostacje bez żadnej instrukcji obsługi. Niezbędne wskazówki do otrzymania łączności, sygnały wywoławcze zmieniane co kilka dni, długości fal i numery kwarców były przy aparacie. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że Niemcy przechwytywali nadawane zaszyfrowane depesze, co wywoływało wzmożona czujność z ich strony. Wczesnym rankiem 25 kwietnia pojechałem rowerem na wskazane miejsce „grania”. Było to gospodarstwo na kolonii Dzierzby, składające się z nowo wybudowanego domu oraz budynku gospodarczego. Dom położony był na skraju lasu, załamującego się pod kątem prostym w kierunku zachodnim przy zabudowaniach. Na miejscu zastałem aparaturę i oddział składający się z 12 żołnierzy z bronią i telegrafistę Stena. Dowódcę oddziału i żołnierzy poinformowałem o zachowaniu czujności i obowiązku obserwacji terenu. Przygotowałem aparat rozwijając antenę wewnątrz budynku, a następnie umocowałem prądnice. Rozpocząłem poszukiwanie stacji, z którą miałem pracować na ustalonych na dzień 25 kwietnia długościach fal i obowiązujących sygnałach wywoławczych. Odbiorca czekał na mój sygnał. Miałem do nadania kilka telegramów, których treść zaszyfrowana w kolumny 5-cyfrowe mieściła się na kilku blankietach. Nadawałem bardzo szybko, utrzymując maksymalne tempo. Odbiorca kwitował mi każdy telegram osobno znakiem OK. Około godziny dwunastej w południe praca została zakończona. Czekałem nie składając aparatury, gdyż mogły być podatkowe telegramy do nadania.[…]
O godzinie piętnastej wbiegła gospodyni krzycząc, że zbliżają się Niemcy. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem w odległości około 150 m tyralierę Niemców idącą od krawędzi lasu. Wydałem żołnierzom polecenie wycofania się, demontując jednocześnie radiostację. Prądnicę oddałem Stenowi, który drogą polną, zasłonięty przez budynki, wyjechał na rowerze nie zauważony do szosy w kierunku na Łazów. Zabierając aparat i dokumentację, wybiegłem z domu w kierunku młodego lasku odległego o około 120 metrów od budynku, gdzie już zajął pozycje oddział ubezpieczający. […] Pojedyncze strzały szybko się wzmagały, a świst kul i tumany kurzu od ich uderzeń w piasek stawały się bardzo intensywne. Biegnąc zakolami, bardzo już zmęczony od ciężaru radiostacji, osiągnąłem skraj lasu. Od tego momentu rozpoczęła się bitwa, która trwała do wieczora. Niemcy trzykrotnie wycofywali się, paląc dom mieszkalny, z którego nadawaliśmy telegramy. O zmroku, w obawie przed okrążeniem przez Niemców, którzy w tym czasie ściągnęli posiłki z Sokołowa, wycofaliśmy się rowami łąkowymi do puszczy odległej o około 15 km. […]

Edward Sarna opr. JO

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe