44
2018
2013-02-22

Lata, które już nie wrócą


Pobrali się z wielkiej miłości, a jedno bez drugiego nie potrafiło żyć. Poznali się w Sokołowie, skąd pochodził, ona mieszkała kilkanaście kilometrów dalej. Jeszcze wtedy nie zdawali sobie sprawy co czeka ich za kilka lub kilkanaście lat. On ma teraz 48, ona 47 lat.
On, sięgając po raz pierwszy po alkohol, nie zdawał sobie sprawy jak tragiczne mogą być tego konsekwencje. Traktując go jako „uprzyjemniacz czasu” coraz dalej i głębiej wchodził w jego niszczące działanie. Nie chciał widzieć, jaką krzywdę wyrządzi, jakie zło zrobi jej i dzieciom. Ona miała nadzieję, że to tylko chwilowe, że się zmieni, że destrukcja nie opanuje całkowicie człowieka, którego pokochała. Jakże się myliła. – Jeszcze wtedy piłem okazyjnie, wydawało się, że kontrolowanie. Żona, owszem zwracała mi uwagę, ostrzegała przed skutkami, jednak ja bagatelizowałem te słowa, starałem się wszystko obrócić w żart lub przepraszałem – mówi 48-letni Grzegorz. Początkowo nic nie wskazywało, że w rodzinie dzieje się źle. – Urodziła się córka, później syn i córka. Jakże on był dumny, cieszył się. Panował nad sobą, chociaż były sytuacje, że wracał podpity – opowiada z kolei 47-letnia Jadwiga.
Pierwsza dobra praca, pierwsze większe pieniądze, dobre auto. Zaczął się zmieniać, także, a może przede wszystkim w stosunku do rodziny. I chociaż starał się wypełniać swoje obowiązki, zarówno męża jak i ojca widać było, że staje się innym, gorszym człowiekiem. Nie chciał dostrzegać łez żony, płaczu w poduszkę, unikał wymówek. Pił po kryjomu, myśląc, że nikt nie widzi. Coraz częściej zaczęło dochodzić do kłótni, wyrzutów, pojawiały się „ciche” dni, a nawet tygodnie. Dzieci „lgnęły” do matki, ona była ich podporą, autorytetem. Ojciec zawodził.
- Walczyłam o niego, nie chciałam, aby się staczał. Potrafił stwarzać pozory. Wychodził. elegancko ubrany, pachnący. Wracał brudny, śmierdzący, pijany – ze smutkiem kontynuuje swoją opowieść Jadwiga.
– Widziałem łzy w ich oczach smutek, wzrok szukający pociechy, pomocy, ale i z odrobiną nadziei. Żona straciła oparcie we mnie, brakowało wspólnych planów, została sama, zagubiona w większości spraw.
A ja nie potrafiłem przestać – z kolei mówi Grzegorz.
On nie dopuszczał do siebie myśli, że staje się alkoholikiem. Jeszcze wtedy wydawało mu się, że panuje nad nałogiem, że potrafi kontrolowanie się napić. Było już za późno. Cały czas towarzyszył mu wstyd, a bezradność, niepewność, poczucie krzywdy to uczucia, którymi cały czas „karmił” rodzinę.
Pewnego dnia przyszło opamiętanie. – Zająłem się pracą, zaangażowałem w działalność społeczną i hobbistyczną. Żona i dzieci poczuły się w miarę bezpiecznie. Jednak ja wiedziałem, że nie na długo. To siedziało we mnie, cały czas ta myśl świdrowała umysł. Zacząłem szukać okazji, nie zwracałem na nic uwagi. Myślałem i znalazłem sposób, według mnie najlepszy. Postanowiłem, że będę pił tzw. ciągami. Trzy, cztery tygodnie picia, a potem przerwa, praca, rodzina i w ogóle raj – smutno opowiada Grzegorz.
Sytuacja zmieniła się na tyle, że dało się wytrzymać. Odczuwało się napięcie, oczekiwanie i obawę. Oni go obserwowali, on starał się minimalizować wszelkie niedociągnięcia. Starał się schodzić ludziom z oczu. Pojawiły się pierwsze nieśmiałe próby skłonienia go do leczenia. Podsuwane broszury i kartki z numerami telefonów do specjalistów, bagatelizował.
Z czego on ma się leczyć? Już wtedy, chociaż mgliście, zaczął dostrzegać, że sytuacja wymyka się spod kontroli. – Złość, gniew to była atmosfera domowa. Zmieniłem miłość w obojętność, wiarę w bezsilność, radość w cierpienie, dobro w zło. Zacząłem sobie uświadamiać, że to, co robię staje się powoli patologią. Następował rozpad więzi rodzinnych, żona żyła z dziećmi sobie, ja sobie. Zaczęło się życie razem, ale obok siebie. Nie przeszkadzało mi to, ja byłem w swoim świecie iluzji, pijanym świecie – gorzko mówi Grzegorz.
Pojawił się chaos, który miał wpływ na to, że w ich rodzinie pojawiła się obcość i wrogość. Wiedział, że taki moment może nadejść. – Miałam serdecznie dość tej walki, tej niepewności i pustki. Wartości, które niegdyś były najważniejsze, straciły znaczenie. Żal, bezsilność, smutek wobec wydarzeń i wielka pustka – głos Jadwigi łamie się, gdy to mówi. Kiedy rozmawiam z Grzegorzem wyczuwam dramat człowieka przegranego. Ale widać wyraźnie, że praktycznie całe jego dorosłe życie związane było z alkoholem. To on kierował jego uczuciami, emocjami, czynami, całym jego postępowaniem. Tak bardzo uzależnienie wpłynęło na jego życie. – Pomniejszałem swoje postępowanie i swoje czyny, dopiero później zdałem sobie sprawę, że nie widziałem powodu do zmiany swojego zachowania, było mi z tym dobrze. Łapałem się na tym, że próbowałem sam siebie przekonywać, tłumaczyłem się okazjami, spotkaniami czy po prostu chęcią – kontynuuje swą opowieść Grzegorz. I mówi: - Oszukiwałem sam siebie, wierzyłem w to co chciałem. Mój zamknięty świat, pełny mitów, wyobrażeń chciałem rozszerzyć na najbliższe otoczenie, rodzinę, znajomych. Nie licząc się z konsekwencjami. A te, jak się okazało, były tragiczne, rujnujące i bolesne. Czy Pan mnie rozumie? - prawie krzyczy Grzegorz.
Kiedy patrzę na Jadwigę widzę ból. Jak wiele musiała przejść ta kobieta? Ile łez wylała, jak bardzo została skrzywdzona przez los?
A może nie tyle przez los, co przez męża – alkoholika. – Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że będę miała „taką własną, małą Golgotę”, nie uwierzyłabym. Początkowo jeszcze tłumaczyłam to jego picie. Później zrozumiałam, że to jest silniejsze od wszystkiego i zależy tylko i wyłącznie od niego.
- Od dziecka byłem wychowany w wierze. Chodziłem do kościoła, modliłem się. Później i tego zaniechałem. Czy Bóg mnie opuścił? – zadawałem to pytanie setki razy. Nie, to ja odwróciłem się od niego. Wyrzuty sumienia zagłuszałem alkoholem. To on dawał iluzoryczne poczucie wolnej woli – nieco filozoficznie stwierdza Grzegorz.
Obydwoje, chociaż oddzielnie, pokazują zdjęcia. Kiedy spoglądam na roześmiane twarze, pełne ufności spojrzenia, widzę co stracili. Każde z nich nie chce się głośno przyznać, że im ciężko, że brak im siebie. – Najgorsza jest ta samotność. Żyję wśród ludzi jednak samotnie. I wynika to nie tylko z mojego charakteru i predyspozycji, ale i z tego, że chciałem, aby tak było. Izolacja od środowiska, od otaczającej rzeczywistości to mój problem – ciągnie dalej swoją opowieść Grzegorz.
Zapewne te lata picia zniszczyło w nim wiele pozytywnych emocji. – Odkąd pamiętam prawie zawsze rano, kiedy pojawiał się kac moralny, obwiniałem najbliższych. Oskarżałem innych za moje niepowodzenia, szukałem wyimaginowanych sprawców moich nieudanych działań – ze skruchą w głosie mówi Grzegorz. I patrząc w dal, ciągnie dalej: - Denerwowało mnie praktycznie wszystko i wszyscy. Złościło mnie zachowanie innych. Patrząc na rozmawiające, zupełnie obce osoby wyobrażałem sobie, że mówią o mnie. Wywoływało to przypływ złości, jakiś trudny do opanowania niepokój i rozdrażnienie. Później zrozumiałem, że w tej chorobie tak jest.
Jak się więc okazuje, jedynym wyjściem dla tego człowieka, niezależnie w jakim stanie psychicznym się znajdował, było sięgniecie po alkohol. Był on swego rodzaju antidotum na te stany. – Stawałem się wtedy radosny, zapominałem o sytuacjach, które mnie do takiego uczucia doprowadzały. Było to jednak złudzenie, smutek powracał, atakując ze zdwojoną siłą. Koło się zamykało – stwierdza Grzegorz.
Według zajmujących się tą problematyką, przykład tego człowieka to ewidentny wzór stworzenia tzw. rodziny dysfunkcjonalnej.
W większości kobiety próbują trwać w takim związku, licząc na zmianę, poprawę czy podjęcie leczenia przez męża – alkoholika. Czasami osiągają sukces, najczęściej jednak przegrywają. A ofiarami są dzieci, a efektem rozbite rodziny. Zaniedbywanie obowiązków zarówno rodzinnych, jak  zawodowych, brak zainteresowania innymi dziedzinami życia to tylko niektóre z cech tych ludzi. I Grzegorz to potwierdza: - W ciągu alkoholowym nie zwracałem uwagi na sąsiadów, na otoczenie. Tłumaczyłem sobie, że to nie ich sprawa. Wiedziałem jednak, że widzą to, przestają szanować, a i odnoszą się z ukrytą pogardą, ignorują. Zmieniły się również stosunki koleżeńskie i przyjacielskie. Wielu, widząc to, co się działo, odwróciło się ode mnie, a i ja sam zacząłem ich unikać, nie chcąc prowokować do rozmów i być może wyrzutów. Z czasem zobaczyłem wokół siebie pustkę – zrezygnowanym głosem mówi Grzegorz.
„Zrób coś ze sobą, weź się za siebie, nie mamy o czym rozmawiać, rozstaniemy się”. Wydawało się, że takie słowa, jakie usłyszał Grzegorz z ust żony, zdziałają cuda, zmienią go. Nic takiego się nie stało. – Pił nadal, nie wracał na noc do domu, zapuścił się strasznie. Zrobił się cień człowieka. Najgorsze, że nic do niego nie docierało. Miałam dosyć już tego wszystkiego. Postanowiłam, że musimy się rozstać, daję mu jednak szansę. Niech coś postanowi, coś zmieni, zrozumie. Nie chcę zupełnie zatrzaskiwać drzwi. Nie można tak po prostu wyrzucić z serca tego wszystkiego, dobre chwile też były. Czy będę żałowała? Nie wiem. Jak ktoś powiedział „daj czas czasowi”. Wierzę, że najważniejszą wartością dla niego jesteśmy jednak my –  mówi Jadwiga.
Każdy człowiek ma swój, własny świat wartości. Zajmują one najważniejsze miejsce w jego rozwoju. Ludzie różnią się między sobą, każdy z nich jest inny, każdy ma inne plany, cele, dążenia. Są one uniwersalne i akceptowane. Jednak u niektórych, przez wiele lat picia, mogą ulec zmianom, deformacji, stają się „odbiciem pijanego widzenia” świata. Ludzi ci tracą zdolność wyrażania uczuć, poczucie wartości, zainteresowania, rozpadają
się więzy z innymi ludźmi.
 I to jest w tym wszystkim najgorsze. W świecie pełnym ludzi rozgrywa się dramat małego, „innego człowieka”. Wielu powie, że na własne życzenie. Jednak jak napisał św. Paweł: „trzeba pokładać nadzieję, wbrew wszelkiej nadziei”.

(wysłuchał i opisał)
Leszek Koper

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe