17
2020
2015-07-10

Gdzie Rzym, Białystok, gdzie Sterdyń...


Z racji drugiej profesji - twórczości literackiej dla dzieci - znalazłem się w lipcu 1997 roku w Rzymie - zaproszony z żoną przez tamtejszą Polonię. Nie wiedziałem, że Polacy mają takie serdeczne powiązania z Ojcem Świętym, że często spotykają się z Nim, dzieląc się wszystkim, co polskie.
- Chcemy pochwalić się przed Ojcem Świętym, że odwiedził nas dziecięcy poeta! - oznajmiono mi. Jutro mamy prywatną audiencję.
Serce zatłukło. - Co ja powiem Ojcu świętemu? - rozważałem. Już wiem. Opowiem o żubrach, którym mierzę kości i mięśnie, o  Podlasiu, a nawet o ubogiej Sterdyni.
Wczesnym słonecznym porankiem, w niedzielę 6-go lipca, z grupą przyjaciół spotkaliśmy się z Nim - w kilka dni po Jego powrocie z kolejnej pielgrzymki do Polski. Wielkie historyczne Ogrody Watykańskie. Obok kaplica z imitacją groty massabielskiej w Lourdes. Już Papież jest blisko nas. Już patrzy mi w oczy, taki anielski i dobry. Od razu uciekły mi z głowy żubry, Podlasie. Sterdyń schowała się wstydliwie w głębi serca. Mów, coś Franciszku! - nakazywali wzrokiem przyjaciele. Trzymając w spoconych dłoniach dwa tomiki wierszy, wysapałem:
- Ojcze Święty, ja piszę wierszyki dla dzieci i ten Ojcu Świętemu dedykuję:/Na czterolistnej koniczynie maleńkie szczęście żyje/ i płacze łzami srebrnej rosy, że jeszcze jest niczyje./ Nad łąką lata trzmiel kosmaty,zagląda kwiatom w twarze./ Na pewno znajdzie małe szczęście i odda Ci je w darze.
Ojciec Święty w skupieniu wysłuchał  recytacji i przyjął ode mnie książeczki, mówiąc: - Jeszcze dzisiaj po południu przeczytam obie te książeczki.
Wojewódzki Ośrodek Animacji Kultury w Białymstoku zaprosił mnie na mikołajkowe spotkanie z dziećmi. Nie musiałem czytać swoich wierszy, robiły to dzieci, ba, nawet śpiewały piosenki radiowe, do których ongiś pisałem słowa. Była telewizja białostocka oraz znani mi już redaktorzy tamtejszego radia. Ponoć wywiązałem się dobrze z powierzonego mi zadania, skoro zaraz po imprezie zawarto ze mną szereg nowych umów.
Opisałem w skrócie te dwa wydarzenia, absolutnie nie po to, by przed Czytelnikami wywyższać się, strzelając  imperatywne zawołanie: „Popatrzcie, jaki to ja wielki!” Hołduję skromności, której kapłanem jest mój patron - Biedaczyna z Asyżu.
W roku 1946 wysłała mnie matka do gimnazjum Pana Krysiaka, od razu do drugiej klasy, bo uważała, wbrew innej opinii, że ten najmłodszy, spośród dziesiątki rodzeństwa, udał się jej najbardziej. Tymczasem ja znałem nie więcej niż dwieście słów literackich, a moje wiadomości z matematyki kończyły się na ułamkach.
Gdy czytałem Ojcu Świętemu wierszyk o szczęściu i gdy wszystko udawało mi się w Białymstoku - i tam 
i tu - myślałem o mojej polonistce - Pani Profesor Felicji Panak. To Ona moje zachwaszczone intelektualnie pole oczyściła i uprawiła. Wszystko, cokolwiek przekazywała nam na lekcjach polskiego było i atrakcyjne i pożyteczne. To był piękny spacer po historii  naszej narodowej literatury, począwszy od jej dzieciństwa - wieków średnich - do rozumnego, wyrachowanego pozytywizmu. Sam jestem długoletnim nauczycielem. Jednak mojej pracy nie uważam za bohaterską. Tamta edukacja prowadzona przez naszych Profesorów była na miarę czynów herosów. Jak prowadzić proces dydaktyczny, gdy nie ma najbardziej potrzebnych środków - biblioteki, laboratorium, map, globusów, komputerów i innych najprostszych pomocy dydaktycznych?
Pamiętam, jak Pani Profesor Felicja Panak opowiadała nam o anonimowych mnichach przepisujących księgi dla potomnych, o pierwszych autorach, klecących myśli rodzącą się polszczyzną. Gdyby czynił to kto inny, a nie Pani Profesor,  na pewno wykład byłby  nudny, a ja uciekłbym ponownie do Grzymek, do pługa. Otworzywszy wrota Renesansu, Pani Profesor pokazała nam słońce humanizmu. Kochanowski! Odprawa posłów greckich! Treny. Jakże to wszystko było już bliskie naszej codzienności. Dlaczego umarłaś, Urszulko? Czy po to by powstały Treny, byśmy my - chłopskie dzieci w hrabiowskim parku płakali razem z twym ojcem? Droga Pani Felicjo, przepraszam, że tak wprost po imieniu Panią nazywam, czy pamięta Pani swoje wprowadzenie do Żeńców Szymonowica? Jeszcze dziś odczuwam ten ogromny upał, w jakim pracowali poddani, pod surowym okiem ekonoma - starosty. 
I pamiętam, że Pani osobiście nie stanęła po jego stronie lecz wzięła w obronę żeńców. Dlaczego, prowadząc nas za rękę przez kładkę życia, była Pani tak czuła na ludzkie cierpienie i niesprawiedliwość? Może dlatego, że wróciła Pani nie tak dawno z własnej Kalwarii.
Potem razem spoglądaliśmy na wielkie przemiany dusz ludzkich podczas Reformacji i dziwiliśmy się, że tak dużo zrodziło się  interpretacji istoty Najwyższego. W tym czasie chyliła się ku upadkowi nasza Najjaśniejsza Rzeczypospolita. Gdy przewróciliśmy następną kartkę historii, spotkaliśmy księdza Piotra Skargę wołającego na pustyni: Prostujcie ścieżki ojczyźnie! Dlaczego Pani go nie potępiła? Nie bała się Pani sokołowskiego UB i miejscowych szpicli? Głupi ten, co na tonącym okręcie pilnuje własnych tobołków! - wołał kaznodzieja. Akcentowała Pani bardzo mocno te słowa. Po roku 1945 tonącym okrętem była nasza ojczyzna, a my uczniowie sterdyńskiego gimnazjum - pasażerami tego okrętu. Nie bała się Pani pozytywnie oceniać tego kapłana - ideologa magnacko-szlacheckiej Rzeczypospolitej? Nie odstraszało Panią męczeństwo księdza Brzóski? Nie przeczuwała Pani, co stanie się z naszym sterdyńskim księdzem - prefektem Zygmuntem Syroczyńskim, który poszedł na 12 lat więzienia tylko za to, że nas wyspowiadał po dekonspiracji naszego niepodległościowego związku i nie doniósł o tym na UB?
Po burzliwych renesansowych wiekach XVI i XVII weszliśmy na krótko w Oświecenie - Racjonalizm. Próbowaliśmy szybko rozumem naprawić to, co nieumyślnie nabroiły nasze namiętności. W pałacu hrabiowskim odbywaliśmy „obiady czwartkowe” u króla Stasia. My, chłopcy, mieliśmy na głowach lniane peruki, a Koleżanki przynależność do epoki manifestowały obszernymi krynolinami. Gdzie uciekłyście tamte lata, kiedy pod portretami możnych Sarmatów czuliśmy się prawdziwymi dworzanami? Na pożółkłych fotografiach zostaliśmy jako liczna rodzina. Wierzyliśmy, że gdy przekręci się kołowrót  lat, rodzina ta będzie liczniejsza. Niestety! Odeszliśmy, by znaczyć sobą ścieżki na losach ojczyzny. Chwalono nas wszędzie (nawet w celach więziennych) - uczniów gimnazjum sterdyńskiego - przedziwnej szkoły Profesorów: Franciszka Krysiaka, Felicji Panakówny, Michała Plewnickiego i innych. Co pozostało po nas w Sterdyni? Czy tylko ten skwer, który pod dowództwem Pawła Kamińskiego, gołymi rękami wynieśliśmy z jarmarcznego błota? A może jeszcze inne wartości, z innego błota, wynieśliśmy ku słońcu, by świeciły przykładem?
Ciepłym wilgotnym powietrzem ogarnął nas Romantyzm. Mickiewicz i Słowacki zasiedli razem z nami na skrzypiących ławkach. Oglądali spektakle teatralne - adaptacje ich utworów wyreżyserowane przez Panią Felicję Panak. Podziwiałem Ją, skąd ma tyle zdolności, skąd w niej ta iskierka i kunszt w konstruowaniu środków  wizualnego wyrazu. I Ona, i my wkładaliśmy dużo pracy, by udało się przedstawienie. Rekord popularności pobiły „Dziady”. Premiera odbyła się na tarasie pałacu, oczywiście w porze duchów. Nikt i nigdy tak świetnie nie zagrał Zosi, jak Werka Sarnówna, kobiety z dzieckiem - jak Irka Płachecka, potępionego dziedzica - jak Józek Bartczuk, innych postaci - jak Koleżanki i Koledzy z naszej klasy.
Droga Pani Felicjo, czy Pani wie, że ilekroć spotykamy się, my Sterdyniacy - to uciekamy na skrzydłach tęsknoty do tamtych młodych lat, kiedy Pani uczyła nas ojczystej mowy, i przez teatr wszczepiała miłość do wspaniałej spuścizny, jaką jest literatura polska. Pamięć o Pani i fenomenie, jakim było gimnazjum 
w Sterdyni, nie umrze.
Gdy codzienność nas przygniata teraźniejszością, by wypłakać się, uciekamy  do Pani, jak do dobrej matki. Za Twoim oknem przy ulicy Marymonckiej 93/97 m. 30 rośnie potężna topola, tak wielka i niezłomna jak Twoje życie. Dlaczego uwolniona z piekła obozu w Ravensbrück, osiadłszy w Warszawie, na prośbę Dyrektora Franciszka Krysiaka, przyszłaś ochoczo do zimnej Sterdyni? Wiemy:   chciałaś z nim chłopskiej dziatwie pokazać słońce.  Wprost od książki poszliśmy niektórzy na Golgotę, słysząc za sobą okrzyki: „Na krzyż, na krzyż!”. Ty, jak Madonna, symbolicznie stałaś nieustraszona pod tym krzyżem. Niech Najwyższy da Ci zdrowie na długie lata, byśmy mogli w naszej jesieni życia przychodzić do Ciebie i być szczęśliwi, przekonani, że w zasadzie nic się nie zmieniło, że znów jesteśmy w sterdyńskim gimnazjum i słuchamy Twego wykładu o dzieciństwie i dojrzałości ojczystej mowy.
Wszędzie, gdzie jestem, czy jako naukowiec w Katedrze, czy jako literat wśród najmłodszych, czy jako zwykły przechodzień  wśród tłumu - w Rzymie, Białymstoku czy w Sterdyni - zawsze będę czuł wdzięczności dla Pani za dar polskiej mowy, która jest moim pięknem i życiem.
 
Franciszek Kobryńczuk

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe