17
2020
2013-11-05

MOJE LATA MŁODZIEŃCZE 1957 -1967 r.


Po ukończeniu szkoły podstawowej kontynuowałem naukę w technikum w Mińsku Mazowieckim. Mieszkałem w szkolnym internacie. Od tego czasu w Sokołowie przebywałem tylko w niektóre sobotnie wieczory i niedziele oraz ferie świąteczne i wakacje. Ten ograniczony czas nie utrudniał jednak kontynuacji i utrwalaniu dawnych znajomości oraz poznawaniu nowych przyjaciół.

Jak pamiętam, w tamtych latach w Sokołowie były tylko dwie szkoły średnie. „Jedenastolatka” - liceum przy ulicy Kupientyńskiej, do którego dostawały się, oprócz dzieci prominentów, uczniowie z całego powiatu najlepiej zdający egzamin wstępny. Druga szkoła - rolnicza, znajdowała się przy ulicy Sadowej. Prawie wszyscy uczniowie tej szkoły byli spoza Sokołowa i mieszkali w szkolnym internacie.

Dla zdecydowanej większości sokołowian - moich rówieśników jedyną szansą na dalsze kształcenie był wyjazd do innej miejscowości. 
W czasie pobytu w Sokołowie szukałem kontaktu z nielicznymi przyjaciółmi. Chłonąłem wszelkie nowinki o znajomych i informacje o mieście. Czasami, przypadkiem, spotykałem tych, co tak jak ja, uczyli się gdzieś w Polsce.
W lecie spotykaliśmy się na skwerku, a gdy padało - pod szerokim okapem dachu „dworca” PKS. 
Rozrywek było niewiele. Nie było gdzie pójść. Na ogół kończyło się na rozmowach, przekomarzaniu i kilkakrotnym „łażeniu” wzdłuż ulic Bohaterów Chodakowa (Długiej) i Wolności, aż do budynku Powiatowej Rady (obecnie UM). Chodząc w te i we wte szukaliśmy kogoś lub czegoś interesującego. Niestety, wieczorem miasto wymierało, wiało nudą. Czasami, gdy mieliśmy jakieś pieniądze, wpadaliśmy po drodze do „Podlasianki”. Te pierwsze próby spożywania alkoholu nie likwidowały nudy. Mieliśmy świadomość, że siedzenie w zadymionej restauracyjnej sali, razem z innymi, wyjątkowo aktywnymi konsumentami, nie przybliża to nas do czegoś bardziej pożytecznego.

Nie było telewizji. W Sokołowie pierwszą antenę telewizyjną zauważyłem dopiero w latach sześćdziesiątych, na dachu budynku przy ul. Wolności. Radio nadawało jedynie dwa programy na falach średnich i długich. Jakość odbioru audycji była słaba. Wieczorami, gdy propagacja fal była lepsza, nasi rodzice i dziadkowie słuchali zagranicznych polskojęzycznych rozgłośni radiowych, określanych przez władze jako wrogie PRL-owi. Nam czasami udało się odebrać, często zanikającą, muzykę nadawaną przez Radio Luksemburg. Nie było tranzystorów, ówczesne lampowe odbiorniki wymagały uziemienia i sporej anteny rozpostartej na zewnątrz lub wewnątrz  pomieszczenia. 
Po pewnym czasie ukazały się „szarotki” pierwsze polskie przenośne, lampowe odbiorniki radiowe. Kiedyś od ciotki pożyczyłem to cudo ówczesnej techniki. Pamiętam gwieździsty, ciepły wieczór na ławce ukrytej za krzakami skwerku przy ul. Wolności.  Rozmarzeni, z myślami biegnącymi do nieznanego nam świata, słuchaliśmy „innej” muzyki, przerywanej często w charakterystyczny sposób przez spikera Radia Luksemburg.
Mój starszy brat, pracujący w PZGS, udostępniał nam salę na I piętrze w sąsiednim budynku. Przez jakiś czas wpadaliśmy tam pograć w karty lub wypić herbatę. Niestety, bez zainteresowania władz i ich materialnego wsparcia działalność tej świetlicy zamarła, nim się na dobre rozwinęła.

Znów wiało nudą, szczególnie w zimie. W lecie mieliśmy trochę więcej możliwości. Na krótko wyjeżdżaliśmy do Gródka. W pustej chacie rodziny Roberta mieliśmy niekrępujący dach nad głową i w miarę wygodne spanie.
Nastał czas poszukiwań i marzeń o interesującej przyszłości. Każdy z nas miał inne spojrzenie na świat oraz otrzymane od losu możliwości. Często zmienialiśmy plany i z trudem uzgadnialiśmy kolejne zamierzenia. Kilku kolegów podjęło pracę ucząc się zawodu i nie miało wolnych wakacji i ferii. 

Gdzieś na początku lat sześćdziesiątych postanowiliśmy wybrać się w Polskę „autostopem”. Początkowo miało nas jechać kilku. Jednak z powodu różnych zajęć oraz braku funduszy pozostało tylko dwóch. Robert i ja z wielkim trudem zebraliśmy potrzebną kwotę na zakup autostopowej książeczki i trochę pieniędzy na skromne jedzenie w czasie podróży. Był początek lipca. Wcześnie rano dotarliśmy za Przeździatkę. Z ulgą zrzuciliśmy do rowu ciężkie plecaki. Czekaliśmy. Niestety samochodów jadących w kierunku Warszawy było niewiele. Ruszyliśmy w trasę dopiero po kilku godzinach. 
Nie pamiętam jak dojechaliśmy do Krakowa, skąd dalej kontynuowaliśmy jazdę do Zakopanego. Gdzieś na wzgórzu pod Myślenicami nocowaliśmy kolejny raz w naszym namiocie. Ten stary sprzęt bardzo nas zawiódł. Przy lekkim naciągnięci zbutwiały brezent przedzierał się na masztach i spadał na nas w czasie snu. Najgorzej było w czasie deszczu. 

W Zakopanem byliśmy kilka dni. Nocowaliśmy na Skibówkach, na strychu chałupy mojego kolegi z technikum. Musieliśmy bardzo oszczędnie gospodarować pieniędzmi. Żywiliśmy się skromnie. W mlecznym barze na Krupówkach, na obiad jedliśmy jakąś zupę, zaś śniadania i kolacje składały się najczęściej z suchej bułki i kubka mleka. Pewną kwotę musieliśmy rezerwować na wyjazdy komunikacją miejską poza duże miasta oraz na kartki pocztowe wysyłane do rodziców.

Wróciliśmy bez nieprzyjemnych doświadczeń. Dzisiaj wiem, co musiała przeżywać wówczas moja matka, zgadzając się na moją tułaczkę po Polsce. Nie miałem nawet osiemnastu lat, za to miałem bardzo „pstro” w głowie.
Któregoś roku, w zieleni przylegającej do restauracji „Podlasianka”, znajdującej się u zbiegu ulic Wolności i Sadowej, zbudowano sporą altanę. Pomiędzy drzewami i krzewami rozstawiono stoliki. Wieczorami grała muzyka. Chubby Checker śpiewał popularnego wówczas twista. Bawiłem się świetnie. Przydały się umiejętności nabyte podczas nauki tańca ze „współspaczami” ze szkolnego internatu.
Po pewnym czasie ogródek przy restauracji zamknięto.

ANDRZEJ DĘBSKI

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe