35
2017
2017-10-02

"Nazywali mnie Modysta, bo zawsze coś wymodziłem"


 Pan Jerzy Budzyński mieszka w Sokołowie Podlaskim przy ulicy Lipowej. Jest starszym wesołym panem, który lubi rozmawiać o swojej dużej rodzinie i pracy na kolei. Jednak Pan Jerzy może opowiedzieć dużo więcej ciekawych historii. Dobrze pamięta początek wojny, okupację, wyzwolenie i czasy komuny.

18 września do redakcji zadzwonił telefon: "Nazywam się Andrzej Kosieradzki. Czy są Państwo zainteresowani rozmową ze świadkiem historii?". Nie zastanawialiśmy się długo. Okazało się, że pan Andrzej jest pasjonatem historii i bardzo chciał, abyśmy na łamach naszej gazety opublikowali artykuł o jego niezwykłym sąsiedzie – panie Jerzym Budzyńskim.
Z panem Andrzejem spotkałam się na ulicy Lipowej i razem weszliśmy na podwórko pana Jerzego. Starszy mężczyzna w eleganckim ubraniu powitał nas szerokim uśmiechem i zaprosił do środka. Usiedliśmy przy stole przykrytym starannie białym koronkowym obrusem. Pana Jerzego nie trzeba było długo prosić o podzielenie się swoimi wspomnieniami. Chciał opowiedzieć nam o wszystkim, co pamięta z minionych czasów.
"Mieszkałem z rodziną w Siedlcach na Kazimierzowskiej niedaleko cmentarza. Miałem czterech braci i dwie siostry. Ja byłem najmłodszy. Matka była bez zawodu, ale pięknie śpiewała. Teatr był w parku i w tym teatrze występowała, bo miała operowy głos. Wróżyła też z kart. Wszyscy profesorowie do niej przychodzili, żeby im powróżyła. Ojca mojego zatrudnili na kolei, a najstarszy brat skończył szkołę rzemieślniczą i pracował w drukarni. Ja chodziłem wtedy do przedszkola przy ratuszu. Pamiętam, jak codziennie o dwunastej pan Niewęgłowski grał na trąbce hejnał tak jak w Krakowie.
Jak byłem starszy to poszedłem do szkoły. Siedziałem w ławce z Żydówką. Dawała mi czekoladę, macę i placki cebulowe, bo nie miałem swojego jedzenia w szkole. Bieda była u nas w domu. Zaczepiałem trochę tę Żydówkę, bo ładna była. Któregoś dnia zaczepiałem ją chyba za bardzo, bo się rozpłakała i poszła do wychowawczyni na skargę, a ta wyrzuciła mnie ze szkoły. Jak się moja matka o tym dowiedziała, to złapała mnie za kołnierz i biła brzozową rózgą po gołych nogach. Poszła ze mną do nauczycielki, kazała ją przeprosić i całować po rękach. Do szkoły wróciłem, ale za karę jedzenia w domu nie dostałem do końca dnia. Myślałem wtedy, że wpadłem w niezłe tarapaty, ale prawdziwe problemy miały się dopiero zacząć.
Była sobota, kiedy Niemcy wchodzili do Siedlec. Zbombardowali całe miasto. Ich pilot leciał nad naszym domem i widział mnie z góry. Zaczął strzelać. Szybko wykopałem sobie norę pod ściętą topolą i tam się schowałem. Kule mnie nie dosięgły, chociaż z topoli tylko wióry leciały. Miałem szczęście.
Moja matka wynajęła wóz u furmana i uciekliśmy. Razem z nią i siostrą ruszyliśmy do Czołomyj. Byliśmy tam dwa tygodnie, bo Niemcy zajęli całe Siedlce. Gdy wróciliśmy do miasta, okazało się, że kilku mieszka w naszym domu. Nie wiedzieliśmy gdzie pójść, ale wtedy jeden z nich zawołał matkę i grzecznie powiedział, że już się wyprowadzają. Jak weszliśmy do domu, to był tam porządek. Nic nie zniszczyli. Gdy uciekaliśmy do Czołomyj, zostawiliśmy dwa małe prosiaczki w komórce. Kiedy wróciliśmy, świnie były dwa razy większe. Niemcy je karmili. Dobrze się nimi zajęli. Ruscy by te prosiaki dawno zjedli, ale Niemcy byli inni. Chociaż nie byli dla nas źli, to jednak byli wrogiem. Cały czas myślałem jak im na szkodę zrobić.
Mieszkali w pałacu Księżnej Ogińskiej, który stał obok szpitala na Starowiejskiej. Włamałem się tam przez okno i ukradłem im pistolet, ale był zbyt ciężki dla mnie. Wyrzuciłem kaburę i pas, tylko sam pistolet zostawiłem. Potem żałowałem, bo kabura by się później przydała. Krzyczeli za mną i gonili, ale udało mi się uciec do domu. Miałem ten pistolet całą okupację. Później, jak przyszli akowcy, to kazali mi ten pistolet oddać, bo stwierdzili, że jestem za mały berbeć. Żal mi było tego pistoletu. Miałem kolegę rok młodszego od siebie. Chcieliśmy, żeby nas do armii przyjęli, ale tylko się roześmiali i nazwali nas gówniarzami, więc dokuczaliśmy Niemcom w inny sposób.
Miałem dużo kolegów. Kiedyś się zebrali i planowali jak by Fabischa zabić, bo to był w Siedlcach szef Gestapo. Wiedzieliśmy, że Fabisch przyjedzie do sklepu takiego Paciorkowskiego na Piłsudskiego i faktycznie tak się stało. Podjechał pod sklep, zatrzymał się i wysiadł z samochodu. Chłopaki wtedy wyjęli pistolety i zaczęli do niego strzelać. Ja pistoletu już wtedy nie miałem, więc stałem na czatach. Po kilku strzałach, Fabisch padł. Zacząłem wtedy krzyczeć do chłopaków, żeby uciekali, ale oni chcieli go dobić, bo się jeszcze ruszał. Strzelali dalej, a ja uciekłem. Moi koledzy zastrzelili Fabischa, ale sami też zostali rozstrzelani. Chcieli zostać bohaterami, ale co to za bohater jak się da zabić? Zginął wtedy mój dobry kolega. Szmurło się nazywał. Po latach w tamtym miejscu chłopakom pomnik postawili.
Mówiło się kiedyś: "kochajmy się jak bracia, ale liczmy się jak Żydzi". Jeszcze przed wojną żyłem w zgodzie z Żydami. Mieszkali koło nas i tak jak my mieli sklep. Pewnego dnia obniżyli ceny w swoim sklepie. Z każdej ceny odjęli po jednym groszu. Mieliśmy więc kłopot, bo nikt do nas do sklepu nie przychodził. Wszyscy szli do nich. Znalazłem jednak na to sposób. Pomazałem klamkę od ich sklepu smarem, schowałem się za parkanem i obserwowałem. Przyszła do nich taka paniusia i złapała za tą brudną klamkę. Zaczęła krzyczeć, aż Żyd wyskoczył ze sklepu. Zobaczył smar na klamce i szybko go wytarł, ale paniusia, zamiast robić zakupy, to poszła do domu myć ręce. Jak Żyd wszedł z powrotem do sklepu, to ja znowu doskoczyłem do jego drzwi i wysmarowałem tę klamkę. Nikt do nich do sklepu nie wchodził. W taki sposób odstraszyłem im klientów.
Kiedyś, pamiętam, szedłem na wylewy w Siedlcach, żeby się kąpać. Kiedy mijałem przydrożne krzaki, wyszedł z nich Żyd, taki koło trzynastu lat. Prosił mnie o jedzenie. Miałem wtedy ze sobą pomidory i chleb ze smalcem. Wszystko mu oddałem. Chciałem iść dalej, ale zobaczyłem, jak do tego Żyda podchodzi taki wysoki, dobrze zbudowany chłopak. Chciał od niego pieniędzy. Podbiegłem do nich i rzuciłem się na tego dryblasa. Mocno mnie wtedy wytłukł. Na szczęście Żyd zdołał uciec.
Zimą, Niemcy łapali Żydów i Kazimierzowską prowadzili ich czwórkami. Żydzi wtedy śpiewali jakąś pieśń, a Niemcom się to nie spodobało. Jeden z nich zatrzymał kolumnę i kazał wszystkim Żydom zdjąć czapki. Gdy to zrobili, rozkazał im nasypać do tych czapek śniegu i założyć je z powrotem na głowę. Tak męczyli Żydów. Gdy Niemcy spalili w Siedlcach getto i wywozili ich do Kirkuta, zabrali też naszych sąsiadów. Został tylko jeden. Nazywał się Tojwe. Ukrywał się cały czas, żeby Niemcy go nie znaleźli. Codziennie koło jedenastej wieczorem przychodził do nas i brał chleb. Przychodził do nas miesiąc, dwa, może nawet rok. Pewnego dnia nie przyszedł i już go więcej nie widziałem.
Parę razy się zdarzyło, że kradłem Niemcom mydło i przynosiłem do domu. My mogliśmy się umyć, a matka zrobić pranie. Dopiero później się dowiedziałem, co to było za mydło. Mój znajomy mieszkał naprzeciwko Kirkuta. Niemcy pozabijali tam okna, więc weszliśmy na dach i spojrzeliśmy przez szklaną szybę w suficie. W środku był piec, a Niemcy popychali do niego Żydów. Szkoda mi ich było, bo przecież tyle lat się razem żyło.
Najbardziej było smutne dla mnie, jak widziałem w wagonach towarowych przewożone Dzieci Zamojszczyzny. Widziałem, że te dzieci były sztywne. Umierały z głodu i mrozu, bo to zima była. Temperatura spadła czterdzieści stopni poniżej zera. Stolarze nie nadążali trumien dla nich robić. Widziałem to wszystko, bo koło cmentarza mieszkałem i te trumienki koło naszego domu nosili. Pamiętam ten widok: trumienka za trumienką. Jest w Siedlcach na cmentarzu ogólny pomnik tych dzieci z napisem "Dzieci Zamojszczyzny". Mało tych dzieci przeżyło. Tylko te, które były w środku wagonu i mogły się przytulić do innych. Ludzie pomagali, jak mogli. Podbiegali do wagonów i dawali jedzenie. Ja nosiłem mleko i bułeczki. Te dzieci, co przeżyły, bardzo się bały. Były same, bo Niemcy zabrali im rodziców i gdzieś wywieźli. Zostały same.
Potem do Siedlec weszli Ruscy. Wchodzili do miasta z karabinami w rękach. Obserwowałem ich zza parkanu. Powiem szczerze, to było dziadostwo. Jeden but z cholewą, drugi bez cholewy. Śmiali się, śpiewali i krzyczeli. Powiedziałem wtedy do siebie "Już po Polsce. Polski już nie będzie". Wtem taki Ruski, co koło mnie stał, klepie mnie po plecach i mówi: "Nie boisa, nie boisa. Polsza budziet", a śmiał się przy tym przeogromnie. Z Ruskimi było gorzej jak z Niemcami. Wszystko nam ze sklepu pozabierali. Nie dość, że nie mieliśmy, co sprzedawać, to nie mieliśmy co jeść. W Siedlcach zabrakło chleba.
Pewnego dnia, patrzymy z matką, jedzie Ruski wozem. Zapytaliśmy się go, dokąd jedzie, to odpowiedział, że do Mord. Mordy są w połowie drogi do Łosic, a tam piekli chleb. Wzięliśmy więc z matką worki na chleb i pojechaliśmy z tym Ruskim. W Mordach musieliśmy wysiąść i prosiliśmy ludzi, żeby nas dalej podwieźli. Udało nam się i przywieźliśmy chleb do Siedlec. Ludzie rzucili się na te bochenki jak zwierzęta.
Ruscy kradli wszystko, co się dało. Któregoś razu zauważyłem, jak jeden z nich niesie duży pozłacany fotel. Podbiegłem do niego i mówię mu, żeby go zostawił, bo to fotel biskupa. Roześmiał się i powiedział, że fotela nie odda. Musiałem go od niego odkupić za pół litra bimbru. Postawiłem go w pokoju i pokazałem księdzu, gdy chodził po kolędzie. Ksiądz załatwił dorożkę i fotel zawiózł do biskupa. Dzięki temu, że zwróciłem ten fotel, biskup mi pomagał w różnych sprawach. Kiedyś, jak chciałem wziąć ślub i ksiądz z parafii mojej narzeczonej nie chciał dać nam ślubu o szesnastej tylko o dziesiątej rano, to pojechałem do biskupa na skargę. Jak on się dowiedział, że siedzi na fotelu ode mnie, to raz-dwa mi ślub o odpowiedniej godzinie załatwił. Jeszcze, zamiast zapłacić za ślub tysiąc pięćset złotych, to ksiądz kazał mi zapłacić tylko pięćset. Trząsł się niesamowicie podczas tej rozmowy ze mną, chyba go biskup mocno nastraszył.
Po wyzwoleniu chodziłem do różnych szkół, ale bałem się zostać w Siedlcach, bo było tu dużo ubowców. Pojechałem zatem do Gdańska na ulicę Szarą. Na miejscu się okazało, że po drugiej stronie ulicy jest szkoła ubowców. Gdy tamtędy szedłem, poznałem jednego z nich. Był wcześniej w Siedlcach. Bałem się, że tamten i mnie rozpozna, więc uciekłem do Gdyni. Uczyłem się też w Katowicach, ale wtedy to się nazywało Stalinogród. Nawet świadectwa mam ze Stalinogrodu. Do tej pory nie mogę sobie tego darować. Po skończeniu szkoły, poszedłem pracować na kolej jako dyżurny ruchu. Zatrudnili mnie w Małaszewiczach na stacji Kowalewo. Było tam dużo Ruskich i musiałem z nimi pracować.
Razu jednego Ruscy puścili skład po szerokim torze i chcieli, żebym go przyjął, ale ja nie chciałem. Tłumaczyłem, że nie mam miejsca na stacji. Dzwonili do mnie i krzyczeli. Nie wiedziałem, co robić. Przecież musiałem też przyjąć inne pociągi. W końcu wymyśliłem. Wpuściłem go do Kowalewa, ale na zatoczkę, która prowadziła z powrotem na Kobylany. Ruski zrobił kółko i wrócił tam, skąd przyjechał. Nie popracowałem tam długo. Wróciłem do Siedlec, a potem przyjechałem do Sokołowa.
Byłem instruktorem i szkoliłem młodzież, a młodzi jak to młodzi, często popełniali błędy. Czasem na kontroli, któryś z nich czegoś nie dopilnował i powinienem na takiego raport napisać. Nigdy jednak żadnego raportu nie napisałem. Miałem taką zasadę, że na swoich uczniów donosił nie będę. Lubiłem tych chłopaków, a oni lubili mnie. Kiedyś, pamiętam, przyszli do mnie ci konduktorzy i mówią, że w trasę nie jadą, bo są głodni. Zabrałem ich do komitetu, żeby się poskarżyć, że młodzi nie mają co jeść, ale wartownik nas nie wpuścił. Powiedział, żebyśmy poszli do piwnicy i wzięli stamtąd, co chcemy. Poszliśmy do tej piwnicy, a tam kiełbasy i szynki. Chłopcy naładowali całe torby tych kiełbas, ale mi nie wypadało brać. Zresztą, ja nie lubię mięsa.
Na zimę kupuję metr pszenicy i pół metra kukurydzy. Przychodziło tutaj do mnie siedem bażańcic i jeden samczyk. Lubię ptaki. Lubię wszystkie zwierzęta. Uważam, że stworzenie boże jest po to, żeby żyło. Mieliśmy z żoną kiedyś kury i tylko jajka od nich braliśmy. Jak jakaś kura przestała się nieść, to oddawaliśmy ją sąsiadce i jej rodzina tę kurę jadła."
Pan Jerzy przerywa opowieść i częstuje mnie słodyczami. Sam sięga po galaretkę w czekoladzie. Wstaje od stołu i proponuje, że oprowadzi mnie po domu. Pokazuje mi kuchnie i pokoje. Zatrzymujemy się przy ścianie ze zdjęciami rodzinnymi. Pan Jerzy opowiada mi o swojej rodzinie:
"Nie żyłem długo z moją pierwszą żoną. Była bardzo chora. Po kilku latach małżeństwa odeszła ode mnie. Miałem z nią dwie córeczki. Potrzebowały matki, bo były malutkie, więc ożeniłem się po raz drugi. Moja druga żona była piękną i dobrą kobietą. Nigdy się nie kłóciliśmy. Jak nie miałem humoru i krzyczałem, to nic się nie odzywała. Milczała i czekała, aż się uspokoję. Dzięki temu zawsze w zgodzie żyliśmy, chociaż czasem było nudno. Chyba za dobra była dla mnie ta moja Regina. Czasem próbowałem ją rozweselić i jej śpiewałem, ale ona tylko patrzyła na mnie kątem oka. Najwidoczniej uważała, że źle śpiewam.
Miałem cztery córki, ale jedna – Grażynka – zmarła. Pozostałe często mnie odwiedzają. Przywożą mi ciasta i słodycze. Mam też dużo wnucząt: w Gdyni, Paryżu, Londynie, w Holandii, w Bułgarii. Szkolą się i mają bardzo dobrą pracę. Jedna wnuczka, ta z Paryża, skończyła nawet Sorbonę. Chciałbym ich wszystkich odwiedzić, ale stary jestem. Już tak nie podróżuję, jak kiedyś. Dawniej to razem z moją córką Grażynką i jej mężem do Londynu pojechaliśmy. Byliśmy tam z wycieczką z liceum jako opiekunowie."
Wyszliśmy na podwórze. Pan Jerzy pokazał mi swoje gołębie, pieska Filusia oraz karmniki dla ptaków. Gdy odprowadzał mnie do furtki, deklamował wiersz, który pamięta jeszcze z czasów szkolnych:

"Na wojence Kasiu, strach co się tam dzieje.
Świszczą, gwiżdżą kule i krew z ran się leje.
Ja muszę wojować, by ojczyzny bronić,
Trudów nie żałować, wrogów precz odgonić.
A Ty Kasiu moja miła,
Co byś na wojence robiła?
Przyniosłabym wody rannym dla ochłody.
Opatrzyła rany, braciszku kochany
I bym też prosiła bardzo Pana Boga,
Żeby się skończyła ta bitwa i sroga.
Żeby każdy człowiek pracował spokojnie
I żeby na świecie nie było już wojny."

Katarzyna Dybowska

« wróć | komentarze [4]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Pani Katarzyno dziękujemy, wzruszające wspomnienia pięknie Pani przelała na papier. Serdecznie Panią pozdrawiamy z Gdyni, Francji i Holandii :)

MargoPie
2017-10-08 11:31:27

Oj nie ładnie, Panie Andrzeju, przypisywać sobie czyjeś zasługi. Ten Pan i jego historia mieszkał obok Pana od lat 50- tych. Cicho i spokojnie. Odkrył Go p. dr.Karol Górski z Poznania gdy 11-14 września 2017 r. przyjechał z nami do Sokołowa Podlaskiego, szukać śladów "poznaniaków" wysiedlonych na te ziemie z Wielkopolski 1939 r.Uważał ,że Jego historia i zasługi musza ujrzeć światło dzienne. Ponieważ byliśmy tylko 4 dni, poprosił Pana o powiadomienie prasy.

Magdalena B.
2017-10-04 09:36:54

Piekne wspomnienia

Marie
2017-10-03 16:58:01

Z KAŻDĄ CHWILĄ ubywa nam pamięci i tych, którzy pamiętają. Zapisujcie na czym kto ma!

na czym kto ma!
2017-10-03 15:03:09
Strona 1/1






Dane kontaktowe