17
2020
2014-02-01

Jak zostałem rasistą


W decyzyjnych kręgach Warszawy zapadła decyzja, że oprawę artystyczną święta prasy komunistycznej, organizowanego corocznie przez francuską gazetę „L’Humanite” zapewni Wydział Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach.

W 1985 roku było to wielkie wyróżnienie i należało ostro wziąć się do pracy, by jak najlepiej pokazać bogactwo folkloru i potencjał artystów ludowych, zespoły amatorskie, nagrodzonych na krajowych konkursach solistów oraz mistrzów rondla i patelni serwujących dania polskiej kuchni. Chętnych do wyjazdu było bardzo dużo, ale organizatorzy ograniczyli liczbę uczestników do 15 osób. Nie mogliśmy więc wysłać do Francji ani „Chodowiaków”, ani „Podlasia” - naszych reprezentacyjnych zespołów pieśni i tańca, ze szkodą dla ogólnego wyrazu artystycznego prezentacji kultury podlaskiej na podparyskich błoniach. Pojechali rzeźbiarze z Łukowskiego Ośrodka Twórców Ludowych, Eugeniusz Ochnio, Magdalena Gozdek i Janusz Piotrowski reprezentujący środowisko artystów plastyków, Ela Sieradzińska - śpiewająca bibliotekarka z Mińska Mazowieckiego, laureatka ogólnopolskiego konkursu na wykonanie piosenki francuskiej w wersji oryginalnej, kwintet muzyczny i kucharze z ośrodka kultury i restauracji w Mińsku. 
Z Sokołowa zaprosiliśmy Krysię Dąbrowską, by sprawdziła w królewskiej grze 10 Francuzów jednocześnie. Wszyscy przegrali z młodziutką mistrzynią szachów z Sokołowa.
Do tradycji tych redakcyjnych spotkań należało m.in. podejmowanie przez gospodarzy poszczególnych redakcji swoich gości uroczystą kolacją, na którą specjalnie z Warszawy przyleciał Leszek Miller, gdy doniesiono mu, że kierownictwo redakcji „L’Humanite” wzmocni mer Paryża Jacques Chirac - późniejszy Prezydent Francji. Po kolacji, gdy dostojne towarzystwo udało się na apperitif, zwalniając polski pawilon, natychmiast zajęliśmy ich miejsca. Kierowała nami ciekawość, czy bigos będzie taki sam jak poprzednio i czy w końcu napijemy się „po małym” polskiej żytnióweczki, bo od tych francuskich win chłopakom powyłaziły wątroby.
Czekając zbyt długo na obsługę zajętą sprzątaniem po vipach, zniecierpliwiony zawołałem do jednego z kolorowych kelnerów: - Hej Bambo, chodź tu i przyjmij nasze zamówienie. Bambo wyszczerzył białe jak śnieg zęby, wziął pod pachę tacę i dostojnym, nieśpiesznym krokiem podszedł do naszego stolika. 
- Jaki ja, Bambo, jaki Bambo, ty rasisto jeden. Ja student z Krakowa i za to nie dostaniecie bigosu ani wina. Możecie tak siedzieć do us… śmierci - oświadczył w pięknym polskim języku i odszedł do innych zajęć. Byliśmy spaleni. Inni kelnerzy solidarnie ze krakowskim studentem nie zauważali nas. Głupi żart urósł do problemu. Poszedłem przeprosić naszego studenta - kelnera i na zgodę wręczyłem mu piękną rzeźbę przedstawiającą tradycyjną ludową szopkę. Ucieszył się bardzo i po chwili opowiadał nam o swojej dalekiej ojczyźnie i o niepokojach o losy rodziny pozostawionej w Kongo, gdzie toczyła się bratobójcza wojna

WACŁAW KRUSZEWSKI

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe