33
2018
2018-08-07

Latosowo, czyli szczęśliwi ludzie z dala od wielkiego miasta - WYWIAD


Państwo Kasia i Bartek Latosowie kilkanaście lat temu wyprowadzili się z Warszawy, żeby rozpocząć nowe życie z dala od miejskiego zgiełku. Wybrali niewielką wieś położoną
w okolicy Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego – Henrysin w gminie Kosów Lacki. Przenieśli tutaj stuletnią chatę z bali i stworzyli miejsce, które nazwali Latosowo. Prowadzą gospodarstwo agroturystyczne, w którym zawsze chętnie podejmują gości i karmią przepysznymi smakołykami z własnoręcznie wyhodowanych produktów. Przekraczając progi tego gospodarstwa od razu czuje się, że właściciele lubią swoich gości. Zapraszamy do rozmowy.


Kiedy nadszedł taki moment, że uświadomili sobie państwo, że chcą zmienić swoje życie i przenieść się na wieś?

KL: My mieszkając w Warszawie bardzo lubiliśmy jeździć po całej Polsce. Mieliśmy takie ukochane miejsce nad Biebrzą, gdzie jeździliśmy bardzo często, ale też Białowieża, Mazury, trochę w góry. W pewnym momencie obliczyłam, że w ciągu całego roku w korkach spędzamy około miesiąca. Stwierdziliśmy, że może nasze życie zwolni na wsi, ponieważ Bartek jest z wykształcenia zootechnikiem. W Warszawie mieliśmy hodowlę ryb akwariowych, która może być wszędzie, nie ma znaczenia, czy w mieście, czy na wsi. Stwierdziliśmy, że spróbujemy.


Proszę opowiedzieć jak to się stało, że właśnie w tej okolicy zdecydowali się państwo osiedlić.

KL: Jeździliśmy i szukaliśmy takiego miejsca jak to. Kiedy tutaj przyjechaliśmy było napisane, że jest to ziemia orna. Natomiast jak zobaczyliśmy, że jest kawałek lasu,
ten starodrzew i to wszystko, to już było wiadomo, że tu zamieszkamy.

BL: Nie mamy tutaj żadnych korzeni. Przez przypadek znaleźliśmy to miejsce
i faktycznie było tak, że szukaliśmy nad Biebrzą. Ciężko było. Szukaliśmy nawet w takiej miejscowości Bartki, a ja Bartek, ale też tam coś nie pasowało. Trafiliśmy tutaj.
Koniec końców, to była dobra decyzja, dlatego że teraz moja praca polega na częstych wyjazdach za granicę, więc dojazd do Warszawy zajmuje tak naprawdę godzinę.
A gdybyśmy wylądowali nad Biebrzą, byłoby to dodatkowe 100 kilometrów.
Druga sprawa, że jest to też dobra lokalizacja, ponieważ prowadząc agroturystykę, którą powolutku rozwijamy – oprócz klientów na dłuższy pobyt, ukierunkowaliśmy się przede wszystkim na ludzi z dużego miasta, którzy są wypaleni pracą w korporacji, zmordowani korkami, szumem, spalinami i tym wszystkim. Często chcą w piątek czy sobotę po pracy wyskoczyć gdzieś na dwa dni, a tutaj jest tylko 100 kilometrów, więc półtorej godziny
po pracy i już są na wsi i mogą posiedzieć wieczorem pod rozgwieżdżonym niebem.


W gospodarstwie to, co państwo sami wyprodukują i zbiorą dają gościom: przepyszne desery, wędliny, owoce, przetwory. Goście mogą u państwa zasmakować tego, co jest dla mieszczuchów często abstrakcyjne. Jakie dania lądują na państwa stole?

KL: Z reguły staramy się, żeby na śniadanie były dwa rodzaje sera koziego, który sami robimy na bazie mleka z naszych kóz. Są to świeże sery, mogą być to też sery lekko dojrzewające, też czasami eksperymentujemy z różnymi dodatkami. Oprócz tego krowie sery, które kupujemy od pani gospodyni, która ma hodowlę rasy zachowawczej polskiej czerwonej krowy. Staramy się też, żeby były nasze wędliny, a jeżeli nie dajemy rady ich zrobić to staramy się kupować z lokalnych masarni, które robią bez konserwantów. Zawsze są na stole nasze pikle, które też robimy, jak suszone pomidory w oleju, dynię marynowaną, ogórki w sosie bałkańskim. Jest też jakaś pasta, np. z grochu, albo gotowane buraki w ziołach, czy karmelizowane marchewki z ogrodu. Robimy dania mięsne, ale również karmimy wegetarian, zdarzyło nam się gościć także wegan.
Na obiadokolację natomiast proponujemy zupę, dwa rodzaje dodatków, drugie danie, deser oraz kompot. Można u nas spróbować zupy z pokrzywy, soczewicy albo klasycznego żurku. Serwujemy podane na różne sposoby króliki, koźlęcinę ale także np. gulasz. Sałatki jakie podajemy często są przeze mnie wymyślone, jak zielona z brokułem, ogórkiem, gruszką, avocado z dressingiem do którego dodaję syrop z kwiatów bzu czarnego. Deser to może być sernik, babka, czy bezy. Robimy mnóstwo rozmaitych przetworów, bardzo dużo nietypowych syropów, jak syrop z młodych szczytów świerku, lilaka, czeremchy.

BL: Mamy też takie różne rzeczy, których kupić się nie da. Robimy konfiturę z ucieranych fiołków, które są zbierane na wiosnę, a potem są ucierane w makutrze z cukrem
i ugniatane w słoiczku. Na naszym stole pojawiają się rzeczy wytwarzane u nas, albo kupione od miejscowych producentów, czyli w zasadzie jest to też podtrzymywanie regionalnego przetwórstwa i przedsiębiorczości.

KL: Wiadomo, że inaczej jest latem, kiedy mamy wszystkiego bardzo dużo, bo mamy
z własnego ogrodu, z własnego warzywniaka. Natomiast zimą musimy się posiłkować kupując różne rzeczy w sklepach.


Są państwo wielbicielami tradycyjnej kuchni. Z opinii gości przeczytanych
na państwa stronie na facebooku wynika, że jest pani doskonałą gospodynią.
W zeszłym roku otrzymała pani nagrodę na Międzynarodowym Turnieju Smaków na Wielkim Gościńcu Litewskim w Węgrowie.

BL: Tutaj jest dyplom z zeszłego roku za zupę barszcz z barszczu zwyczajnego, z którym Kasia wystartowała na konkursie kulinarnym. Od XV do XVII barszcz był popularna zupą. Była to ulubiona polewka Władysława Warneńczyka.

KL: To był barszcz z barszczu zwyczajnego, czyli rośliny. Kiedyś pierwotnie zanim zaczęto używać zakwasu buraczanego, czy zakwasu na mące żytniej, robiono barszcz
na kiszonym barszczu zwyczajnym, stąd nazwa zupy.

BL: Natomiast ta zupa też pojawia się u nas na stole. Jest robiona tak jak dobry polski żurek 2-3 dni wcześniej, dlatego, że musi się ona przemacerować. Smak jest ciekawy,
a poza tym ktoś może poczuć się jak Władysław Warneńczyk 600 lat temu.
Skąd czerpie pani inspiracje na przepisy?

KL: Mam bardzo dużo książek kucharskich. Ostatnio zrobiłam duszone ogórki
w śmietanie według przepisu z 1926 roku, ale też musiałam go zmodyfikować. Wyszło naprawdę rewelacyjnie. Radzę się też często w kwestiach technicznych moich licznych znajomych z branży kulinarnej, kucharzy, blogerów kulinarnych.

BL: Kasia nie robi dań ściśle z przepisu, tylko najczęściej coś zmienia po swojemu.


Dla gości z pewnością nowym doświadczeniem jest jedzenie chwastów.
Czy chwasty mogą być też pożyteczne dla zdrowia?

KL: Oczywiście, że tak. Kiedyś głównie kuchnia opierała się na tym, co dawała przyroda. Ludzie wiedzieli, co rośnie wokół, co jest trujące, a co nie i to wykorzystywali. Jedzenie chwastów jest rewelacyjne, dlatego, że one mają bardzo dużo różnych witamin. Oczywiście trzeba wiedzieć, że niektóre z nich mogą wywołać niepożądane działania,
np. lebioda powoduje fotoalergię na słońce. Większość z roślin, które rosną wokoło nas są bogate w minerały i inne substancje odżywcze. Chwasty wbrew pozorom mają różne smaki i one się dopełniają. Na przykład szczawik zajęczy, który rośnie w lasach jest kwaśny, a żółtlica ma bardzo silny smak słonecznika. Aktualnie trwają u państwa prace związane z budową ruskiej bani. Proszę opowiedzieć skąd wziął się ten pomysł?

BL:
Pracuję często w Rosji. Idea została stamtąd zaczerpnięta. Na Wschodzie istnieje tradycja i wręcz konieczność korzystania z sauny. Jest to regeneracja, wygrzanie się, wypocenie, a przy okazji masaż, inhalacja i relaks. Do sauny jeżdżą całe rodziny. Często też spotykają się tam mężczyźni, żeby najzwyczajniej w świecie załatwić interesy. Banie są tam publiczne dostępne w każdym mieście. U wielu osób na daczy oprócz domku daczowego musi być sauna. W Rosji, ale też w krajach przybałtyckich są do wynajęcia kompleksy podobne do naszych agroturystyk, w których domki z saunami są wynajmowane na godziny. Przyjeżdżają tam w kilka osób, z rodziną albo ze znajomymi
i wynajmują właśnie po to, żeby zażyć sauny, jednocześnie biesiadując. Tutaj na razie eksperymentalnie robimy jeden taki domek, gdzie będzie na dole sauna, z możliwością przenocowania na górze, czyli będzie można go w całości wynająć. Jeśli ta idea się tu przyjmie i zechciałoby więcej osób przyjeżdżać, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby postawić kilka takich domków. Zobaczymy, czy przyjmie się wschodnia tradycja. Zresztą to tradycja czysto słowiańska, która po prostu przetrwała na Wschodzie. W czasach staropolskich tego typu przybytki funkcjonowały również na naszych terenach.


Mieszkają państwo w pięknych okolicznościach nadbużańskiej przyrody.
Prosta zasada mówi, że nie ma nas bez przyrody, bez natury. Mogą państwo przebywać z nią sam na sam. Czy jest coś co najbardziej państwa zachwyca
w tym miejscu?


BL: Ostatnio wiewiórki spadają nam na głowę codziennie o poranku. Na sośnie przy naszym płocie jest gniazdo wiewiórek, a ponieważ ciągle się tam kręcimy, nie boją się ludzi i śmiało do nas podchodzą. Tak, że chyba to właśnie, że dzikie zwierzęta przychodzą prawie, że pod dom. Nie zawsze jesteśmy z tego powodu szczęśliwi, bo jak sarny przychodzą, to tam zjadają nasze konstrukcje wierzbowe i ogryzają korę.
Na wiosnę z tarasu widać, jak pojawiają się te ptaki, które na zimę odlatują, czyli żurawie, albo bociany. Przy domu czasami nawet ląduje czarny bocian i spaceruje po naszej łące, co jest raczej rzadkością. Oczywiście są też uciążliwe zwierzęta, takie jak lisy, polujące na nasze kury. Myślę, że właśnie to, że jest dużo rzadkich zwierząt, które nie zawsze można na co dzień spotkać, jak czarny dzięcioł. Dzisiaj zielony dzięcioł przeleciał nad nami. Zwykle są takie malutkie z czerwonym ogonem, ale czarny czy zielony są rzadkim widokiem.

