17
2020
2013-02-07

Echa pewnego wywiadu


Niedawno w naszym tygodniku ukazał się wywiad z ludowym rzeźbiarzem Franciszkiem T. Pytlem. W wywiadzie znalazła się krótka informacja o doc. dr hab. Stanisławie Mateuszu Pytlu, urodzonym w Dzięciołach Bliższych. W nawiązaniu do niej od pana prof. Franciszka Kobryńczuka z Warszawy, naszego współpracownika, otrzymaliśmy wspomnienie o przyjacielu.
„Doc. dr hab. Stanisław Mateusz Pytel studia weterynaryjne rozpoczął w Lublinie. Po roku przeniósł się do Warszawy. Skończywszy je, został asystentem u profesora Kazimierza Krysiaka. Był jego pupilkiem między innymi dlatego, że jako nauczyciel miał specyficzną metodę nauczania studentów. Partnerstwo z nimi? Owszem, ale za cenę posłuszeństwa i pracowitości z ich strony. Doktorat uzyskał w 1968 r. na podstawie badań morfologicznych poświęconych przewodowi pokarmowemu żubra, a habilitację w 1983 r. w oparciu o obserwacje różnic w budowie pętli spiralnej okrężnicy niektórych przeżuwaczy i wielbłądowatych. Byłem starszym wiekiem, ale młodszym w zakresie stażu naukowego. Odpowiadała mi taka gradacja. Zaofiarowałem mu pomoc w jego badaniach. Jeździliśmy do warszawskiego zoo po jelita padłych wielbłądów, lam i antylop. W prosektoriach mierzyliśmy ich długość i pojemność przez napełnienie wodą. Traktując je jako rury, z tych danych - długości i pojemności, obliczaliśmy przekroje ich kolejnych odcinków. Oczywiście przydała się nam moja algebraiczna wiedza przekazana przez Sędziego Franciszka Krysiaka w jego sterdyńskim gimnazjum. 
Nie tylko mierzyliśmy jelita i edukowaliśmy studentów na ćwiczeniach, ale też zupełnie prywatnie weseliliśmy się z naszego ziomkostwa. Postanowiliśmy, dołączywszy do naszego grona kolegów z Katedry - dr Henryka Kobrynia z Łazowa i dr Lucjana Radomskiego z Myśliborów, opracować słownik wyrazów regionalnych okolic Sokołowa Podlaskiego. Ja byłem sekretarzem. Pisaliśmy nawet opowiadania w naszej gwarze. Pamiętam jedno z nich zaczynające się: „Łolek śkape uwiązał do pala na łuwrociu. Połozuł sie na wznak. Dumał. Od jakiegoś casu smalił kopercaki do jednej dzięcielanki. Chciał jo oglądać joko swojo młoduche, a siebie widzieć panem młodem” Mam ten słownik w swoich zbiorach. Odnalazłem go, kiedy był zaginął po śmierci Stanisława.
A jak chcieliśmy odprężyć się zupełnie, graliśmy w domino. Kiedyś przyłapał nas Profesor Krysiak. Nie skarcił nas, ale z tą rozrywką przenieśliśmy się do muzeum z kośćmi. Oczywiście wskazane było używać jak najwięcej podlaskiej gwary podczas tej gry.
Stanisław interesował się moimi wierszykami dla dzieci. Był pierwszym ich recenzentem. Zawsze w nich znalazł coś, co było nielogiczne i nieciekawe. Nie kłóciłem się. Przyjmowałem wszystkie uwagi jak ubogi chleb w torbę.
Wydarzyła się kiedyś pewna fantastyczna historia. Ja byłem najbardziej przylepnym w stosunku do studentów. Powierzali mi swoje tajemnice.  Pewnego razu zjawiła się w moim gabinecie pewna piękna jasnowłosa studentka.
- Siadaj! - powiedziałem. Czemu płaczesz?
- A nie wyda mnie pan doktor?
- Nie!
- Ja bardzo kocham pana doktora Pytla!
- To bardzo dobrze! - odpowiedziałem. Tylko dlaczego z tym zwracasz się do mnie?
- Bo ja dla niego napisałam kilka wierszy miłosnych. Proszę, by pan mi je sprawdził i nie zdradził mnie przed nikim z tej mojej miłości.
- Przysięgam, że cię nie wydam!
I tak się zaczęła ta piękna przygoda. Wierszyki razem wycyzelowaliśmy na perełki, na super piękne erotyki. Ona mu je wręczała. Mógłby być z tego tomik. Stanisław nie zwierzał mi się, że coś takiego otrzymuje, a ja nie dawałem znaku po sobie, że nurzałem ręce w tym słodkim roztworze. Czy to była miłość wzajemna - nie wiem?
Po śmierci Stanisława jego gabinet rok czasu stał niezajęty, z niezmienioną w nim zawartością. Zakradałem się do niego i szukałem tej twórczości. Nie znalazłem.
Po blisko 30 latach, na spotkaniu opłatkowym na Wydziale, podeszła do mnie pani, przedstawiając się jako moja dawna studentka.
Zawirowało mi w głowie. - Przecież ją znam, ale kto to jest? - myślałem. Wreszcie zazębiły się tryby mojego myślenia.
- Tak, pamiętam panią. Pisaliśmy wiersze dla... Nastąpiła cisza. Patrzyła mi w oczy swoimi jeszcze pięknymi oczami. Nagle jedna i druga łza spłynęły po jej policzkach. Mnie jakby też. Podaliśmy sobie ręce i rozeszliśmy się.
W moim zbiorze „Nadbużańskie strofy” jest wiersz „Lipy”, a w nim jedna zwrotka poświęcona doc. dr. hab. Stanisławowi Mateuszowi Pytlowi. Piszę dwa jego imiona, bo za życia chciał, by go nazywano Mateuszem, gdyż w Katedrze pracował drugi Stanisław. Mój przyjaciel zginął tragicznie latem 1990 r. w wieku 55 lat potrącony przez pijanego kierowcę, kiedy z bratankiem zbierali ulęgałki pod rosnącą  blisko szosy ich gruszą tuż za Borkami od strony Ceranowa. Stoi tam kapliczka postawiona przez brata Józefa Pytla z Frasobliwym wyrzeźbionym przez prof. dr. hab. Jana Tropiłę – serdecznego kolegę Mateusza.
Pamiętam jeszcze, że ze Stanisławem Pytlem w stanie wojennym przez dłuższy czas, solidarnie z pracownikami innych wydziałów SGGW, pilnowaliśmy nocami grobu Ks. Jerzego Popiełuszki u św. Stanisława Kostki na Żoliborzu.
W przerwach grzaliśmy się w podziemiach kościoła i krzepili gorącą herbatą. Zimą dostawaliśmy kożuchy i czapy. Rano wracaliśmy na nasze zajęcia w uczelni. Pozostały z tamtych lat wspomnienia i znajomości. Inni, ogarnięci strachem, nie brali udziału w tej akcji. Kiedyś na Radzie Wydziału potępił nas wysoki trybunał partyjny. A my robiliśmy to dalej. Jeszcze wcześniej Stanisław Pytel pokazał mi kaplicę w Ossowie, w miejscu Bitwy Warszawskiej w 1920 roku i cmentarz poległych podczas najazdu. Obaj płakaliśmy nad symbolami naszej niepodległości, poranionymi przez kule bolszewickie”.

OPR. JO

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe