25
2019
2012-03-21

Kret: Po prostu opisuję rzeczywistość


Jarosław Kret studiował egiptologię, a także archeologię śródziemnomorską, afrykanistykę i kulturoznawstwo. W latach 90. był reporterem i prezenterem Teleexpressu. Prowadził autorski program telewizyjny "Klub Podróżników", nakręcił kilkadziesiąt filmów dokumentalnych i reportaży w Azji, Afryce, Ameryce Południowej i Europie. Należał do pierwszego założycielskiego składu redakcyjnego magazynu "National Geographic Polska". Od 2002 roku jest prezenterem pogody w TVP oraz autorem i współautorem cykli telewizyjnych: "Od słów do głów", "Planeta według Kreta", "Podróże z barometrem". - Dziennikarz powinien przede wszystkim przekazywać informację - uważa Jarosław Kret. - Ja nie jestem komentatorem. Opisuję rzeczywistość i świat takim, jaki widzę, docierając do źródeł. Podaję suche informacje i to samo robię pisząc książki. "Moje Indie" to pierwsza z cyklu moich książek wydanych przez Świat Książki. Do Indii pojechałem na pięć dni, aby zrobić krótki reportaż, a zostałem tam na pięć lat.

 

Filmy przyrodnicze                                                                               

Jarosław Kret swoją przygodę z dziennikarstwem zaczynał w Nowej Telewizji Warszawa. - Była to pierwsza prywatna telewizja w latach 90. - wspomina. - Młodzież, która chciała rozwinąć skrzydła, nie miała zbyt wielu możliwości. Wtedy pojawiła się ta telewizja i wszyscy mieli ochotę tam pracować. Ja też. Studiowałem wcześniej różne kierunki, żeby nie iść do wojska. Chciałem jeździć po świecie i robić filmy przyrodnicze jak David Attenborough. Dowiedziałem się jednak, że potrzebny jest prezenter w programie "Wiadomości Warszawskie". Podczas castingu powiedziano mi, że seplenię, mam niepoprawną wymowę, ale za to ładne oczy i "babki mnie będą kochać". Dostałem się więc do pracy na ładne oczy. Później przeszedłem do Teleexpressu. W 1994 roku w Akademii Telewizyjnej starali się, abym pozbył się seplenienia, ale dalej mam jęzor wielki jak krowa i wciąż seplenię. Tę wadę można zniwelować umiejętnością interpretacji tekstu. Przykładem może być tu choćby Wojciech Mann. Ciężko uporać się z tym, jeśli ktoś chce być reporterem lub dziennikarzem, zwłaszcza jeśli chce się rozwijać.

 

Nie ma dzikusów

Książki napisane przez Jarosława Kreta trudno jednoznacznie zakwalifikować. - Moje książki to nie jest specjalnie wielka literatura - uważa sam autor. - Nie są to też książki z nurtu podróżniczego, bo takie prawie każdy kto gdzieś był może napisać. Ja mam trochę inny cel. Gdy pracowałem w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym reaktywowałem "Klub Sześciu Kontynentów". Jeździłem z kamerą po świecie, nie mając świadomości, że za kilka lat internet zmieni nasze postrzeganie świata. Obecnie nie ma dzikich miejsc na świecie, do których nie można by dotrzeć. Co roku pojawia się jednak informacja, że ktoś odnalazł jakieś zaginione plemię w Amazonii, ale to bzdura. Nie ma już białych plam na mapie, ani dzikusów w sukienkach z trzciny. To wszystko można między bajki włożyć. Jeszcze 250 lat temu byliśmy krajem, który miał szansę kolonizować świat, panowała u nas duża tolerancja i otwartość. Później jednak to my zostaliśmy skolonializowani. Prawdziwa wolność przyszła z internetem. Gdy współtworzyłem polski National Geographic, bardzo dużo nam Amerykanie pomogli mentalnie. Nauczyli nas refleksyjnego podejścia do świata i rzeczywistości, jaka nas otacza.

 

Przemycić wiedzę

Zdaniem Jarosława Kreta nie tylko my zbliżyliśmy się do świata, ale i ten egzotyczny świat jest coraz bliżej nas. - Unia Europejska to gigantyczny skok cywilizacyjny - podkreśla podróżnik. - Wpłynęło do nas dużo pieniędzy, dzięki którym wyszliśmy z tego dziadostwa, meblościanek i połamanych chodników, ale nic nie jest za darmo. Przyjdą tu ludzie, którzy mieszkają w Europie, mają inną skórę, religię, ale takie same pragnienia i oni prędzej czy później się tu znajdą. Ten świat się zmienia, a my byliśmy od niego przez jakiś czas odcięci. Ludzie z innych kultur przyjdą tu i zamieszkają między nami, zostaną naszymi sąsiadami. Musimy nauczyć się ich rozumieć i z nimi żyć. Najważniejsze to opowiadać o świecie, abyśmy mogli zrozumieć ten świat. Moje podróże to nie zabawa tylko praca. Staram się przekazać wiedzę o świecie, ale to nie jest wiedza absolutna. Jeśli zaszczepię kogoś refleksyjnością, to już jest dobrze. Moje książki to zbiory refleksji, w których staram się przemycić jak najwięcej wiedzy.

Ja widać autor robi to skutecznie, bo "Moje Indie" sprzedały się w ilości 50 tysięcy egzemplarzy.

Po spotkaniu Jarosław Kret zgodził się udzielić wywiadu specjalnie dla czytelników "Wieści Sokołowskich".

 

Katarzyna Markusz: Do Sokołowa przyjechał Pan promować książkę "Moje Indie", ale znany jest Pan głównie jako dziennikarz telewizyjny. Czy jest Pan bardziej podróżnikiem, dziennikarzem, czy pisarzem?

Jarosław Kret: Nie, nie jestem pisarzem. Gdybym pisał książki, jak Sienkiewicz to bym wtedy był pisarzem. To jest pisanie dziennikarsko-reporterskie. Ja po prostu jestem dziennikarzem i reporterem.

K.M.: Do Indii trafił Pan przypadkiem i został na długo. Co takiego jest w Indiach, że tak Pana zauroczyło?

J.K.: W zasadzie przez przypadek zostałem namówiony do tego, żeby robić reportaż. Uciekłem tam na początku mokrego, chłodnego i nieprzyjemnego marca. Aura w Polsce była tak zła, że Indie mnie zachwyciły od początku. I to jest podstawa, bo jeżeli jest ciepło to już jest dobrze. Ale poważnie mówiąc, to dostałem niezwykłą radę od mojej przyjaciółki, Maurytanki indyjskiego pochodzenia. Powiedziała: Jeżeli jedziesz do Indii, to nie zwracaj uwagi na to, co widzisz bezpośrednio dookoła siebie, bo jeżeli będziesz na to zwracał uwagę, jeżeli skoncentrujesz się wyłącznie na tym, to Indie wydadzą ci się krajem brzydkim, ponurym, nudnym, brudnym i nieciekawym. Bardzo szybko uciekniesz z Indii i przeoczysz to, co najważniejsze. Patrz na Indie refleksyjnie i rozumnie, a wtedy zobaczysz kraj, która ma tradycję ciągłego rozwoju kultury, niezwykłych sztuk, żywego języka, tradycję tysięcy lat teatru. To jest kraj, który zawiera tyle bogactwa intelektualnego, że nie dasz rady objąć tego swoim umysłem przez całe życie. To, co ona mi powiedział było naprawdę ważne, bo zacząłem się inaczej przyglądać ludziom. Przymknąłem oczy na to, co jest powierzchowne, co nas atakuje zaraz po przyjeździe, z czym się zderzamy. Zacząłem bardziej refleksyjnie patrzeć na ten kraj.

K.M.: W Indiach został Pan też dzięki miłości...

J.K.: Nie ma co ukrywać. To była moja bliska przyjaciółka. O mały włosy to by się skończyło ślubem. Pojechałem i zakochałem się. Zwariowałem, bo ja zakochuję się w pięć minut. No i co zrobić? Zaraz po powrocie do Warszawy, po tym pierwszym wyjeździe, już się zastanawiałem jak wrócić do Indii. Nie minęły trzy tygodnie, a byłem znów w Indiach. A potem już tak było przez pięć lat. Po kilku miesiącach zażyłości zamieszkałem wręcz w jej rodzinie, a potem stałem się niemal członkiem rodziny. Później jednak zaczęliśmy oboje budować swoje kariery. Przyszło "szaleństwo pogodowe" tutaj w Polsce i ta pogoda zaczęła mnie coraz bardziej absorbować. Ja coraz mniej czasu miałem na to, żeby jeździć do Indii, a Tannishtha [Tannishtha Chatterjee - znana aktorka indyjska - przyp. red.] budowała swoją karierę aktorską i też miała coraz mniej czasu, aby poświęcać go mnie. Wiadomo, jak to jest z aktorami, że jadą na zdjęcia i nie ma ich tygodniami. Nasz związek nie przetrwał próby czasu, ale żyjemy w ogromnej przyjaźni.

K.M.: Był Pan w wielu krajach. Jakie jeszcze, poza Indiami, można zaliczyć do tych, które wywarły duży wpływ na Pańskie życie?

J.K.: Ja nawet wtedy, siedząc z Indiach jedną nogą, bardzo często wybierałem się do Izraela. Zrobiłem nawet taki bardzo kontemplacyjny album o Ziemi Świętej. To były takie czasy, kiedy rozpoczęła się druga Intifada i w ogóle nie było turystów. Można było zobaczyć te święte miejsca zupełnie swobodnie, nie kłębiły się tam tłumy ludzi. Wtedy można było wyczuć niesamowitą atmosferę. To zupełnie inaczej, gdy ma się do czynienia wyłącznie z ludźmi, którzy mieszkają w pobliżu, odwiedzają te miejsca i dbają o nie, niż z tłumami turystów, którzy przyjdą, zapalą świeczkę i lecą gdzieś dalej. Ja zresztą uwielbiam Bliski Wschód. Dobrze się tam czuję. Studiowałem w Egipcie przez jakiś czas, uczyłem się arabskiego. Często jeżdżę na Bliski Wschód, np.: do Libanu, na wykopaliska archeologiczne. Jeżdżę też do Syrii. Bardzo ubolewam nad tym, co się tam w tej chwili dzieje. Bliski Wschód jest mi więc naprawdę bliski.

K.M.: Czy na mapie zostały wobec tego miejsca, które jeszcze chciałby Pan odwiedzić? Jakie ma Pan najbliższe plany?

J.K.: Nie jeżdżę w podróże tak po prostu. Jadę, żeby pracować. Jeżdżę też po Polsce. Obecnie pracuję nad książką "Polska według Kreta", która powstała przy okazji tworzenia cyklicznego programu telewizyjnego. Upodobałem sobie zresztą Podlasie. A w tym roku pojadę na pewno jeszcze na Madagaskar. Chciałbym przyjrzeć się tam działaniom różnych organizacji ekologicznych. Kończę pisać książkę o Madagaskarze i bardzo mi ona leży na sercu.

K.M.: Nie mogę też nie zapytać o pogodę na najbliższe dni.

J.K.: Bardzo trudno było w tym roku złapać wiosnę, żeby się z nią dogadać na temat jej tournee po Polsce. A to dlatego, że zmieniła ona datę przybycia. W tym roku mamy rok przestępny i wiosna przychodzi 20, a nie 21 marca. Obiecała mi też, że będzie piękna, jeśli będziemy dużo się uśmiechać. Jeśli nie będziecie się uśmiechać, to pogoda będzie brzydka. Także bądźmy uśmiechnięci, szczęśliwi, zadowoleni.

K.M: Tego właśnie życzymy Panu i naszym czytelnikom.

 

Katarzyna Markusz

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe