25
2019
2016-03-07

Bal Otwartych Serc w Kosowie Lackim


Ludzkie życie przynosi wiele zaskakujących zdarzeń. Niektóre są tylko trudne, inne zdawałoby się bardzo trudne. Inne kompletnie przerastające wszelkie poznane przez człowieka granice możliwości. W sekundzie życie się zmienia. 
 
Ks. Marcin Kuśmirek: Pani Urszulo, jak to jest, że nie jest Pani obojętna na ludzkie zdarzenia?
Urszula Krzymowska: To chyba się nie da opowiedzieć. Pierwsze, co przychodzi na myśl, to to, że albo się jest wrażliwym na ludzi, albo nie. Bez oceny, która postawa ma większą wartość. Myślałam do pewnego momentu, że sporo przeżyłam, bo jestem przecież i żoną, i matką, i pracuję w szkole z niełatwą młodzieżą i w szpitalu na wyjątkowym oddziale. Nagle wszystko z racji na osobiste przeżycia stanęło na głowie. Gdyby nie wrodzona siła i Boża Łaska mogłabym powiedzieć – zawalił się świat. To chyba w całości tych zdarzeń chciałabym szukać odpowiedzi na postawione pytanie. Nie potrafię być obojętna na ludzkie zdarzenia. Bóg nie jest obojętny na moje zdarzenia. A ja staram się od Niego uczyć postawy, która trzyma mnie przy życiu.
 
Ks. MK: W 2015 roku doświadczyła Pani trudnej sytuacji. Córka bardzo dobrej koleżanki uległa bardzo poważnemu wypadkowi. Mam to szczęście, że mogłem prawie natychmiast odprawić Mszę św. Stojąc w kosowskim kościele przy Ołtarzu zastanawiałem się, w jakiej intencji odprawiam? O zdrowie? O siłę? O Życie? Miałem jedną przeszywającą myśl. Proś o Cud. Wtedy też nie potrafiła Pani być obojętna?
UK: Przeżyłam kolosalny dramat. Każda informacja była bardziej przerażająca. Straszny wypadek. Małe dziecko poszkodowane. Córka mojej Przyjaciółki. Dziewczynka bez przytomności. Stan, który kwalifikował się tylko do transportu lotniczego. Obrażenia, które w każdej chwili mogą spowodować śmierć. Na co dzień mam do czynienia z ludzkimi dramatami, ten jednak przeżywałam w specyficzny sposób. Czułam, jakby dotyczył części mnie. Pamiętam, jak poprosiłam księdza o Mszę. Pamiętam, że nie było żadnych pytań poza tym, czy mógłbym w czymś pomoc.
 
Ks. MK: Nie pojawia się mimo wszystko w takiej sytuacji zwątpienie? 
UK: Nie. Jeśli się coś pojawia, to doświadczenie braku ludzkiej siły. Jednak pewność, że jeśli ja daję Bogu wszystko, co mam, to On daje mi wszystko, czego potrzebuję, pozwala przezwyciężać to, co człowiekowi się czasem nie udaje. Nie zwątpiłam nawet na chwilę. Nie zapomnę nigdy sms-a od Mamy Oli, w którym napisała, że lekarze mówią, że ze zdrowiem wydarzył się Cud. Zaniemówiłam, mimo pewności, w czym biorę udział. 
 
Ks. MK: Była Pani obecna na każdym etapie powrotu Oli do zdrowia, również w Klinice Budzik. To trudne doświadczenie? 
UK: Trudne. Podkreślam, że Ola i jej Rodzina to moi Przyjaciele. Spotkałam tam kilkadziesiąt osób z całej Polski. Każdy z nich przeżył dramat. Świadomość skali ludzkich dramatów potrafiła przytłoczyć. Tym bardziej większa była radość, kiedy kolejne dziecko wybudzało się ze śpiączki.
 
Ks. MK: Przyszedł też dzień, w którym wybudziła się Ola. 
UK: Tak. Wiedziałam, że to Boskie Dzieło. Wdzięczność mnie dotknęła, spowodowała kolejną motywację do działania. Już wtedy wiedziałam, że następny Bal Charytatywny, który co roku organizujemy wspólnie z Radą Rodziców przy Szkole Podstawowej w Kosowie Lackim będzie poświęcony podziękowaniu Bogu za dar życia Oli i pozwoli na zorganizowanie środków potrzebnych do dysponowania pomocy tym, którzy znajdą się w największej potrzebie.
 
Ks. MK: Bal Charytatywny porusza serca i tworzy wspólnotę...
UK: Poruszenie serc i budowanie wspólnoty czuje się już kilka miesięcy przed balem. Ludzie pytają, czy będzie, jak mogą pomóc. Takie poruszenie jest niesamowicie wzruszające,  dodaje odwagi, siły, chęci. Im bliżej wydarzenia, tym zaangażowanych osób jest więcej.
 
Ks. MK: Przychodzi dzień balu. Wchodzą na salę ludzie. Zajmują swoje miejsca. Co wtedy pojawia się w sercu, które nie jest obojętne na ludzkie zdarzenia? 
UK: Wdzięczność Bogu i ludziom. Bogu, że daje wszystko co jest potrzebne. Ludziom, że można tworzyć pomoc razem. 
 
Ks. MK: Po oficjalnych powitaniach na ekranie pojawił się film ze specjalnie przygotowaną na tę okazję rozmową z Olą.
UK: Bardzo się wtedy wzruszyłam. Zresztą nie tylko ja. To małe dziecko i jego historia poruszyło około 300 osób, które były na sali. Cisza. Wzruszenie. Łzy. I w tym wszystkim ogromne poczucie wdzięczności. Dziecko żyje. Normalnie funkcjonuje. Mówi. Chodzi. Bawi się. Uczy. Pięknie wygląda. Opisując własne doświadczenia daje nam dorosłym mnóstwo do myślenia. Jestem. Żyję. Cieszę się, że jestem zdrowa. Małe dziecko prosi o to, żeby innym podobnie chorym jak ona również pomagać, bo im też należy się pomoc. Na Sali zapadła najgłębsza cisza.
 
Ks. MK: Na Sali czy w sercach? 
UK: W sercach. Myślę, że my ludzie w dzisiejszym zapędzonym świecie takiej ciszy potrzebujemy. I swego rodzaju paradoksem jest, że taką ciszę zafundowało nam dorosłym 9-letnie dziecko. A tak właściwie Bóg poprzez doświadczenie, przez które nas zdecydował się w minionym roku przeprowadzić.
 
Ks. MK: Bal to tańce, zabawa, jedzenie. Dla tak wielu ludzi to organizacyjnie wielkie wyzwanie. Tutaj też ważna jest wspólnota.
UK: Bardzo ważna. Wspieranie, rozumienie, czasem przejęcie roli. Ludzie, którzy rozumieją intencję i powagę wydarzenia bardzo sprawnie potrafią się zorganizować. I można we wszystkim na nich liczyć. 
 
Ks. MK: Tym razem zebrane środki zostały przeznaczone na jaki cel? 
UK: Środki zostały zebrane na rehabilitację Oli, ale rodzina w porozumieniu z Olą, która stwierdziła, że jest już zdrowa, postanowiła część środków przeznaczyć na zakup sprzętu rehabilitacyjnego dla osób z terenu parafii w Kosowie Lackim oraz sąsiadujących gmin.
 
Ks. MK: Kto stoi za tym poruszającym dziełem?
UK: Ludzie. Ludzie, na których zawsze można liczyć. Bez względu na to, co mają, ile mają, jakie pełnią funkcje. Zawsze są obecni. To niby takie proste i aż nadto oczywiste. Ale chyba przede wszystkim niezbędne, żeby nie zapomnieć, że jest się człowiekiem. Zawsze mogę liczyć na przychylność ks. bpa - wcześniej Antoniego Pacyfika Dydycza, obecnie Ordynariusza Diecezji Drohiczyńskiej Tadeusza Pikusa, ks. proboszczów Tomasza Pełszyka z Kosowa Lackiego oraz Krzysztofa Kisielewicza z Parafii Bożego Miłosierdzia w Sokołowie, burmistrza Miasta i Gminy Kosów Lacki Jana Słomiaka, Małgorzatę i Bogusława Jakubaszek, Janusza i Dariusza Zakrzewskich, Elżbietę i Kazimierza Świderskich, Krzysztofa Górskiego, Andrzeja Minarczuka, Katarzyny i Piotra Ołdakowskich, Wioletę i Łukasza Styczewskich, Henrykę Zecer, Grażynę i Grzegorza Kalinowskich, Ewę i Sławomira Wojewódzkich, Grzegorza Marczaka, Daniela Korosia, Grażynę Rurarz, Grono Pedagogiczne z Dyrekcją Szkoły Podstawowej w Kosowie Lackim.
 
Ks. MK: Podczas balu jest też aukcja. Przedmioty na niej licytowane pochodzą od osób, które poczuły potrzebę serca, aby je ofiarować.
UK: Tak. Dlatego bardzo chcę im podziękować za wrażliwość. Tym razem licytowaliśmy dary otrzymane od Agnieszki Lipki, Krzysztofa Skarżyńskiego, Artura Rytel-Andrianika, Rady Rodziców Zespołu Szkół w Ceranowie, Katarzyny Mydłowskiej, Karoliny Toczyskiej.
 
Ks. MK: W akcję włączają się szkoły. 
UK: Gimnazjum w Kosowie Lackim z dyrektor Elżbietą Radomską z własnych środków zorganizowało napoje. Uczniowie Zespołu Szkół w Kosowie Lackim z dyrektor Hanną Przesmycką zapewnili profesjonalną obsługę stołów oraz wsparcie organizacyjne. Podziękowania należą się też osobom, które czuwały nad kelnerami: pani Katarzynie Zawadzkiej, Agnieszce Kursie i panu Przemkowi Kondraciukowi.
 
Ks. MK: Nie byłem od początku na balu. Byłem za to do końca. Poczułem się trochę jak na Weselu w Kanie. Dobre w cudzysłowiu wino było do końca. Kto to wszystko gotuje? 
UK: Ludzie, którzy nie zadają pytań. Tylko mają zakasane od początku do końca rękawy do pracy. Zawsze mogę liczyć na Jadwigę Domańską, Barbarę Niemirę, Annę Telakowiec, Elżbietę Poniatowską, Iwonę Owsiankę, Katarzynę Żochowską, Agnieszkę Brzozowską, Barbarę Pietrzykowską, Łukasza Ziębę, Katarzynę Badurę. Znakomite jedzenie to wstęp do dobrej zabawy. Jak zwykle mogłam liczyć na oprawę muzyczną zespołu Akces, czyli Tomasza, Marka i Krzysztofa Grzymała. Tym razem też wsparli inicjatywę zespół Enjoy oraz DJ Łukasz Kobyliński, a także mój mąż Marek wspólnie z Marcinem Kosikiem z niezawodnym repertuarem disco polo. Bardzo istotną sprawą są również wspomnienia, do których najchętniej się wraca, oglądając zdjęcia i filmy, których profesjonalnym wykonaniem zajeli się Anna i Jarosław Zaranek.
 
Ks. MK: Czy warto to wszystko robić? 
UK: Nie warto nie robić.
 
Z Urszulą Krzymowską rozmawiał Ks. Marcin Kuśmirek.

« wróć | komentarze [0]

Dodaj komentarz

Komentarz zostanie dodany po akceptacji przez administratora serwisu






Odśwież kod



Komentarze do tego wpisu

Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu

Strona 1/1






Dane kontaktowe