KL: Kiedyś jeszcze parę lat temu czarny dzięcioł miał dziuplę niedaleko naszego domu,
w którym mieszkamy. Jak już młode były wyrośnięte, to uczył je tego stukania na naszym domu. Tuż przy sypialni o godzinie 4.00 rano one wszystkie nas budziły.


Czy jest to miejsce w którym wolniej płynie czas, a ptaki ćwierkają głośniej?

BL: Taki był plan, bo my jesteśmy takimi mieszczuchami. Wszyscy myślą, że rolnik śpi,
a mu rośnie, więc trzeba jechać na wieś, to będziemy mieli święty spokój. Przyjechaliśmy na wieś i jest bardzo dużo do zrobienia. Życie na wsi diametralnie różni od życia
w mieście albo w bloku. Mając dom trzeba zadbać m.in. o komin, dach i ogródek. Mając taką przestrzeń jest to ogromna robota. Na wsi ten czas troszkę inaczej płynie.

KL:
Wszystko ma swoje plusy i minusy. Mieszkając w mieście człowiek może pójść do restauracji, do kina, rzeczywiście ma mniej pracy, ale z kolei stoi w korkach, ma problemy z przedszkolem dla dziecka. Tutaj absolutnie takich problemów nie ma. Może sobie wyjść na kawę do ogrodu w koszuli nocnej, w nocy popatrzeć na rozgwieżdżone niebo, w korkach stoi się tylko we wtorek o 4 minuty dłużej, ponieważ jest targ i są samochody zaparkowane. Więc są plusy i minusy.

BL: Jest zupełnie inaczej, ale wydaje mi się, że to jest mit, że na wsi ten czas płynie wolniej. Zwykły rolnik, kiedy jest szczyt prac polowych wstaje o świcie, ale później
z kolei przychodzi okres, kiedy jest już po sezonie. Dni są krótkie, noce długie i tak naprawdę niewiele rzeczy jest do zrobienia i wtedy rzeczywiście ten rolnik może się wyspać. Ale my oprócz rolnictwa mamy też inne źródła dochodu, więc nam czas ciągle płynie szybko. Zatem w naszym przypadku to nieprawda, że czas płynie wolniej i jest
to taka sielanka.


Mówią, że najlepsze dzieciństwo można spędzić tylko na wsi. W jaki sposób rodziny odwiedzające państwa z dziećmi mogą spędzić u państwa czas?

BL: To jest prawda.

KL: Wystarczy popatrzeć na naszą najmłodszą córkę Kalinkę, która tu się urodziła i tu się wychowuje, tutaj zaczęła też chodzić do przedszkola. Miłka, ta średnia urodziła się
w Warszawie, ale jak miała 2,5 roku zamieszkaliśmy tutaj. Ona biega na boso w zasadzie nawet jak jest chłodniej, wchodzi na drzewa, ma świetny kontakt ze zwierzętami,
na oklep jeździ na kucyku, w związku z tym praktycznie nie choruje. Myślę, że jest szczęśliwa i to jest zupełnie co innego niż w bloku. Jeśli chodzi o naszych gości, którzy przyjeżdżają do nas z dziećmi, to wygląda to też bardzo podobnie, może nie tak, że biegają na boso, bo czasami rodzice się trochę obawiają, że dziecko się przeziębi. Rzeczywiście patrzą na nasze dzieci jak to wszystko wygląda, mogą mieć kontakt
z naszymi zwierzętami, z kozami, czy z królikami. Ponieważ przy okazji budowania pieca jest bardzo dużo gliny, zorganizowaliśmy zajęcia dla dzieci, dostały glinę, miały stolik
i lepiły sobie różne figurki. Później rozpalimy w kominku i będzie można to wszystko wypalić. Mamy też zaprzyjaźnioną artystkę ludową, która może na życzenie do nas przyjechać i zorganizować zajęcia.


Czego państwa goście mogą się nauczyć podczas warsztatów edukacyjnych?

KL: Organizujemy warsztaty z robienia sera, które są moją domeną, zaś domeną męża są wędliny. Goście mogą nauczyć się jak od początku do końca robić domową kiełbasę, zwykle całość kończy się wspólnym wędzeniem albo parzeniem. Robimy również warsztaty z rozpoznawania i wykorzystywania chwastów, chodzimy razem z gośćmi
i pokazujemy co rośnie wokół, co jest jadalne, a czego nie należy używać. Goście mogą ich spróbować w terenie, później je zbieramy, przynosimy do domu, następnie robimy
z nich sałatkę, ewentualnie dodajemy do różnych dań. Naszą pasją jest też zbieranie
i suszenie różnych ziół, które później zaparzamy.


Czy Latosowo to miejsce, czy styl życia?

KL: Jedno i drugie, bo jesteśmy w miejscu. To wszystko, co stworzyliśmy istnieje realnie. Natomiast z drugiej strony porzuciliśmy nasze dawne życie i to jest pewien styl. I jak przyjeżdżają nasi goście, muszą wejść w to, co im proponujemy.


Czy tęsknią państwo za życiem w mieście?

BL: W dużych miastach często bywam przelotnie i mi to wystarcza.

KL: Za pewnymi jego aspektami tak, bo Bartek częściej bywa w mieście, częściej wyjeżdża, a ja rzadziej. Brakuje mi kina, wyjścia do restauracji z przyjaciółmi, kontaktu z przyjaciółmi, których niejako porzuciliśmy. Czasami jak wyjeżdżam do Warszawy czy mojego rodzinnego Płocka, lubię przejść się promenadą nad Wisłą i wtedy czuję, że trochę tęsknię za tym miejskim gwarem i jest mi to nieco potrzebne do życia. Ale są to rzeczy, które można zawsze czymś zastąpić. Jeśli chodzi o filmy w kinie, to można sobie zainstalować telewizję i w ten sposób oglądać.


Czy rzucić wszystko i przyjechać do Latosowa?

KL: Oczywiście, że tak. Stworzyliśmy to miejsce, ponieważ jak mówiłam często wyjeżdżaliśmy i przyjeżdżając tutaj zaczęliśmy prowadzić pewien styl życia. Zaczęliśmy żyć ekologicznie. Często mieliśmy gości, którzy przyjeżdżali do nas w odwiedziny, prywatnie i powtarzali nam, że nasza kuchnia, to co proponujemy jest takie, że powinniśmy z tym pójść dalej. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że rzeczywiście może byśmy się tym podzielili z ludźmi, którzy mają podobne zainteresowania, gusta,
bo wiadomo, że gdyby przyjechała osoba, która oczekuje europejskiej kuchni i dostała chwasty, to byłaby katastrofa i pewnie stwierdziłaby, że chce czegoś normalnego. Z racji tego, że mówimy otwarcie czego można się u nas spodziewać, przyjeżdżają do nas z reguły bardzo ciekawi ludzie, którzy są gotowi na eksperymenty kulinarne, na proponowane przez nas spędzanie czasu i tego właśnie oczekują. Tym się dzielimy
i okazuje się, że coraz więcej ludzi czegoś takiego poszukuje.

BL: Wydaje mi się, że to jest dobra metoda, dlatego że my będąc przez lata po drugiej stronie, czyli będąc klientami agroturystyk sami takie miejsca wyszukiwaliśmy i tam jeździliśmy. Z reguły mieliśmy szczęście i to co znaleźliśmy spełniało nasze oczekiwania
i nam się podobało, ale czasami trafialiśmy do miejsc, gdzie widzieliśmy dużo mankamentów i to też nam zostawało w głowie. Jeżdżąc do agroturystyk przez kilkanaście lat mieliśmy już bardzo poukładane w głowie, jak to powinno wyglądać
z drugiej strony.

KL:
Mamy nadzieję, że to co tu stworzyliśmy również będzie odpowiadało naszym gościom.

BL: I najczęściej się to sprawdza.


Dziękuję za rozmowę i zapraszamy do Latosowa.

Rozmawiała Ewelina Wolska 






Fot. Latosowo

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe